Gangster poznaje Jezusa

Paweł Cwynar

W 2010 r. po raz ostatni opuściłem zakład karny, w Jeleniej Górze. Jednak tym razem, przekraczając próg bramy więziennej, byłem już innym człowiekiem.

Urodziłem się w Legnicy w 1972 r. Wzrastałem w dobrej rodzinie. Miałem kochających rodziców i dziadków. W domu niczego nam nie brakowało. Miałem wszystko, co według mnie można było nazwać szczęściem. W szkole podstawowej byłem uczniem przeciętnym.

Cały wolny czas poświęcałem treningom czwórboju lekkoatletycznego, który w tamtym okresie był sensem mojego życia. Do tego dochodziła dysleksja, która skutecznie niweczyła moje wysiłki literackie.

Moją pasją był sport. Zdobywałem kolejne puchary i dyplomy. W tej dziedzinie miałem najlepsze osiągnięcia w szkole, w związku z czym nie musiałem się uczyć, bo wiedziałem, że nauczyciel WF-u i tak pomoże mi przejść do kolejnej klasy.

Po podstawówce poszedłem do zasadniczej szkoły zawodowej. Miałem być ślusarzem-spawaczem. Niestety, w nowej szkole zupełnie nie doceniono moich dotychczasowych osiągnięć sportowych. To, co było moją pasją i miłością, zostało całkowicie zlekceważone.

Nagły brak możliwości realizowania się sprawił, że nie wiedziałem, jak mam sobie poradzić z buzującą we mnie adrenaliną i nieuporządkowanymi emocjami. Przestałem się interesować szkołą. Wiedziałem, że muszę poszukać realizacji gdzie indziej.

Złe towarzystwo

Poprosiłem rodziców o wstawienie zamka w drzwiach mojego pokoju, nieszczerze uzasadniając to tym, iż potrzebuję ciszy do koncentracji nad czytanymi książkami. Rodzice się zgodzili.

Ja zaś wieczorami wychodziłem przez okno parterowego mieszkania na podwórko, gdzie do późnych godzin nocnych szwendałem się w poszukiwaniu wrażeń. W ten sposób wpadłem w złe towarzystwo. Recydywiści, alkoholicy, degeneraci, uciekinierzy z domów, kajdaniarze (konfidenci) – to od tej pory była moja codzienność. Przygarnęli oni wychuchanego przybłędę, skrupulatnie objaśniając mu zasady, którymi kierowała się „ulica”. Zgodziłem się na ich warunki, bo dawało mi to możliwość rywalizacji.

Pierwsze przestępstwa, które popełniłem, mimo iż były sprzeczne z zasadami, które wyniosłem z domu, dawały mi poczucie wartości. Dla „ulicy” stanowiłem cenny nabytek, gdyż byłem dobrze zbudowany i naiwny, a na dodatek nie brałem swojej doli z przestępstw.

Nie zależało mi na pieniądzach z kradzieży, gdyż niczego nie potrzebowałem. Swoją zdobycz oddawałem wspólnikom lub recydywistom trzymającym kuratelę nad nami, małolatami. Z dnia na dzień coraz bardziej brnąłem w przestępczy świat.

Pierwsze zatrzymania

Milicja zabierała nas najczęściej z salonu gier, w którym przesiadywaliśmy w czasie godzin lekcyjnych. Milicjanci zawozili nas na izbę dziecka, gdzie znęcano się nad nami. Bito nas w przeróżny sposób. Zawsze jednak z umiarem, gdyż jako nieletni musieliśmy po 15 wrócić do domu.

Dla nas jednak był to bardzo ważny czas, gdyż niedaleko izby dziecka lub komendy milicji znajdowało się sporo melin. Tam właśnie szliśmy, zaraz po wypuszczeniu nas do domu. Tam zdawałem relację z przesłuchań i bicia. W taki oto sposób zdobywałem początkowe uznanie i szacunek „ludzi ulicy”.

