Poszedłem do właściciela kliniki, w której pracowałem, i powiedziałem: „Nie mogę dłużej tutaj pracować, nie mogę pracować w programie in vitro. Nie potrafię już pracować przy życiu i je niechcący niszczyć”.
W kwietniu 1993 r. rozpocząłem pracę w jednej z pierwszych powstałych w Polsce klinik leczenia niepłodności małżeńskiej. Oferowana w klinice pomoc dotyczyła również inseminacji, programu zapłodnienia pozaustrojowego in vitro.
Zapotrzebowanie na nasze usługi było bardzo duże, a ośrodków w Polsce realizujących program in vitro tylko kilka. Sądziłem więc, że rozpocząłem pracę w prestiżowej instytucji, bardzo potrzebnej i pomocnej drugiemu człowiekowi.
Medycyna rozrodu, leczenie niepłodności to wysokospecjalistyczna dziedzina wiedzy medycznej. Zacząłem ją zgłębiać, uczyłem się patrzeć na ten problem również oczami pacjentów. Zobaczyłem, jakim dramatem jest dla małżeństwa brak potomstwa.
Stan emocjonalny ludzi, którzy nie mogą mieć dzieci pomimo starań, porównuje się do stanu emocjonalnego ludzi cierpiących z powodu choroby nowotworowej. Czują się oni gorsi, czują się inwalidami rodzinnymi, społecznymi.
Unikają tematu, a zwłaszcza pytań: „Czy jesteś w ciąży?”, „A dlaczego jeszcze nie pojawiło się u was dziecko?”. Nie chcą tego słyszeć. Płaczą w zaciszu swojego pustego domu. Cierpią z tego powodu.
Niesienie pomocy tym ludziom wymaga dużego zaangażowania, wiedzy medycznej i zrozumienia drugiego człowieka. Ja sam zawsze starałem się pracować z miłością, z uczciwością, z serdecznością. Zdobywałem zaufanie pacjentów.
Wiedziałem, że to wszystko jest niezbędne w procesie leczenia, niezależnie od metody, jakiej się używa. Bo przecież miałem do czynienia z żywymi ludźmi, którzy cierpią zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Przy tym pracowałem z pełną fachowością, bo to było konieczne, aby zmierzyć się z przeciwnościami i pokonać niepłodność.
Awans społeczny, awans zawodowy
Praca w klinice programu in vitro wiązała się z poznawaniem ludzi z innych części świata, bo przecież niepłodność jest wszędzie. Zjazdy, sympozja, konferencje pozwalały na wymianę doświadczeń i wiedzy, ale także po prostu na poznawanie świata.
Praca w takiej klinice to także satysfakcja finansowa. Pacjenci ofiarują wiele, aby doprowadzić do poczęcia upragnionego dziecka. Otrzymywałem codziennie kilka, kilkanaście telefonów – kiedy się udało, ludzie byli szczęśliwi. Kiedy się nie udawało, pacjenci przyjeżdżali powtórnie.
Zacząłem sobie uświadamiać, że potrafię z nimi rozmawiać, że mi ufają. Oprócz telefonów z podziękowaniami otrzymywałem także listy z informacjami o narodzinach dziecka, o jego wyglądzie, o największym szczęściu, jakie ich do tej pory spotkało. Przysyłali zdjęcia dzieci. Nieraz całe rodziny przyjeżdżały po dwóch – trzech latach z bukietem kwiatów, aby podziękować. Jak mogłem nie wierzyć w to, co robiłem? Jak mogłem nie wierzyć, że jestem potrzebny?
Czułem się dowartościowany – jako człowiek i jako lekarz. Zdobywałem coraz mocniejszą pozycję w środowisku medycznym i wśród pacjentów. Szczerze wierzyłem, że robiłem coś dobrego i potrzebnego, i wszystko to skłaniało mnie do dalszego rozwoju oraz doskonalenia umiejętności w metodach programu in vitro.
Choć pochodziłem z rodziny katolickiej, to zagadnienie istnienia i działania Pana Boga nie miało wówczas dla mnie dużego znaczenia. Żyłem zgodnie z tradycją, nie zagłębiając się w jej sens.
Przełom
W nocy z 24 na 25 stycznia 2007 r. obudziłem się bez przyczyny i nagle usłyszałem trzykrotnie powtórzone słowa: „Ufaj Jezusowi!”. Głos był bardzo realny. Usłyszałem te słowa wyraźnie. W środku nocy usiadłem na łóżku; nie byłem przestraszony, raczej mocno poruszony i zaciekawiony – co się właściwie dzieje?
