Pracę w prosektorium zawsze zaczynam od modlitwy. Modlę się o zbawienie dla zmarłych i dziękuję im za pomoc w stawaniu się lepszym chirurgiem.
W chirurgii bardzo ważne jest posiadanie dużego doświadczenia operacyjnego. Nie rekompensuje ono jednak regularnej pracy w prosektorium. Współcześnie lekarze często o tym zapominają. Jest to duży błąd, ponieważ nowe procedury nie mogą być opracowywane na żywych pacjentach.
Różne warsztaty organizowane co sześć miesięcy to za mało, aby zapewnić lekarzom wystarczającą wiedzę ekspercką w zakresie mikrochirurgii. Natomiast tak zwane ćwiczenia na zwłokach, które wykonujemy regularnie co tydzień, dają niezbędną w naszym zawodzie pewność siebie.
Zauważyłem, że lekarze nie lubią przychodzić do sali sekcyjnej. Boją się śmierci i widoku martwych ciał. Ale dlaczego? Być może dlatego, że w prosektorium cierpienie, śmiertelność i strach przed śmiercią są namacalne.
Współczesny świat może i pragnie Chrystusa, ale nie chce śmierci, cierpienia ani krzyża. Zmartwychwstanie nie jest jednak możliwe bez Wielkiego Piątku. Nie ma wiary w Chrystusa bez krzyża i bez cierpienia. Jezus „supergwiazdor”, który został stworzony przez społeczeństwo konsumpcyjne, nie jest przecież Jezusem, który przyszedł do nas i który nas odkupił.
Nie mamy kochać cierpienia. Musimy jednak stawić czoła cierpieniu, które nas dotyka; nie możemy od niego uciekać. Trzeba próbować je łagodzić – takie jest zadanie nauk medycznych.
Problem Europy polega jednak na tym, że straciła ona wiarę i próbuje uciec od cierpienia, nawet za cenę samobójstwa, aborcji czy eutanazji. Ludziom trudno jest przyjąć, że po śmierci nasze rozkładające się ciało, które zawdzięczamy rodzicom, pozostawiamy na ziemi aż do dnia zmartwychwstania. Natomiast nasza tożsamość jako istot ludzkich jest nam dana przez Boga w momencie poczęcia i nigdy jej nie tracimy. To właśnie zrozumiałem na salach sekcyjnych w ciągu ostatnich lat.
Nie lubiłem tam chodzić – mój początkowy entuzjazm opadł po pierwszych tygodniach. Wszystko stało się łatwiejsze, od kiedy świadomie rozpoznałem w martwych ludzkich ciałach ciało Jezusa Chrystusa, które zostało zdjęte z krzyża i trzeciego dnia zmartwychwstało.
Jezus Chrystus daje mi siłę do wykonywania trudnej, bolesnej pracy w sali sekcyjnej. Pracę w prosektorium zawsze zaczynam od modlitwy. Modlę się o zbawienie dla zmarłych i dziękuję im za pomoc w stawaniu się lepszym chirurgiem. Robię to świadomie, nie jest to kwestia emocji.
Jestem przekonany, że wiara i modlitwa oparta na decyzji (kiedy np. odmawiasz modlitwę, nawet jeśli nie masz na nią ochoty) są miłe Panu. Łatwo jest robić przyjemne rzeczy z miłością, ale one nie wzbogacają nas jako ludzi.
Zbawiciel mógł zejść z krzyża i pobić wszystkich, łącznie z faryzeuszami i rzymskimi żołnierzami, ale tego nie zrobił. Jego celem nie było bowiem pokonanie tych osób, ale śmierci, a także strachu przed śmiercią, który jest w nas generowany przez Złego.
Martwe ciała widziane w sali sekcyjnej mogą potęgować nasz strach przed śmiercią. Jednak Chrystus jest z nami i pomaga nam w przezwyciężeniu lęku. Nasze myśli mogą więc swobodnie krążyć, a nowe techniki chirurgiczne oraz nowe pomysły mogą się pojawić. Cierpienie ma moc twórczą w nauce.
