Święta Teresa z Lisieux – przewodniczka po drodze zaufania i miłości

Święta Teresa z Lisieux

W 2023 r. minęła 150. rocznica urodzin św. Teresy od Dzieciątka Jezus, francuskiej karmelitanki bosej, zmarłej w wieku 24 lat, którą papież Pius X nazwał największą świętą naszych czasów.

Figura lub obraz św. Teresy znajdują się w niemal każdym kościele na całym świecie, a peregrynacja jej relikwii po kontynentach przyciąga ogromne rzesze ludzi. Świadczy to o miłości, jaką ludzie ją darzą, o wierze w jej nadzwyczajne wstawiennictwo u Boga oraz o tym, że wielu współczesnych identyfikuje się z jej drogą do Boga opartą na bezgranicznym zaufaniu i miłości.

Droga zaufania

Swoją drogę do świętości karmelitanka nazwała małą drogą, ponieważ kroczą nią ci, którzy są świadomi swoich ułomności i niedoskonałości. Ludzie zwykle marzą o tym, żeby być kimś wielkim, by inni ich doceniali i chwalili. Święta Teresa przeciwnie: pragnęła tego, aby być małą i by ludzie jej nie doceniali i nie chwalili, i wszystko robiła w tym celu.

Chętnie się nazywała i podpisywała w listach imieniem „mała Teresa”, utożsamiając się z dzieckiem. Zrezygnowała ze wszystkiego, co wielkie i nadzwyczajne.

Tak bardzo zdołała ukryć się przed ludźmi, że gdy pod koniec swego życia jedna z sióstr powiedziała: „Nie wiem, dlaczego tyle się mówi o siostrze Teresie od Dzieciątka Jezus, nie uczyniła niczego znaczącego; nie widać, aby praktykowała cnotę, nie można nawet powiedzieć, że była dobrą zakonnicą”, św. Teresa się ucieszyła i powiedziała zdumiewające słowa: „Ach, usłyszeć na łożu śmierci, że nie jestem dobrą zakonnicą, cóż za radość! Nic nie mogłoby mi sprawić większej przyjemności!”.

Pragnienie bycia małą i niezauważoną przyszło karmelitance wraz z poznaniem, że Bóg jest miłosierdziem. Jego właściwością jest pochylanie się nad tym, kto jest mały i słaby, a nawet grzeszny, aby przez przebaczenie rozpalić go ogniem miłości oczyszczającym skuteczniej niż ogień czyśćcowy. Święta Teresa doszła do takiego odkrycia po przebyciu pewnego procesu duchowego.

Otóż święta przez wiele lat doświadczała w sposób skrajny prawdy, że jest istotą słabą i kruchą. Złożyło się na to wiele wydarzeń: śmierć mamy, gdy dziewczynka miała cztery i pół roku, rozłąka z siostrami, które wstąpiły do karmelu, niedojrzałość emocjonalna i płaczliwość w wieku dorastania, słabość ciała, niezrozumienie w klasztorze, upokarzająca choroba umysłowa ojca i jego śmierć w zapomnieniu, gruźlica, pokusy przeciw wierze.

Kiedy Teresa miała dziewięć lat, zastępująca jej mamę siostra Paulina wstąpiła do zakonu. Po latach święta z Lisieux tak wspominała to wydarzenie: „Pojęłam, czym jest życie; dotychczas nie wydawało mi się ono tak smutne, ale kiedy ukazało mi całą swoją rzeczywistość, spostrzegłam, że jest nieustannym cierpieniem i rozłąką”.

To poczucie słabości u św. Teresy było jednak nade wszystko efektem zderzenia z jednej strony przeogromnego pragnienia kochania Jezusa i głoszenia Jego miłości wszystkim ludziom, we wszystkich czasach i we wszystkich zakątkach Ziemi, a z drugiej jej ograniczeń, którymi były zamknięcie w klasztorze, bycie kobietą, brak szczególnych charyzmatów, choroby, słabość ciała, niemożliwość praktykowania surowych pokut.

