Życie Zuzi było w rękach Boga. Poszłam prosić o uratowanie córki do najlepszego Lekarza – do Jezusa. Wiedziałam, że On może wszystko.
Mam na imię Magda. Jako młoda dziewczyna i nastolatka chodziłam do kościoła, ale nie byłam w nim rozkochana. Nie znałam dobrze Jezusa i Jego miłości. Poznałam tylko obrzędy, rytuały i formułki. Nie doświadczyłam żywej wiary. Tak było przez bardzo długi czas.
Gdy chodziłam jeszcze do szkoły podstawowej, nauczycielka na zielonej szkole postawiła dziewczynom, w tym i mnie, karty i coś mi naopowiadała o przyszłości. To wystarczyło, żeby złapać mnie na haczyk.
Później, już jako młoda mężatka, zaczęłam interesować się magią. Kiedy mój synek Antoś chodził do przedszkola, kupiłam karty tarota. Znajomy zaprowadził mnie do zaprzyjaźnionej wróżki; potem sama znalazłam sobie jeszcze inną wróżkę, do której regularnie chodziłam.
Wchodziłam w okultyzm coraz głębiej – zaczęłam uczyć się astrologii i numerologii. Kupowałam książki o wyliczaniu horoskopów, o mocy podświadomości. Wierzyłam w bioenergoterapię, samouzdrawianie i moc afirmacji. Zaczęłam modlić się w lesie, przytulając drzewa…
Całkowicie odrzuciłam sakramenty i naukę Kościoła. Religię uważałam za metodę do kontrolowania ludzi, a Kościół za sektę. Przez pięć lat nasiąknęłam tak bardzo tymi diabelskimi „naukami”, że miałam awersję do Kościoła, do katolików i do księży.
W styczniu 2022 r. podjęłam decyzję o dokonaniu apostazji. Okazało się jednak, że można tego aktu dokonać tylko u swojego proboszcza, a mój proboszcz znał dobrze moją babcię Jasię. Nie mogłam zrobić jej takiej przykrości. Resztki wstydu i wzgląd na chorobę babci powstrzymały mnie od tej decyzji.
Czas spędzony przeze mnie na nauce metod astrologicznych, numerologicznych oraz znaczenia kart nie dał mi ani radości, ani szczęścia, ani pokoju. Te metody wywoływały jedynie chaos i lęk i w żaden sposób nie pomagały mi w radzeniu sobie z problemami życiowymi. A miałam ich dużo: brak pracy, brak siły, kłótnie z mężem, choroby dzieci, kredyt hipoteczny do spłaty…
Mimo przepowiedni wróżki nie miałam ani więcej pieniędzy, ani wymarzonej kariery, a mój portfel szczuplał od tego, że pieniądze zanosiłam właśnie wróżce. Brałam udział w warsztatach, które miały zwiększyć mój potencjał dzięki siłom i energiom kosmicznym.
Wtedy to zaczęła się rozwijać u mnie bardzo szybko i podstępnie depresja. Traciłam radość życia, a na smutki popijałam sobie wieczorami alkohol. Mojego męża często nie było w domu, bo wyjeżdżał w delegacje. Krąg moich znajomych bardzo się pomniejszył. Zaczęłam coraz rzadziej wychodzić z domu.
Nałogowo słuchałam programów na YouTubie o astrologii i wpływie planet na nasze życie. Ciągle szukałam recept na szczęście i pokój serca, ale one nie przychodziły. Budynek kościoła w mojej rodzinnej parafii omijałam szerokim łukiem, choć widziałam jego wieżę z okien mojej sypialni. Wpadałam w ciemność, nie zdając sobie z tego sprawy.
„Pomóż mi!”
Moja przyjaciółka, Natalia, opowiadała mi o Jezusie. Ona nawróciła się i zostawiła kręgi ezoteryczne, w których również tkwiła. Zachwalała łaski płynące z Eucharystii i z innych sakramentów. Dawała świadectwo swojej wiary. Ze swojego domu wyrzuciła amulety i kadzidła, a książki o tematyce ezoterycznej spaliła. Całkowicie zmieniła swoje życie. Jej zmiana była namacalna, a ja – mimo tego – nadal chciałam odejść z Kościoła.