Poczułem, że ucho zaczęło mnie bardzo mocno boleć. Ból był intensywny i trwał kilkanaście sekund. Bardzo uwiarygodnił on głos, który usłyszałem przed chwilą. Wiedziałem, że to nie było złudzenie słuchowe, lecz rzeczywistość.
Dziesiątki zdarzeń, które pojawiły się w następnych dniach, utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie jest to iluzja ani przypadek. Czułem działanie siły nadprzyrodzonej. Czytałem gazetę czy książkę i wśród 10 tysięcy wyrazów zawartych w tekście wszystkie dotyczące życia mocno mnie poruszały.
Każdej nocy przeżywałem sny jak filmy, które realizowały się w ciągu dnia. Zdumiewałem się spotkanymi ludźmi, ich zachowaniem, wypowiadanymi przez nich słowami, zjawiskami przyrody, bo to wszystko zdarzyło się już w czasie snu.
Spotkania z ojcem Pio, w którym było wyjątkowe poczucie realności, były dla mnie duchowym wstrząsem. Święty kapucyn pokazywał mi, co mam robić. Był bardzo stanowczy, ale zostawiał mi wybór. Zacząłem czytać książki o ojcu Pio. Pochłaniałem je jednym tchem.
Przyszła wczesna wiosna, zazieleniły się trawniki. Kiedy miałem przejść z jednego chodnika na drugi, bałem się stanąć na trawie. Łapałem się na tym, że bałem się zniszczyć życie toczące się pomiędzy źdźbłami trawy, a przecież w procedurze programu in vitro niszczyłem życie przez cały czas! Dowiedziałem się, że św. Franciszek też nie chciał chodzić po trawie, aby nie niszczyć życia.
Miałem pewność, że to Pan Bóg mnie dotknął, i byłem bardzo szczęśliwy, że tak się stało. Nie wiedziałem, co zrobić, aby nie zmarnować tej wyjątkowej szansy, by pójść za wolą Boga i zrealizować zadanie, które On mi wyznacza.
Moje 5-, 10-kilometrowe spacery z psem były przepełnione obcowaniem z naturą i modlitwą różańcową. Śmiałem się, że gdyby pies umiał mówić, to odmawiałby ją razem ze mną.
Czułem, że zaczynam postrzegać życie zupełnie inaczej: że życie upomina się, abym je chronił.
Zobaczyłem to życie i swoją pracę przez pryzmat dwóch koron drzew. Jedna jest zielona, pełna liści, żywa – to te dzieci, którym daje się szansę w programie in vitro. Druga jest sucha, bez liści – to te dzieci, którym nie dało się szansy na dalsze życie. Taki jest program in vitro.
Zawsze wiedziałem, że ileś istnień ludzkich musi zginąć w trakcie realizacji in vitro. Dostrzegając te znaki i przeżywając dotknięcie Pana Boga, poszedłem do właściciela kliniki, w której pracowałem, i powiedziałem: „Nie mogę dłużej tutaj pracować, nie mogę pracować w programie in vitro. Nie potrafię już pracować przy życiu i je niechcący niszczyć”.
Dostałem urlop i polecenie od szefa: „Przemyśl to wszystko, odpocznij, ostatni okres był bardzo wyczerpujący”.
Ucieszyłem się, że mogę odpocząć. Byłem pewny, że nie będę mógł kontynuować tej pracy, ale chciałem nabrać dystansu i zdecydować, jakie mogą być moje dalsze kroki, kiedy już opuszczę klinikę programu in vitro.
Wraz z żoną i grupą przyjaciół pojechaliśmy na Słowację. Ciepłe źródła, gorące kąpiele, brak obowiązków przez kilka dni – tego potrzebowałem. Msza św. była zwieńczeniem każdego dnia. Natomiast trudnością było znalezienie kościoła, w którym odprawiana była Eucharystia, bo jeden ksiądz posługiwał w kilku parafiach.
Pewnego dnia wyjechaliśmy z hotelu na Mszę św. Był to marcowy wieczór, nieznany nam teren, wszystko spowijała nieprzenikliwa mgła i była bardzo słaba widoczność. Musieliśmy jechać z prędkością 20-30 km na godzinę. Zbliżała się godzina rozpoczęcia nabożeństwa.
Mówię: „Nie zdążymy; dzisiaj nie będziemy na Mszy św.”.
