Lekarz, który przyjął córkę, po zbadaniu jej i obejrzeniu wcześniejszych badań stwierdził, że tak jak długo pracuje, ani w praktyce, ani w książkach nie spotkał się z takim przypadkiem. Określił, że inaczej nie można tego nazwać, jak cudem.
W lutym 2010 r. moja córka zorientowała się, że jest w stanie błogosławionym. Udała się do lekarza, który potwierdził jej przypuszczenia. Specjalista powiedział jednak, że serduszko dziecka jeszcze nie bije, a już powinno. Skierował więc moją córkę do szpitala, gdzie trzykrotnie była przygotowywana do zabiegu sztucznego poronienia. Dzięki Bogu nie doszło do tego zabiegu i wszystko wówczas dobrze się skończyło.
Kolejne trzy miesiące przebiegły spokojnie – dziecko rozwijało się prawidłowo. Młodzi małżonkowie cieszyli się, wybierali już imię dla swojej pociechy. 18 maja przypadała kolejna, comiesięczna wizyta u lekarza. Nie mogliśmy się doczekać, kiedy to nastąpi, gdyż lekarz obiecał nam wtedy powiedzieć, czy to chłopiec czy dziewczynka. Nie przeczuwaliśmy niczego złego.
Niestety, zamiast radosnej informacji usłyszeliśmy straszną diagnozę: wodogłowie i praktycznie brak mózgu u dziecka… Dowiedzieliśmy się, że maleństwo nie ma szans na przeżycie. Może umrzeć w każdej chwili, a najpóźniej tuż po porodzie, gdyż nie będzie ssało, oddychało, widziało itd. Lekarz wypisał więc skierowanie na aborcję.
Świat nam się zawalił. Byliśmy bezradni, nie wiedzieliśmy, co dalej. Nie mogliśmy uwierzyć w to wszystko, co usłyszeliśmy. Córka się załamała. Stwierdziła, że to wszystko musi się jak najszybciej skończyć, że ona tego nie wytrzyma i zrobi to, co lekarz proponuje.
Wiedziałam, że córka potrzebuje mojej pomocy, ale byłam całkowicie innego zdania niż ona. Pomimo strasznego bólu i cierpienia, które przeżywaliśmy, tłumaczyłam córce tak, jak potrafiłam, żeby nie splamiła sobie rąk krwią własnego dziecka. Pan Bóg dał mu życie i niech On zdecyduje, kiedy się zakończy – nie ona. Nie było łatwo… Chodziłam do kapłanów po poradę, ponieważ nie umiałam sobie sama z tym poradzić.
Zaczęliśmy wędrówkę od lekarza do lekarza. Między innymi byliśmy w klinice w Krakowie, gdzie córkę badał duży zespół lekarzy. Diagnoza wszędzie się potwierdzała. Z moją córką było coraz gorzej, bo nie chciała jeść, widzieć nikogo poza domownikami, nie spała. Gdy zasypiała na chwilę, budziła się z krzykiem. Nie wiedziałam, co robić. Prosiłam Boga, aby moja córka nie zrobiła nic, co by było niezgodne z Jego wolą. Wołałam: „Panie, pomóż!”. Dziś wiem, że Bóg słyszał moje wołanie…
Mimo że córka była zdecydowana na aborcję i była już też wyznaczona data przyjęcia jej do szpitala, nie pojechała tam. Wybraliśmy się jeszcze do innego ginekologa. Diagnoza znów się potwierdziła, ale tamten lekarz zaproponował inne rozwiązanie. Powiedział mianowicie, że dobrze by było zaczekać do siódmego miesiąca ciąży. Odbędzie się wtedy wcześniejszy poród przez cesarskie cięcie, gdyż główka dziecka będzie za duża, żeby mogło urodzić się normalnie.
Specjalista uświadomił córce, że w ten sposób uniknie aborcji. Mówił też, że dziecko może umrzeć w każdej chwili. Pomimo krzyża, jaki musieliśmy dalej nieść, byłam szczęśliwa, że córka zgodziła się zaczekać.
Mam wspaniałą sąsiadkę, która zawsze mnie wspiera. To ona pomagała nam przetrwać te ciężkie chwile. Modliła się za nas i ciągle powtarzała: „Módl się, a wszystko może się zmienić…”. Przyznam się, że raz nawet byłam na nią zła i powiedziałam: „Co tu się może zmienić? Mózg urośnie?”. A ona mi spokojnie odpowiedziała, że tak – ona w to wierzy. Ja nie miałam takiej wiary. Modliłam się gorąco za córkę, ale w taki cud nie wierzyłam.