Dopiero śmierć mojej babci Jasi, która miała miejsce 6 marca 2022 r., coś we mnie zmieniła. Poruszyło mnie to do tego stopnia, że już w dniu pogrzebu chciałam się wyspowiadać, ale nie wiedziałam, jak miałabym to zrobić. Po tylu latach, bez rachunku sumienia, na kilka minut przed Mszą pogrzebową, do księdza proboszcza? Ostatecznie nie przystąpiłam wtedy do sakramentu pojednania. Jednak sam fakt, że ten pomysł w ogóle się u mnie pojawił, wprawił mnie w osłupienie.
Po pogrzebie babci Antoś bardzo się rozchorował – męczył się przez ponad tydzień z potwornym bólem brzucha. To była naprawdę dziwna choroba. Diagnostyczne badania wykluczyły wszystkie możliwe schorzenia. Syn miał wykonane usg. brzucha, badania na pasożyty oraz badania krwi. Wszystkie wyniki były dobre, a brzuch bolał go ciągle.
Pewnej nocy, gdy się nim opiekowałam, zawołałam ze zmęczenia i bezradności o pomoc do Boga: „Proszę, pomóż mi! Pomóż, bo ja nie daję rady!” – wołałam i płakałam, masując brzuch Antosia.
Synek mój po krótkim czasie wyzdrowiał! Tamtej nocy, gdy zwróciłam się do Boga o pomoc, wyraźnie usłyszałam w głowie to, co mam zrobić: „Pozbądź się wszystkiego, co nie pochodzi ode Mnie”.
Zawołałam wtedy do Boga nie tylko z żalu nad cierpieniem Antosia, ale również nad moim cierpieniem. Zawierało się ono w ogromnym lęku o przyszłość, w załamaniu nerwowym, w braku pracy, perspektyw, w żalu nad rozpadającym się małżeństwem, w niezadowoleniu z tego, co się działo w moim życiu, w braku radości i pokoju.
Ciągle odczuwałam lęk, ale jak mogło być inaczej, skoro moje życie oddałam diabłu? Nadal nie byłam tego do końca świadoma, ale już nie miałam siły żyć w taki sposób jak do tej pory.
Zrobiłam tak, jak wcześniej uczyniła to moja przyjaciółka Natalia. Na pierwszy ogień poszły książki. Paliłam je po kolei, jak leciało. Chyba ze 150 książek spaliłam w kominku i na grillu w moim ogrodzie. Usunęłam z komputera wszystkie pliki, które dotyczyły tematyki ezoterycznej. Spaliłam analizy astrologiczne, które skrupulatnie zamawiałam u znanego astrologa. Wyrzucałam słoniki na szczęście, łapacze snów, amulety, kamienie, kadzidła, koniczynki na szczęście i wszystko, co w jakikolwiek sposób pochodziło od Złego.
Bardzo długo trwało czyszczenie domu z tych diabelskich gadżetów. Miałam ogromne wsparcie w mojej przyjaciółce, która bardzo mi wtedy pomagała i otaczała mnie modlitwą. Potem dowiedziałam się, że wiele innych osób modliło się o moje nawrócenie. Uważam, że to, czego doświadczyłam, było wymodloną przez innych łaską.
Nawrócenie
Zaraz po generalnej spowiedzi, którą odbyłam w marcu 2022 r., rozpoczął się proces mojego nawracania się, który trwa do dziś. A jeszcze w lutym 2022 r. nie chciałam, aby Antoś przystępował do Pierwszej Komunii Świętej!
Na początku najtrudniejsze było zerwanie z tym, co było mi znane. Musiałam pożegnać wielu znajomych, którzy zostali w świecie okultyzmu. Nie mogłam sobie pozwolić na trwanie w tych relacjach.
Moja rodzina przeżyła szok, kiedy się dowiedziała, że wróciłam do Kościoła, do sakramentów i do modlitwy. Spotkałam się z kpiną ze strony niektórych osób, z niedowierzaniem, zaskoczeniem i złośliwymi uwagami, że nawracam się, bo mój syn idzie do Pierwszej Komunii Świętej. Nie bardzo się tym jednak przejmowałam.