W tym momencie przed przednią szybą samochodu pojawił się biały jak śnieg gołąb… W samochodzie zrobiło się cicho. Zdumienie, niedowierzanie. Jadę za gołębiem. Skrzyżowanie i co dalej? Skręcam w prawo jak nasz przewodnik. Kolejne kilkaset metrów i zobaczyliśmy światła kościelnej wieży.
Gdybym tylko ja widział białego gołębia, prawdopodobnie nikt by nie uwierzył w to opowiadanie, ale w samochodzie była oprócz mnie żona i nasza koleżanka – lekarz ginekolog.
W drodze powrotnej odwiedziliśmy również Łagiewniki oraz Jasną Górę. Różaniec, łzy kapiące ciurkiem. Podziękowanie Panu Bogu za tyle niezasłużonej łaski…
„Pójdź za Mną”
31 marca 2007 r. złożyłem wypowiedzenie z pracy w klinice i powiedziałem: „Już nigdy nie wykonam zabiegu in vitro”.
W tym momencie całkowicie zaufałem Panu Bogu, zrezygnowałem z pracy, comiesięcznych dużych pieniędzy, zdjąłem lekarski fartuch; już nie chciałem niszczyć ludzkiego życia.
„Przez 14 lat wyspecjalizowałem się w leczeniu niepłodności. Czy mogę rozpocząć naukę w nowej dziedzinie medycyny? Jak postąpić dalej?” – te pytania wciąż mnie nurtowały.
Późną wiosną 2007 r. pojechaliśmy z żoną na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Było to dla nas tak jakby spotkanie z „piątą Ewangelią” i wielkie przeżycie, że chodzimy po śladach Świętej Rodziny. Jeden z dni, wypełniony podróżą statkiem po jeziorze Genezaret, długo będę pamiętał.
„Panie Boże, jaką drogą chcesz mnie prowadzić? Co mam robić, aby na niej się znaleźć? Jak z niej nie zboczyć?” – powtarzałem te pytania, patrząc na krajobraz wzniesień otaczających jezioro.
I znowu były łzy oraz doświadczenie wielkiej miłości Pana Boga, od której nie można się oderwać. Rejs statkiem dobiegł końca. Wyszedłem na brzeg. Dużo ludzi, tłok. Inni też chcą płynąć następnym kursem.
„Proszę pana, proszę pana, proszę tu stanąć! Tu jest ktoś ważny. Zrobię panu zdjęcie, koniecznie pana aparatem fotograficznym” – wołał do mnie nasz opiekun.
Przeglądając już w domu dziesiątki fotografii z pielgrzymki, na zdjęciu z „kimś ważnym” stałem obok rzeźby przedstawiającej Pana Jezusa trzymającego rękę nad głową apostoła Piotra. W miejscu, w którym mówił do apostołów: „Pójdźcie za Mną, a sprawię, że staniecie się rybakami ludzi”.
To niezasłużone spotkanie z Panem Bogiem coraz bardziej nabierało kształtu. Jesienią 2007 r. usłyszałem po raz pierwszy określenie „naprotechnologia”. Okazało się, że jest to dziedzina medycyny, która zajmuje się diagnozowaniem i leczeniem niepłodności małżeńskiej. Dziedzina w pełni naukowa, odrzucająca potrzebę użycia inseminacji czy wykonania programu in vitro.
Poczułem się szczęśliwy, bo okazało się, że mogę dalej leczyć niepłodność, wykorzystując zdobytą wiedzę i doświadczenie. Nie było sztuką zdjąć medyczny fartuch i wszystko rzucić, ratując swoją duszę.
Przypuszczam, że Pan Bóg kiedyś by mnie zapytał: „Co z twoimi talentami? Nie spożytkowałeś ich należycie dla dobra innych. Zaniedbanie to też grzech”.
Pojechałem do Rzymu na konferencję naprotechnologiczną z udziałem dr. Hilgersa, twórcy naprotechnologii. Przekonałem się, że warto przenieść tę metodę do Polski. Metodę, która jest oparta na precyzyjnej diagnostyce organizmu kobiety i mężczyzny i leczeniu znalezionych przyczyn, przywracając prawidłową płodność człowieka i umożliwiając naturalny proces poczęcia.
Uzmysłowiłem sobie, że Pan Bóg podsuwa mi konkretne zadanie. Mam stworzyć ośrodek diagnostyczno-leczniczy z zapleczem edukacyjnym i naukowym.