Pierwsze poważne aresztowanie mnie za szereg przestępstw miało miejsce, kiedy byłem 16-latkiem. Milicjanci umieścili mnie w celi, w której przebywał mój kolega z meliny. Dotarło do nas, że tym razem grozi nam dłuższa odsiadka. Kamrat zaproponował mi ucieczkę. Musiałem na to przystać, bo nie chciałem się skompromitować w oczach kolegów ze „światka”. Plan zakładał obezwładnienie milicjanta, który miał w tamtym dniu dyżur i trzymał klucze od aresztu. Niestety, przegrałem walkę, siłując się z nim.

Ucieczka spaliła na panewce, za to nazajutrz w odwecie brygada ZOMO w bojowym rynsztunku pobiła mnie tak dotkliwie, że skutki tego pobicia odczuwam do dziś. Zmaltretowanego i rozebranego wrzucili mnie do lodowatej izolatki i pozostawili tam na dwa tygodnie. Był luty, a okno w mojej celi było cały czas otwarte. Wymiotowałem krwią, która była też w moim moczu. Wtedy po raz pierwszy poczułem smak śmierci. Potem zostałem przewieziony do Zakładu Poprawczego w Głogowie.

Poprawczak

W poprawczaku już pierwszego dnia próbowałem uciec, za co zostałem ponownie pobity i wylądowałem w izolatce. Po odbyciu kary zostałem przeniesiony na oddział, gdzie nastąpiła moja błyskawiczna demoralizacja. To miejsce było przerażającą fabryką społecznych wyrzutków, chłopaków z patologicznych rodzin, bitych, molestowanych i żyjących bez opieki od najmłodszych lat – dzieciaków, które miłość znały tylko z filmów…

Tatuaże, blizny, bicie, samookaleczenia, presja, niezdrowa rywalizacja, straszne przekleństwa, cwaniactwo, wyrachowanie i spryt. Szybko uczyłem się radzić sobie w tym okrutnym świecie. Wokół mnie było mnóstwo agresji i przemocy. Byłem bity, ale i ja biłem innych.

Już po kilku miesiącach tak niefortunnie uderzyłem kolegę, że ten trafił do szpitala z objawami niedotlenienia mózgu. Miano mi postawić zarzut usiłowania zabójstwa, jednak zakończyło się to wszystko umieszczeniem mnie w grupie karnej.

To był dla mnie bardzo trudny czas. Mimo potężnej presji i braku przygotowania do życia w tak okrutnym środowisku poradziłem sobie dzięki sportowemu uporowi, zawziętości, sile i bezwzględności.

Miałem do wyboru: albo szybko dorosnąć, albo się załamać. Dorosłem. W poprawczaku „dobrze” odrobiłem lekcję nienawiści i wyrachowania. Zdemoralizowany do cna wyszedłem na wolność, którą cieszyłem się niezwykle krótko.

Żarty się skończyły

Po rocznym pobycie w poprawczaku na wolności przebywałem zaledwie miesiąc! Pełen agresji i buntu skontaktowałem się ze znajomymi z poprawczaka. Ruszyliśmy śladami wielkich gangsterów i za poważniejsze przestępstwa trafiłem do Zakładu Karnego we Wrocławiu. Skierowano mnie na oddział dla recydywistów. Trafiłem do celi z wielokrotnymi recydywistami. Ich zadaniem było utemperowanie mnie, ja zaś po prostu chciałem przeżyć.

To było początkiem mojej drogi ku „wyższej lidze” gangsterki. Tutaj albo walczyłeś, albo ginąłeś. Już w pierwszych tygodniach odsiadki byłem świadkiem samobójczej próby więźnia z mojej celi. Po kilku tygodniach inny więzień się powiesił. Co rusz w łaźni ktoś był bezwzględnie kopany.

Te zdarzenia uświadomiły mi, że żarty się skończyły. Szybko to zrozumiałem, dlatego już w pierwszy dzień rzuciłem palenie i rozpocząłem treningi siłowe. Powoli przywykałem do wszechobecnego kultu siły. Tutaj ludzkie życie miało mocno zaniżoną cenę.