Robiłam swoje, gdyż w niepojęty sposób odnajdowałam spokój w każdej kolejnej spowiedzi, do której przystępowałam, i w każdej Mszy św., w której uczestniczyłam.
Syn i córka Zuzia byli zaskoczeni, że mama zaczęła chodzić z powrotem do kościoła. Mój mąż Jakub cieszył się, gdyż przez wiele lat modlił się o moje nawrócenie, które w końcu przyszło.
W maju 2022 r. rozpoczęły się cudowne nabożeństwa majowe, na które chodziłam prawie codziennie, potem też na nabożeństwa czerwcowe. Chciałam zadośćuczynić za nieobecności na Mszach św. niedzielnych przez tyle długich lat.
30 czerwca 2022 r. w domowym zaciszu dokonałam aktu zawierzenia Niepokalanemu Sercu Maryi. Wcześniej przez 33 dni odprawiałam indywidualnie rekolekcje przygotowujące do tego aktu.
Potem były miłe wakacje, następnie wrzesień i powrót do szkoły. Zuzia rozpoczynała ósmą klasę szkoły podstawowej i czekała ją niebawem decyzja o wyborze szkoły średniej. Była wzorową i bardzo zdolną uczennicą. W czerwcu 2022 r. skończyła szkołę muzyczną I stopnia w klasie wiolonczeli.
Zdarzało się, że pobolewała ją głowa, ale oczywiście zawsze znajdowało się wytłumaczenie, że to wskutek przemęczenia, bo chodzi do dwóch szkół jednocześnie. Wzrok się jej pogarszał z roku na rok, ale okulistka nam mówiła, że krótkowzroczność to plaga dzisiejszych czasów, i zapisywała Zuzi coraz mocniejsze szkła do okularów.
Córka wolniej też rosła niż inne dzieci. Słyszałam od lekarki, że ma jeszcze czas, że jest w małym procencie dzieci, które dojrzewają później. Nikt nie wpadł na to, że przyczyna tych dolegliwości zostałaby wykryta jednym badaniem – tomografią komputerową.
Walka o Zuzię
Dopiero 10 grudnia 2022 r. Zuzia trafiła na SOR z potwornym bólem głowy. Była półprzytomna, wymiotowała. Wcześniej odesłano nas z kilku ośrodków, żebyśmy ostatecznie trafili do tego szpitala.
Po długim oczekiwaniu pani doktor zleciła zrobienie Zuzi tomografii głowy. W głowie Zuzi wykryto prawie sześciocentymetrowego guza, który zatkał odpływ płynu mózgowo-rdzeniowego. Powodowało to ogromne ciśnienie wewnątrz czaszki – stan bezpośredniego zagrożenia życia, utraty wszystkich funkcji poznawczych, wzroku i słuchu.
Natychmiast przewieziono naszą córkę na oddział neurochirurgii, a tam podjęto decyzję o zabiegu odbarczenia i założeniu zbiornika Rickhama. Na „chłopski rozum” tłumacząc: w głowie Zuzi zrobiono nawiert i upuszczono z jej głowy nadmiar płynu mózgowo-rdzeniowego, który nie mógł swobodnie krążyć.
Dla nas, jako rodziców, to było jak wybuch wojny, jak katastrofa. Cały nasz świat runął w jednej chwili. Zuzia zdążyła tylko zapytać, czy umrze, i powiedziała, że musimy wykorzystać czas, który nam pozostał, a potem zwijała się z bólu.
Wszystko działo się jak w filmie akcji. Podpisywałam zgody i dokumenty trzęsącymi się rękoma. Płakałam…
Pytałam profesora, który miał Zuzię operować: „Co jej jest?”; „Co to za guz?”; „Co będzie z Zuzią?”.
Nie mogłam w to wszystko uwierzyć! Stanęliśmy nad przepaścią, nad którą widać było tylko czarną czeluść… Po czterech godzinach od momentu przybycia do szpitala, ok. 23, Zuzia leżała na stole operacyjnym. Zdążyliśmy w ostatniej chwili.