Święta żyła rozdarta wewnętrznie niemożnością pogodzenia w sobie tych dwóch sprzeczności. Dopiero kiedy odkryła małą drogę, zrozumiała, że to, co małe, wcale nie musi być przeszkodą w drodze do Boga – wręcz przeciwnie, może być przywilejem.

Dla zobrazowania tej rzeczywistości posłużyła się porównaniem ludzi do kwiatów. Jedni są jak dostojne róże i lśniące bielą lilie, a inni jak małe wiosenne kwiaty: pachnące fiołki czy zachwycające swoją prostotą stokrotki. Gdyby istniały tylko wspaniałe róże i lilie, przyroda straciłaby wówczas swą finezyjność i świeżość, która nas zachwyca w czasie wiosennych wędrówek po polach i górach.

Gdyby w Kościele żyli tylko wielcy doktorzy, męczennicy, cudotwórcy, stygmatycy, świętość straciłaby swą siłę przyciągania, byłaby przywilejem tylko nielicznych gigantów. Zadaniem małych świętych jest pokazanie uniżenia i miłosierdzia Boga.

Gdy ktoś chce zerwać polny kwiat, musi się schylić; tak też Bóg, zstępując do prostych dusz, schyla się do ich nicości i najpełniej objawia swoje miłosierdzie – tłumaczyła karmelitanka.

Gdy św. Teresa zrozumiała tajemnicę miłosierdzia Bożego, nie tylko nie chciała już wzrastać, ale chciała być coraz mniejsza. Z takim przesłaniem przychodzi do nas. Mamy starać się być coraz mniejsi przed Bogiem, by przyciągnąć miłosierne spojrzenie Boże i doświadczyć Jego uświęcającego działania.

Droga miłości

Mała droga to nie tylko postawa zaufania, ale też miłości. W Pierwszym Liście Świętego Pawła do Koryntian czytamy, że spośród trzech cnót teologalnych (wiary, nadziei i miłości) miłość jest największa (por. 1 Kor 13,13). Wiara skończy się kiedyś i ustąpi widzeniu, nadzieja wreszcie się spełni, a miłość pozostanie, ponieważ jest wieczna i nigdy nie ustaje.

Ale czym tak naprawdę jest miłość do Boga? Jest ona wewnętrzną siłą, która pociąga człowieka do Boga po to, aby się z Nim zjednoczyć i wytrwać w tej jedności. Każda miłość, nie tylko do Boga, to dążenie, aby posiąść to, co się miłuje; to radość posiadania umiłowanego przedmiotu lub radość przebywania w obecności umiłowanej osoby.

I tak oto człowiek nieustannie myśli o tym, co kocha, co go pociąga. Zakochany nieustannie myśli o ukochanej osobie i marzy o tym, by się z nią spotkać; miłośnik samochodów myśli o samochodzie swoich marzeń i pragnie go posiąść; gracz komputerowy spędza długie godziny przed ekranem, gdyż nie chce rozstać się z grą, która go pasjonuje.

Podobnie ten, kto miłuje Boga, myśli o Nim nieustannie, w każdej chwili przebywa z Nim, mówi do Niego lub Go słucha. Taka właśnie była miłość św. Teresy do Boga.

Święta z Lisieux nauczyła się miłości do Boga w domu rodzinnym. Mama odmawiała z nią rano krótką modlitwę oddania serca Bogu, którą następnie mała Teresa powtarzała w ciągu dnia: „Mój Boże, oddaję Ci moje serce. Proszę, weź je, aby żadne stworzenie nie mogło go posiąść, lecz tylko Ty, mój dobry Jezu”.

Formułę tę w tamtym czasie odmawiały prawie wszystkie dzieci. Są w niej zawarte zalążki oblubieńczej i wyłącznej miłości do Boga, dla którego serce człowieka zostało stworzone.

Równocześnie z miłością do Boga święta uczyła się w domu miłości do rodziców, rodzeństwa i ubogich, którzy często pukali do drzwi ich domu lub których Teresa spotykała w czasie niedzielnych spacerów.

