Krucjaty – odpowiedź na agresję islamu

Krucjaty były odpowiedzią na agresję islamu

Wystarczy przejrzeć większość dostępnych obecnie opracowań o krucjatach, aby dojść do wniosku, że sposób myślenia protestanckich i oświeceniowych krytyków krucjat ciągle dominuje w interpretacji tego ważnego wydarzenia w dziejach chrześcijaństwa.

Trzeba bowiem pamiętać – o czym krytycy zdają się zapominać – że krucjaty nie były jakąś tragiczną aberracją, incydentem w dziejach wyznawców Chrystusa, ale zjawiskiem mającym ponad 500-letnią historię – i to nie tylko na Zachodzie, ale i na Wschodzie.

Walczący w I połowie VII wieku z Persami w obronie Ziemi Świętej bizantyjski cesarz Herakliusz traktował tę wojnę jako wojnę w obronie Wiary i Krzyża. Co ciekawe, już wtedy wojna ta ze strony chrześcijan była wojną obronną (agresorami byli Persowie, którzy dokonali rzezi chrześcijan w Ziemi Świętej i zabrali relikwie Prawdziwego Krzyża).

Po kilkudziesięciu latach przyszła kolejna, o wiele groźniejsza fala antychrześcijańskich agresorów – muzułmanie. Począwszy od lat 30. wieku VII, przez następnych kilkadziesiąt lat dokonali oni systematycznego podboju ziem chrześcijańskich: Azji Mniejszej, Syrii, Egiptu, Afryki Północnej, Hiszpanii oraz południowej Galii (Francji). Zajęli również Ziemię Świętą.

Należy przy tym pamiętać, że te podbite terytoria nie były peryferiami chrześcijaństwa, jego obrzeżami, ale odwrotnie: były terenami, gdzie od wieków kwitło życie chrześcijańskie i chrześcijańska kultura.

Takie miasta, jak Antiochia w Syrii, Hippona w Afryce Północnej, Sewilla w Hiszpanii czy cała Kapadocja w Azji Mniejszej – nie mówiąc już o Ziemi Świętej – od zawsze były związane z życiem Kościoła jako siedziby najstarszych biskupstw, miejsca nauczania ojców i doktorów Kościoła.

Również wezwanie muzułmanów do zbrojnej agresji przeciw „niewiernym” nie znajdowało się na peryferiach koranicznego nauczania.

Nakazy prowadzenia świętej wojny, rozumianej nie jako duchowa praca nad sobą, ale zbrojne narzucanie islamu i prawa muzułmańskiego innowiercom (w tym także chrześcijanom), są wyraźnie zapisane w Koranie: „Zwalczajcie tych, którzy nie wierzą w Boga i w Dzień Ostatni, którzy nie zakazują tego, co zakazał Bóg i Jego Posłaniec, i nie poddają się religii prawdy – spośród tych, którym została dana Księga – dopóki oni nie zapłacą daniny własną ręką i nie zostaną upokorzeni” (sura IX, 29).

W innym miejscu święta księga uspokaja muzułmanów co do losu „niewiernych”: „To nie wy ich zabijacie, lecz Bóg ich zabijał. To nie ty rzuciłeś, kiedy rzuciłeś, lecz to Bóg rzucił, aby doświadczyć wiernych doświadczeniem pięknym” (sura VIII, 17).

W krajach podbitych przez muzułmanów chrześcijanie zostali zepchnięci do statusu obywateli drugiej kategorii (tzw. dhimmi). Ich wyznanie było tolerowane – choć zwyczajową praktyką było odbieranie im największych świątyń, zamienianych na meczety – ale obowiązywał, pod rygorem kary śmierci, całkowity zakaz prowadzenia pracy misyjnej, jak również obecności chrześcijańskiego kultu w sferze publicznej (np. procesje).

Chrześcijanie byli dodatkowo opodatkowani oraz objęci innymi dyskryminacyjnymi praktykami (np. obowiązywał ich zakaz jazdy na koniu, który był „zarezerwowany” dla muzułmanów; „niewierni” mogli się poruszać tylko na ośle).

Pamiętajmy jeszcze o jednym: agresji muzułmańskiej w Europie nie powstrzymał dialog międzyreligijny, ale zwycięstwo Franków w bitwie z Arabami pod Poitiers w 732 r. Zresztą zwycięstwo to nie oznaczało likwidacji zagrożenia.

W 846 r. muzułmanie – operujący z opanowanej przez siebie południowej Italii oraz Sycylii – dokonali najazdu na Rzym, niszcząc bazylikę św. Piotra (i konfesję Księcia Apostołów) oraz bazylikę św. Pawła za Murami.

Wyobraźmy sobie, co by było wówczas, gdyby wojska chrześcijańskie dokonały analogicznego najazdu na Mekkę i zniszczyły znajdujący się tam najświętszy dla muzułmanów meczet. Jak długo Kościół musiałby przepraszać za grzechy swoich synów!

Tak więc chrześcijanie, zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie (Konstantynopol dwa razy, w latach 674-678 i 717-718, zwycięsko odparł oblężenia przez Arabów) – chcąc nie chcąc – przyzwyczajali się do tego, że pojęcie „rycerstwa Chrystusowego” (militia Christi) nie tylko ma swoje tradycyjne znaczenie w odniesieniu do mnichów podejmujących duchowe zmagania za murami klasztorów, ale oznacza ono również walkę w najbardziej dosłownym sensie: walkę podjętą w obronie swojej wiary. I w tym sensie wyprawy krzyżowe były traktowane jako wojna sprawiedliwa.

W tym kontekście warto przytoczyć wątek polski. W XV wieku – pod koniec średniowiecznej epoki – to polscy myśliciele: Stanisław ze Skarbimierza i Paweł Włodkowic (obydwaj księża profesorzy z Akademii Krakowskiej), opracowali teorię wojny sprawiedliwej jako część międzynarodowego prawa narodów (ius gentium).

Odbywało się to w kontekście wojny Polski z Krzyżakami i polscy profesorowie uzasadniali prawo Polski do odparcia krzyżackiej agresji, nawet przy korzystaniu z pomocy „schizmatyków” (prawosławnych) i pogan (Tatarów), gdyż takie kontyngenty walczyły po stronie Jagiełły i Witolda pod Grunwaldem.

Sytuacja była o tyle delikatna, że Krzyżacy byli przecież zakonem rycerskim (Zakon Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie), wyrosłym z krucjatowej epoki.

Co ciekawe jednak, Polacy nie kwestionowali zasadności samych wypraw krzyżowych.

Stanisław ze Skarbimierza w swoim głośnym traktacie O wojnie sprawiedliwej (De bello iusto) wyjaśniał: „I nie przeszkadza to, że papież nadaje odpusty tym, którzy wyprawiają się przeciw Saracenom dla odzyskania Ziemi Świętej. Ona bowiem jest uświęcona narodzeniem, mieszkaniem i śmiercią Jezusa Chrystusa, a ponieważ w niej jest czczony nie Chrystus, ale zdradliwy Mahomet, godzi się, aby toczono walkę w celu jej odzyskania, gdyż jest otaczana czcią przez chrześcijan”.