W trakcie operacji poszłam do kaplicy, gdzie odbywała się wieczysta adoracja. Byłam sama. Mój mąż czekał pod blokiem operacyjnym. Położyłam się wtedy krzyżem na podłodze i zaczęłam się modlić. Nie wychodziło mi to, nie umiałam poskładać słów do różańca… Płakałam, trzęsłam się, moje serce krwawiło z bólu.
Prosiłam cicho Jezusa: „Nie moja, ale Twoja wola niech się stanie. Jeśli możesz, zostaw mi ją. Błagam Cię! Jeśli chcesz ją zabrać, daj mi siłę, bo umrę z bólu”.
Kontrola nad wydarzeniami została mi całkowicie odebrana. Nie mogłam zrobić nic. Życie Zuzi było w rękach Boga. Poszłam prosić o uratowanie Zuzi do najlepszego Lekarza – do Jezusa. Wiedziałam, że On może wszystko.
Zrozumiałam, w jakim celu było moje nawrócenie dziewięć miesięcy temu. Nie wiem, czy przeżyłabym taki cios bez wiary.
Zabieg odbarczenia zakończył się dobrze. Ciśnienie w głowie Zuzi się unormowało. Następnego dnia usłyszeliśmy, że trzeba zrobić operację resekcji guza. Nie było czasu na żadne inne metody. Guz dał już powikłania w postaci wodogłowia i ataków padaczki.
Operację zaplanowano na 16 grudnia 2022 r. Jedyne, co robiłam w tym szpitalu, to byłam przy Zuzi i się modliłam. 12 grudnia 2022 r., w święto Matki Bożej z Guadalupe, rozpoczęłam Nowennę pompejańską z intencją o uratowanie Zuzi. Mój mąż, moja mama i moi teściowie zrobili to samo. Gdzie tylko mogliśmy, zamawialiśmy Msze św. w intencji udanej operacji Zuzi. Wszystkich prosiłam o modlitwę: przyjaciół, znajomych, społeczność szkolną, sąsiadów…
Gdy ktoś nas pytał, czego potrzebujemy, odpowiadałam: „Modlitwy. Proszę, módlcie się, tylko Bóg może nam pomóc, przez ręce lekarzy będzie działał”.
Ja, nawrócona czarownica, jak marnotrawna córka wołałam do nieba o pomoc przez innych ludzi. Na Facebooku udostępniłam post z prośbą o modlitwę. Nie wiem, ile osób podjęło modlitwę za Zuzię, ale poczułam jej moc.
Ze względnym spokojem dotrwaliśmy do dnia operacji. Był to mój osobisty Wielki Piątek. Zostaliśmy przygotowani na to, że operacja może potrwać nawet kilkanaście godzin. Mąż podpisał zgodę na operację, jak i na możliwe jej skutki, w których były wymienione między innymi: paraliż, utrata wzroku, słuchu, kalectwo, ze zgonem włącznie. Nie byłam w stanie czytać tych dokumentów. Ja tylko trzymałam się różańca.
Moc modlitwy
W dniu operacji o godz. siódmej rano odbyła się Msza św. w intencji Zuzi w mojej rodzinnej parafii. Cały kościół wypełnił się po brzegi. Byli obecni przyjaciele, rodzina, nauczyciele Zuzi, koledzy i koleżanki ze szkoły. Kto mógł, kto nas znał, przybył.
Gdy tylko operacja się zaczęła, udaliśmy się z mężem do szpitalnej kaplicy. Poczułam, że mamy się położyć krzyżem i przepraszać za grzechy naszego małżeństwa. Powiedziałam to mężowi.
Leżeliśmy razem przed Najświętszym Sakramentem, odmawiając Koronkę do miłosierdzia Bożego. Trzymaliśmy się za ręce, prosząc Boga o miłosierdzie dla naszego dziecka i dla nas.