Po wstąpieniu Teresy do karmelu w wieku 15 lat te zalążki czystej miłości do Boga rozwinęły się u młodej zakonnicy pod wpływem wielkiego nauczyciela miłości – św. Jana od Krzyża. To w jego dziełach karmelitanka przeczytała, że „najmniejszy akt czystej miłości jest bardziej pożyteczny dla Kościoła niż wszystkie dzieła razem wzięte”.

Święta Teresa zrozumiała wtedy, że miłość jest najważniejsza, że wszystko, co robimy, aby miało wartość przed Bogiem, musi być wykonywane z miłości. Z tego względu nie ma znaczenia, co robimy, ale ile miłości wkładamy w dane działanie.

Najbardziej prozaiczna czynność wykonana z miłością ma ogromną wartość w oczach Bożych, i przeciwnie, największe dzieło wykonane bez miłości nie ma znaczenia u Boga. Według św. Teresy „podniesienie szpilki z miłości może nawrócić duszę”.

„Zrozumiałam – pisała – że bez miłości wszystkie dzieła są niczym, nawet te najwspanialsze, jak wskrzeszanie umarłych czy nawracanie ludów”.

O ewentualnym byciu wysłaną na misje do Hanoi karmelitanka tak pisała: „Jestem przekonana, że nie oddałabym tam żadnej przysługi, ale cierpiałabym i kochałabym. To liczy się w Jego [Bożych – przyp. red.] oczach”.

Teresa nade wszystko kochała Boga, zgodnie z przykazaniem: „Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich sił swoich” (por. Mk 12,30).

Miłość świętej z Lisieux była całkowicie bezinteresowna. Karmelitanka nie szukała darów, jakie Bóg ze sobą przynosi, ale Jego samego.

Swojej siostrze Celinie wyznała: „Wielu służy Jezusowi wtedy, gdy ich pociesza, ale mało zgadza się na to, aby Mu dotrzymać towarzystwa, gdy śpi na wzburzonych falach lub gdy cierpi w ogrodzie konania! Kto więc zechce służyć Jezusowi dla Niego samego? Och! To my będziemy”.

Innym razem dodała: „Bóg nie chce, abyśmy Go kochali dla Jego darów, to On sam ma być naszą nagrodą”.

Aby być wierną miłości Boga, Teresa tępiła wręcz w sobie sympatię, jaką żywiła do swej przełożonej. Może to brzmieć absurdalnie, bo przecież to antypatiom nie należy ulegać, a nie sympatiom. Tymczasem św. Teresa mówiła sobie, że w zamkniętym klasztorze z 20 siostrami darzenie szczególną miłością jednej zakonnicy jest automatycznie dyskryminacją pozostałych oraz sprzeniewierzeniem się jedynej miłości Boga.

Czym jest prawdziwa miłość bliźniego, św. Teresa zrozumiała jeszcze głębiej pod koniec swego życia, kiedy to uświadomiła sobie, że kochanie jednych mocniej niż drugich, tych sympatycznych i nienagannych moralnie bardziej niż tych niesympatycznych i pełnych wad, jest sprzeniewierzeniem się przykazaniu Jezusa: „Abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem” (J 13,34).

Jezus bowiem miłuje każdego z nas taką miłością, jakby nikt inny nie istniał na świecie, bez względu na to, czy jesteśmy dobrzy czy źli.

Miłość św. Teresy do Jezusa przypomina nam, że nie można służyć jednocześnie dwom panom. Nie można mówić, że kocha się Boga, a przy tym nie modlić się do Niego, zapominać o Nim, nie służyć Mu w bliźnich, szczególnie w tych najbardziej potrzebujących, pracować w niedzielę dla zysku, być zakochanym w pieniądzach i bogactwie.

Niech św. Teresa pomoże nam odwracać serca od bożków, a zwrócić je ku Bogu prawdziwemu. On jeden godzien jest miłości.