„Nie jesteśmy lepsi od innych ludzi”
„Umarli pomagają żywym” – to zdanie znanego naukowca i patologa, prof. Györgya Romhányiego.
Dzięki zmarłym nie tylko zdobywamy wiedzę naukową, ale także uświadamiamy sobie, że „nie jesteśmy lepsi od innych ludzi” (Carlo Carretto). To jest największa lekcja, jaką dostałem w prosektorium.
Carlo Carretto w książce pt. Listy z pustyni pisał o oczyszczeniu miłości. Według niego jest oczywiste, że urodziliśmy się, aby kochać. Tym natomiast, co sprawia nam trudność, jest podjęcie decyzji, kogo i jak kochać. Powinniśmy kochać stworzenie i kochać Stwórcę. Dlaczego jednak te dwie miłości weszły ze sobą w konflikt? Powód tkwi w nas samych i dlatego musimy go w sobie odnaleźć.
Kiedy kochamy stworzenie, nasze serce często traci równowagę. „Rzuca się” na stworzenie, chce je zmonopolizować, trzyma się go z taką zawziętością, że zapomina o harmonii między miłością Boga a bliźniego. Ileż razy miłość zostaje zniszczona z powodu wielkiej zazdrości i egoizmu?! Ile przyjaźni jest pogrzebanych w ten sam sposób?! A co robi z ludźmi miłość do pieniędzy?! Jakim więzieniem dla serca jest miłość do bogactwa?!
Nawet miłość do pracy, która przedstawiana jest jako cnota, może stać się niebezpieczna. Ilu pracoholików rujnuje swoje rodziny i ludzi wokół siebie, podczas gdy społeczeństwo stawia ich na piedestale! Ilu rolników nie jest w stanie odpocząć w niedzielę, ponieważ ich uzależnienie od pracy popycha ich do wyjścia na pole! Ilu pracowników czyni swoje życie piekłem, ponieważ są pochłaniani przez machinę swoich zadań!
A im wyżej zajdziemy, tym gorzej: bezgraniczna miłość do nauki może stworzyć samolubne potwory. Pasja badawcza czyni nieraz naukowców szalonymi i ślepymi. Podobnie miłość do władzy sprawia, że politycy popadają w obłęd, którego ofiarą padają miliony.
Z drugiej strony miłość do Boga jest z natury uniwersalna, czysta, harmonijna i święta. Mamy, niestety, zdolność do zepsucia nawet tego. Musimy się upewnić, że nasza miłość do Boga jest bezinteresowna. Mam na myśli samolubstwo dobrych ludzi, którzy dzięki ćwiczeniom duchowym i poświęceniu zdołali osiągnąć taki etap, kiedy to z dumą oświadczają: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie” (Łk 18,11).
Rzeczywiście, na pewnych etapach naszego życia pozwalamy sobie wierzyć, że jesteśmy lepsi od innych. To jest jednak największe kłamstwo, ponieważ wywodzi się ono z najbardziej niebezpiecznego rodzaju egoizmu, jakim jest samolubstwo duszy. Możemy dojść do punktu, w którym wszystkim kieruje egoizm: stajemy się religijni z egoizmu, pomagamy innym z egoizmu czy pokutujemy za grzechy z egoizmu.
Jest tylko jedna droga, która może otworzyć nam oczy – to droga bólu i cierpienia. W tym stanie dusza jest w stanie kochać bezinteresownie. Nie toleruje bowiem żadnego innego rodzaju miłości, nie może znieść sentymentalizmu ani rzeczy kochanych z egoistycznych pobudek. Wchodzi w świat miłości Chrystusa.