W więzieniu panowała rywalizacja. Każdy chciał rządzić. W każdym momencie mogłem zostać skopany, a nawet zabity za najmniejsze uchybienie czy odstępstwo. Nie miałem wyboru – musiałem podjąć walkę. Na tym ringu, gdzie stawką było życie, zawsze musiałem spać z jednym okiem otwartym, zawsze musiałem być gotów na odparcie niespodziewanego ciosu. To była nieustanna presja, stres, napięcie i nieprzespane noce. Z biegiem lat zobojętniałem na widok przemocy.

Rzetelnie „przepracowałem” swój pierwszy pobyt w więzieniu, z którego wyszedłem o wiele gorszy: bardziej bezwzględny, silniejszy, sprytniejszy i wyzbyty emocji. Nie bałem się już krat, krwi ani przemocy. Poznałem inne zasady, którymi chciałem się w życiu kierować. W miejsce lęku pojawiło się pragnienie rywalizacji z innymi gangsterami.

Chciałem zostać wielkim gangsterem, dlatego rozpocząłem działalność w zbrojnych grupach przestępczych. Była to walka o tereny, wpływy i wielką kasę. Szybka i ostra gra na krawędzi sprawiły, że niedługo cieszyłem się wolnością. Jednak mój kolejny powrót do więzienia uświadomił mi przerażającą prawdę: czułem, że wracam tam jak do swojego domu. Niczego się już nie bałem. Przeciwnie – to ja zacząłem wzbudzać strach wśród innych…

Status: „Szczególnie niebezpieczny”

Rok 1994. Pod mury wrocławskiego więzienia, w którym przebywałem, podjechało kilka aut. Jeden z szefów konkurencyjnego gangu wykrzykiwał groźby pod moim adresem. Powiedział, że mnie zlikwiduje. Odebrałem to jako potwarz i rzucone mi wyzwanie. Postanowiłem więc uciec z więzienia tylko po to, by się na nim zemścić!

Własnoręcznie skonstruowałem atrapę pistoletu, którą podczas rozprawy sądowej chciałem przystawić do głowy sędziemu i w ten sposób – biorąc go za zakładnika – zamierzałem dokonać brawurowej ucieczki z sądu. Ktoś mnie jednak zadenuncjował.

Ucieczka nie wypaliła. Zamiast tego pojawili się antyterroryści, łańcuchy i izolatka. Przyznano mi status więźnia szczególnie niebezpiecznego – tzw. N. W tamtych latach we Wrocławiu było takich zaledwie dwóch. Ja byłem tym trzecim.

Po roku przebywania w celi „N” zostałem przewieziony do więzienia w Wołowie. Był to zakład karny znany w całej Polsce z tego, że odsiadują tam wyroki jedni z najniebezpieczniejszych przestępców. Byłem już dosyć znanym przestępcą, jednakże bycie „kimś” w Wołowie otwierało drzwi do „pierwszej ligi” gangsterów.

Po przyjeździe do Wołowa pierwsze kroki skierowałem na siłownię – treningi siłowe, boks i karate. W ciągu zaledwie dwóch lat stałem się tam najsilniejszym więźniem. Starzy recydywiści zwrócili na mnie uwagę i postanowili obdarzyć mnie swoim zaufaniem. W ten sposób wszedłem do „pierwszej ligi” gangsterów.

Odtąd zaczęły się poważne interesy. Nauczyłem się czerpać korzyści z szarej strefy. Zarabiałem m.in. na tym, kim jestem. Moje nazwisko stało się marką. Kupiłem sobie mercedesa S, dobry garnitur, złoty zegarek i zacząłem inwestować w nieruchomości. Moje zarobki wynosiły kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie. Założyłem własną plantację marihuany, a właściciele lokali płacili mi za to tylko, że w nich bywałem.