Klinika w Białymstoku
Udało się! 1 stycznia 2009 r. w Białymstoku rozpoczęła swoją działalność Klinika Leczenia Niepłodności Małżeńskiej NAPROMEDICA. W Białymstoku, w którym w 1987 r. przyszło na świat pierwsze w Polsce dziecko poczęte w programie in vitro. W Białymstoku, w którym żył i mieszkał ksiądz profesor Michał Sopoćko, orędownik miłosierdzia Bożego.
Będąc na Mszy beatyfikacyjnej ks. prof. Michała Sopoćki, otrzymałem od nieznanej mi osoby obrazek z wizerunkiem Pana Jezusa w cierniowej koronie. Na odwrocie widniał napis: „Uroczystość beatyfikacyjna księdza Michała Sopoćki oraz słowa: »… on pomoże ci zrealizować moje dzieło, tu na ziemi«”.
Podczas Mszy św. otrzymałem Komunię św. składającą się z dwóch opłatków i usłyszałem słowa: „Tobie tyle trzeba”.
Jak Ci, Panie Boże, dziękować za tyle łaski? Jak udźwignąć tak wielką odpowiedzialność za tworzone nowe dzieło?
Codzienna, mozolna praca, poszukiwanie przyczyn, przywracanie naturalnej płodności, walka z czasem, walka z próbami zaczęły wypełniać moje życie zawodowe. Poczęcia – sukcesy pacjentów, po wielu latach nieskutecznego leczenia (również w programie in vitro), to widoczne owoce codziennej, trudnej pracy.
Prokreacyjna medycyna regeneracyjna oferuje pacjentom nowoczesne, skuteczne metody diagnostyki i leczenia. Powtarzam swoim pacjentom, że na wartość komórek płciowych – plemnika i komórki jajowej – ma wpływ zdrowie całego organizmu człowieka. A przecież organizm kobiety to również środowisko, które powinno być zdrowe, aby zapewnić optymalne warunki rozwoju nowego życia ludzkiego.
Pierwsze lata pracy w NAPROMEDICE to również wiele zajętych sobót i niedziel. Spotkania z ludźmi we wszystkich zakątkach Polski, opowiadanie o Panu Bogu, o spotkaniach z Nim, wykłady medyczne, promocja wiedzy o naprotechnologii, ukazywanie nieprawidłowości programu in vitro…
Byłem zapraszany do wygłoszenia wykładów na Węgrzech (parlament), na Litwie, na Białorusi i w Irlandii. Uczestniczyłem w programach radiowych i telewizyjnych. Skąd miałem tyle siły?
Kiedy dzisiaj słyszę o założonych w Polsce wielu ośrodkach naprotechnologicznych leczenia niepłodności, rozpiera mnie wielka radość. Cieszę się z wielu wykształconych, oddanych pacjentom lekarzy oraz coraz większej liczby publikacji naukowych z dziedziny prokreacyjnej medycyny regeneracyjnej.
Po pierwszym roku pracy w NAPROMEDICE, wracając do domu, miałem nieodpartą potrzebę uczestniczenia w wieczornej Mszy św. Chciałem podziękować Panu Bogu za nową drogę życia osobistego i zawodowego, za wiele łask, za Boże miłosierdzie.
W czasie Mszy św., w której uczestniczyło kilkanaście osób, do kościoła nagle wszedł żebrak, dając czteroletniej płaczącej dziewczynce obrazek. Obrazek wypadł z rąk dziewczynki i wylądował pod moimi nogami. Podnosząc obrazek i chcąc oddać go dziewczynce, spostrzegłem na nim wizerunek niewiasty podpisany: Święta Wiktoria. „Jakie to znamienne – powiedział mi ktoś – dostałeś słowa zwycięstwa z rąk dziecka, którego bronisz”.
Nie można pomagać innym, niszcząc ludzkie życie. Nie można znaleźć szczęścia, krzywdząc tych najmniejszych, bezbronnych. Nie można wierzyć w Boga, dawcę życia, i jednocześnie przyczyniać się do śmierci człowieka, również człowieka na etapie rozwoju zarodkowego.
Musimy dokonać jednoznacznego wyboru i w dziedzinie leczenia niepłodności. Takim wyborem, zgodnym z wolą Pana Boga, jest prokreacyjna medycyna regeneracyjna.
Dzisiaj zarodek ludzki jest moim najmniejszym pacjentem.
lek. Tadeusz Wasilewski