5 czerwca, będąc na nocnym czuwaniu w Jarosławiu, usłyszałam z ust o. Józefa Witko słowa poznania: „A teraz będziemy się modlić o odtworzenie brakujących organów”.
Od razu wiedziałam, że to są słowa skierowane do mojej córki i do mnie. Wstąpiła we mnie ogromna nadzieja. Powiedziałam o tym swojej córce i wspólnie z sąsiadką, naszym „aniołem”, zaczęłyśmy jeździć w różne miejsca i prosić Boga o pomoc. Sąsiadka powiedziała, że oprócz wszystkich lekarzy na świecie jest jeszcze jeden najważniejszy – Bóg – i On wszystko może.
Dowiedzieliśmy się, że w Kraczkowej jest ksiądz, który ma pas i krzyż św. Jana Pawła II. Pojechaliśmy również do niego. Tam ks. Mieczysław owinął tym pasem brzuch mojej córki i wspólnie modliliśmy się do Boga o cud przez wstawiennictwo naszego papieża.
Moja córka jako młoda dziewczyna jeździła na oazy i rekolekcje, ale gdy się wyprowadziła z domu rodzinnego, zaczęła oddalać się od Boga. Napominałam ją, ale ona twierdziła, że wie, co robi. Teraz, gdy przyszło jej nieść krzyż, przypomniała sobie, że Bóg istnieje i czeka na nią. Na nowo zawierzyła Bogu.
Od tego momentu jej stan psychiczny całkowicie się zmienił. Zaczęła normalnie żyć, wróciła do pracy, potrafiła się nawet uśmiechać. Często uczestniczyła w Mszy św., chodziła pod pomnik św. Jana Pawła II i prosiła go o pomoc. Brała udział w Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie, jeździła do Kraczkowej i Jodłówki.
Tłumaczyłam jej, że nie zawsze dzieje się tak, jak my tego oczekujemy. Pan Bóg wie najlepiej, co jest dla nas dobre. Ona stanowczo mi na to odpowiadała, że tyle otrzymamy, jak dalece wierzymy.
21 lipca, w siódmym miesiącu ciąży, moja córka poszła do lekarza prowadzącego po skierowanie na cesarskie cięcie. Był to ten sam lekarz, który jako pierwszy skierował ją na aborcję. Gdy ją zobaczył, bardzo się zdziwił, że ona jest jeszcze w ciąży.
Był przekonany, że podczas badania zobaczy ogromną główkę, a ku jego zaskoczeniu, główka okazała się normalnych rozmiarów, a w dodatku zauważył, że jest mózg. Nie umiał jednak określić, ile tego mózgu jest i czy w ogóle będzie funkcjonował. Wodogłowie nadal było, ale niewielkie. Brak mi słów, żeby opisać, co wtedy czuliśmy…
Skierowano nas do Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie. Lekarz, który przyjął córkę, po zbadaniu jej i obejrzeniu wcześniejszych badań stwierdził, że tak jak długo pracuje, ani w praktyce, ani w książkach nie spotkał się z takim przypadkiem. Określił, że inaczej nie można tego nazwać, jak cudem.
Wodogłowie się zmniejszyło, a mózg był już nawet pofałdowany. Lekarz kazał nam się jednak za wcześnie nie cieszyć i powiedział, że wszystko okaże się po porodzie. Ale myśmy myśleli już tylko pozytywnie.
Następne tygodnie mijały spokojnie, wyczekiwaliśmy z nadzieją na poród. Córka była pod stałą opieką w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie. 15 października 2010 r. na świat przyszła zupełnie zdrowa Marcelinka Maria. Na 10 możliwych do otrzymania punktów otrzymała 10. Dziękując Panu Bogu i nie mogąc w to wszystko uwierzyć, płakaliśmy ze szczęścia. Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych!
Chciałabym, aby to świadectwo było przestrogą dla innych matek oczekujących potomstwa, żeby pomimo trudnych sytuacji nie decydowały się na aborcję. Nas ten krzyż wiele nauczył. Nie nieśliśmy go sami. Pomagał nam sam Pan Jezus, wspierało nas też wielu wspaniałych ludzi, których Bóg postawił na naszej drodze.
Z kolei lekarz, który jako pierwszy skierował córkę na aborcję, powiedział nam, że już nigdy tego nie zrobi, nawet gdy sytuacja będzie wyglądała na beznadziejną, tak jak nasza.
Naszą historię chcę zakończyć słowami pięknej, krótkiej modlitwy: „Kocham Cię, Panie Jezu, dzięki Ci składam, pragnę podążać za Tobą każdego dnia. Amen”.
Babcia Anna
Źródło: Uratowani. Świadectwa (tom I), Szczecinek 2022.