Czułem się jak król życia, spełniały się moje marzenia. Ludzie obnosili się z tym, że mnie znają. Miałem dwadzieścia kilka lat, a wszędzie, gdzie ustalano strefy wpływów, liczono się ze mną. To mnie kręciło, jednak miało też swoją cenę…

Rzadko rozstawałem się z bronią. Doszło do kilku zamachów na moje życie. Choć zawsze mogłem liczyć na pomoc, to było to uwarunkowane tym, że nieustannie musiałem się wykazywać jako ten najlepszy, bezwzględny, nieobliczalny. Takie życie dużo kosztowało. Wódkę piłem litrami, czasem brałem narkotyki, nie przesypiałem nocy, żyłem w nieustannym napięciu.

To wszystko odbijało się na mojej psychice. Trzy dni w tygodniu chodziłem na siłownię, a kolejne trzy – piłem. Zapętliłem się w sytuacji, z której nie widziałem wyjścia. Nie szukałem jednak jakiegoś rozwiązania. Nie znałem innego świata, więc nie wyobrażałem sobie, że można inaczej.

Gorzka pigułka

Otrzymywałem zlecenia, które zaczęły mnie przerażać. Pierwsze takie zlecenie dotyczyło zabójstwa wspólnego przyjaciela – mojego i zleceniodawcy. Odmówiłem. Podobnych propozycji było jednak więcej: żeby porwać koledze dziecko dla okupu, oszukać, okraść, zabić, wymusić.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że miałem to robić przeciwko „swoim”, ja zaś w poprawczaku i więzieniu byłem uczony innych zasad: żeby nie wyrządzać krzywdy swojakom. Tego się trzymałem.

Byłem bardzo zawiedziony i zdezorientowany. Wielki świat, ku któremu dążyłem – świat zasad i wzajemnego szacunku – okazał się jednym wielkim bagnem. Im ktoś był większym draniem, tym lepiej. Liczyła się tylko siła, bezwzględność, kasa, protekcja i układy. Zero sentymentów. Wszystkie zasady, którym dotąd hołdowałem, nic tutaj nie znaczyły.

Zrozumiałem, że życie jest o wiele bardziej okrutne, niż się tego spodziewałem. Przełknąwszy gorzką pigułkę poznania prawdy, postanowiłem wycofać się z dużych interesów na rzecz regionalnych biznesów.

Ostatnie aresztowanie

W końcu zostałem zatrzymany przez policję. Postawiono mi poważne zarzuty: działanie w grupie zbrojnej, handel bronią, haracze i narkotyki. CBŚ wprowadziło do mojej grupy swoich informatorów. Założyli oni w miejscach, gdzie przebywałem, ukryte kamery i podsłuchy. Dowody były niepodważalne.

Zaproponowano mi status świadka koronnego. Odmówiłem. Na jednej szali leżał wyrok 15 lat więzienia, na drugiej – ochrona, nowe dane osobowe, spokojne życie w Hiszpanii, zachowanie całego majątku, jakiego się dorobiłem na przestępstwach. Była to gra o wszystko.

Abym miał czas to przemyśleć, umieszczono mnie w ścisłej izolacji. Przez rok przebywałem w pojedynczej celi o klaustrofobicznych rozmiarach. Byłem całkowicie odizolowany od innych więźniów. Odebrano mi wszystkie prywatne rzeczy. Taka forma presji psychicznej. Rzeczywiście można było zwariować…

Nawrócenie

W tej całej beznadziei niespodziewanie przyśnił mi się sen, który odmienił moje życie. W śnie Pan Bóg wystosował do mnie zaproszenie, na które odpowiedziałem: „Tak!”. W świetle tego oświecenia duchowego wszystko zdawało się jawić inne niż dotychczas. Moja nadzieja zmartwychwstała.

Pod wpływem tego zdarzenia przeczytałem całą Biblię, Katechizm Kościoła katolickiego oraz wiele innych religijnych książek. Wyspowiadałem się, przyjąłem Komunię św. i zacząłem życie jak nowo narodzony człowiek. Oświadczyłem wszystkim, że wycofuję się z przestępczego życia.

Tak jak wcześniej bardzo starałem się być rzetelnym bandytą, tak teraz starałem się być rzetelnym katolikiem. Wróciłem na łono Kościoła katolickiego. To był początek mojej nowej drogi – o wiele trudniejszej, ale za to obfitującej w łaskę.