Po zakończonej modlitwie mąż poszedł na oddział neurochirurgii. Wrócił po kilku minutach. Podniósł mnie z kolan, wołając, że operacja się skończyła. Bałam się…
Zapytałam: „Czy Zuzia umarła? Dlaczego tak szybko operacja się skończyła, po godzinie?”…
Po operacji i przewiezieniu Zuzi na oddział intensywnej terapii poszliśmy z Jakubem na Mszę św. w kaplicy o godz. 15. Uklękłam po przyjęciu Komunii Świętej i rozpłakałam się. Operacja udała się, Zuzia przeżyła! To był cud!
Po operacji okazało się, niestety, że Zuzia doznała niedowładu połowicznego prawej strony. Mogła ruszać ręką, ale z trudem; opadł jej kącik ust i powłóczyła nogą. Miała spowolnienie odruchów organizmu, senność, męczliwość i apatię. Lekarze uspokajali, że nasza córka wróci do sprawności, tylko będzie potrzebny czas i rehabilitacja.
Pojawiło się też u Zuzi dużo chorób, które zakwalifikowano jako przewlekłe. Wszystko to z powodu guza. Miesiąc po operacji Zuzia została zakwalifikowana do protonoterapii – żeby naświetlić część guza, która pozostała. Po jej zakończeniu rozpoczęliśmy rehabilitację, która cały czas trwa.
Owoce cierpienia
Minął już ponad rok od tych traumatycznych wydarzeń. Ta sytuacja, oprócz bólu i cierpienia, przyniosła piękne owoce. Teraz chciałabym się skupić właśnie na nich.
W wyniku choroby Zuzi mój brat się nawrócił. Do dziś przystępuje do sakramentów i chodzi regularnie do kościoła. Mój mąż i ja dostaliśmy nowe życie, które zawdzięczamy temu cierpieniu, jakie nas dotknęło. Teraz inaczej patrzymy na życie, ważny jest dla nas każdy dzień i każda chwila spędzona z naszymi dziećmi.
Od operacji Zuzi nie pijemy alkoholu. Zdecydowaliśmy tak, aby podziękować za uratowanie życia naszego dziecka. Udało nam się także pokonać kryzys, który pojawił się w momencie, gdy nie mogliśmy poradzić sobie ze zmianami w naszym życiu spowodowanymi chorobą Zuzi.
Podczas tych wszystkich wydarzeń doświadczałam codziennie cudownych interwencji Boga w nasze życie i opieki Maryi. Wszystkim opowiadam, że wierzę w cuda, że wydarzają się one codziennie. Jezus wyprowadził naszą córkę z choroby i wraca ona do zdrowia! Z każdym kolejnym rezonansem po zakończonym leczeniu obserwowaliśmy, jak guz się zmniejsza.
Zuzia wróciła do gry na wiolonczeli, wydała dwa tomiki wierszy. Ciągle ma przewlekłe dolegliwości, ale to nie przeszkadza jej cieszyć się życiem, prowadzić Instagrama z recenzjami książek i ze swoimi piosenkami. Codziennie śpiewa mi piękne piosenki. Jak tylko słyszę jej śpiew, to wiem, że wszystko jest z nią dobrze.
Ta choroba jest błogosławieństwem. Odmieniła naszą rodzinę, przewartościowała wszystko, pokazała nam moc i potęgę Boga. Ja wierzę w to, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.
Od momentu nawrócenia wszystko oddawałam Jezusowi. Oczywiście upadam, popadam w grzech, ale teraz już szybciej wstaję i natychmiast biegnę do konfesjonału. Modlę się za tych, którzy są z dala od Boga, bo sama kiedyś byłam na ich miejscu i wiem, jaka byłam wtedy chora. Moja dusza umierała bez Boga.
Cieszę się z każdego dnia w domu, bo wiem, że są mamy, które znajdują się teraz na onkologii ze swoimi dziećmi; są też takie, które swoje dzieci już pochowały. Jestem przykładem na to, że Bóg odpowiada na modlitwę, że wysłuchuje nas, że pomaga nieść cierpienie. Tylko z Nim warto żyć. Z Nim wszystko ma sens. Nawet choroba onkologiczna własnego dziecka.
Magdalena