Pielgrzymka

W 2010 r. po raz ostatni opuściłem zakład karny, w Jeleniej Górze. Jednak tym razem, przekraczając próg bramy więziennej, byłem już innym człowiekiem. Spojrzałem na otaczający mnie świat z radością i optymizmem.

Pierwsze, co uczyniłem, to wyruszyłem na pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę. Pielgrzymując w dziękczynnej intencji za dar nawrócenia, poznałem ludzi, którzy zaznajomili mnie z innymi standardami życia.

Byłem zaskoczony ich otwartością, uprzejmością, religijnością, pogodą ducha i wewnętrznym spokojem. Pokazali mi, że można żyć inaczej. Zawarłem tam wiele przyjaźni, które trwają do dziś.

Po powrocie do domu wyrzuciłem na śmietnik lub rozdałem ubogim wszystkie rzeczy. Wiedziałem, że chcąc wejść w nowe życie, muszę się oczyścić materialnie i duchowo ze wszystkich złych uwikłań. Wszyscy byli przekonani, że zwariowałem.

Starzy kompani, widząc, co się dzieje, zaproponowali mi powrót do gangsterki – dużą kasę i lekkie życie. Było to kuszące, jednak odmówiłem. To była jedna z pierwszych poważnych propozycji powrotu na „ciemną stronę”, na którą nie przystałem. W kolejnych latach było ich coraz mniej – dzięki Bogu nie uległem.

Podjąłem poszukiwania zatrudnienia i zarejestrowałem się w urzędzie pracy. Niestety, miałem małe szanse na znalezienie czegokolwiek, ponieważ byłem bez zawodu i z przestępczą przeszłością. Znajomi zaś, którzy prowadzili uczciwe interesy, omijali mnie szerokim łukiem. Czułem się jak trędowaty.

Książka

Pewnego dnia usiadłem przy komputerze. Poznałem, czym są portale społecznościowe, i zacząłem tam umieszczać swoje publikacje. Takie domorosłe pisanie. Krok po kroku, dzień po dniu. Od słowa do zdania. Nie wiedziałem, po co to robię i czy to ma jakiś sens. Jednocześnie modliłem się do Pana Boga o światło, co mam robić w życiu. W którą stronę iść i z kim rozmawiać.

Nie miałem pomysłu na siebie nowego. Gdyby ktoś dał mi pistolet, od razu wiedziałbym, co mam robić, ale kiedy sięgałem do kieszeni, znajdowałem w niej różaniec. I modliłem się, ufając, że ten stan zawieszenia wreszcie minie.

Na początku mojego pisania były to małe formy. Pisałem więcej i więcej, a liczba polubień i udostępnień rosła. Po jakimś czasie, zachęcany przez czytelników moich postów, postanowiłem napisać książkę. Praca nad powieścią pt. Wysłuchaj mnie, proszę… trwała cztery lata. Kiedy książka ukazała się w księgarniach i przyszły pierwsze pozytywne recenzje, byłem bardzo szczęśliwy. Poczułem w sercu radość – uczucie, którego niemalże nie znałem.

Pan Bóg mi błogosławi, a co najistotniejsze, nadał mojemu życiu prawdziwy sens.

Zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę nawet nie jestem świadomy tego, jak wielką szansę na odkupienie grzechów dał mi Pan Bóg. Życie wieczne jest najwyższą stawką, której nie można porównać z niczym innym. Dlatego dany mi czas staram się wykorzystać najlepiej, jak potrafię.

Dzisiaj mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwy. W 2022 r. poślubiłem Monikę. Spełniam się w pasji pisania. Wstąpiłem do Zakonu Rycerzy Świętego Jana Pawła II, z ramienia którego realizuję swoją najważniejszą życiową misję, czyli posługę wśród osób wykluczonych. Odwiedzam więzienia, zakłady poprawcze, domy dziecka, szkoły i na swoim przykładzie pokazuję, że można żyć inaczej!

Paweł Cwynar