Wiara i rozum w pracy neurochirurga
Kiedy wymyślisz coś innowacyjnego i chcesz wprowadzić to w życie, wielu ludzi cię atakuje. Pytanie brzmi, jak radzić sobie z taką sytuacją: kochać wroga, tak jak robił to Jezus Chrystus, czy czuć się urażonym, jak zwykle czyni to człowiek?
W 2005 r. zacząłem czuć się obrażony i zły z powodu wielu konfliktów zawodowych. Dąsanie się i gniew przytłaczają człowieka, wiążą mu ręce i nogi, paraliżują umysł i gaszą modlitwę. Nie ma znaczenia, czy gniew jest uzasadniony czy nie – chrześcijanin nie może mieć czasu na dąsanie się i odpieranie ataków. Sam, niestety, ulegałem tym emocjom.
Bardzo pomogły mi wtedy dwie piękne myśli osób, które są dla mnie wzorami do naśladowania: „Jeśli osądzasz ludzi, nie masz czasu ich kochać” (św. Matka Teresa) oraz „Nie możesz nikogo zmusić do stania się lepszym człowiekiem, możesz go tylko pokochać, aby się takim stał” (o. Csaba Böjte OFM).
Czy to możliwe, że chcę zmusić tych, którzy mnie krzywdzą, by stali się lepszymi ludźmi? Zdałem sobie sprawę, że tak – i że ja również osądzam innych. Wówczas świadomie zacząłem odmawiać trzy różańce dziennie. Było to trudne, ale się udało.
Zacząłem się oczyszczać. Sznury, które wiązały moje myśli, zaczęły się rozluźniać i w końcu spadły zupełnie. Znów poczułem natchnienie. Z nowo odkrytej wolności zrodziły się nowe pomysły, także naukowe.
Neurochirurgia to dziwny zawód, w którym poważne komplikacje zwykle oznaczają paraliż lub śmierć pacjenta. Chirurdzy nie lubią o tym rozmawiać. Byłem w wielu miejscach, także za granicą, i widziałem najsłynniejszych neurochirurgów, jak wykonywali operacje. Wszędzie widziałem komplikacje. W naszym zawodzie trzeba robić wszystko coraz bardziej precyzyjnie. Jak jednak ludzkie ręce mogą osiągnąć precyzję robota na poziomie 0,1 mm?
W sierpniu 2005 r., gdy wracałem do domu ze spotkania chrześcijańskich lekarzy w odległym zakątku kraju i modliłem się na różańcu, przyszedł mi do głowy pomysł, w jaki sposób można poprawić precyzję w operacjach neurochirurgicznych: zamiast na krawędzi dłoniowej chirurdzy powinni opierać się na opuszkach palców ręki trzymającej narzędzie.
W ten sposób można wyeliminować stawy nadgarstka i palców, które przenoszą fizjologiczne drżenie na końcówkę instrumentu. Fizjologiczne drżenie ręki powstaje w wyniku uderzeń serca, ale jest ono również powodowane przez czynniki neurogenne, takie jak zmęczenie czy stres.
Jak można tę innowację wyrazić wizualnie? Wraz z zaprzyjaźnionym malarzem Balázsem Sándorem Muharim-Pappą modliliśmy się, pościliśmy i rysowaliśmy ilustracje. Trwało to miesiącami. Rezultat był fenomenalny. Za pomocą miernika drżenia zmierzyliśmy różnicę, tj. redukcję drżenia, z dokładnością do 0,1 mm!
Nasz pierwszy artykuł został zaakceptowany przez redakcję „Surgical Neurology” w osiem dni, a drugi w trzy dni! Myślę, że to rekord świata. Artykuł z małego, nieznanego oddziału neurochirurgicznego w Szombathely na Węgrzech został opublikowany w dużym międzynarodowym czasopiśmie naukowym o światowym zasięgu zaledwie trzy dni po pierwszym czytaniu! To niewiarygodne! Cóż, z Bożą pomocą wszystko jest możliwe.
Mały mostek, który zawsze musi być umieszczony nad punktem operacyjnym, nazwaliśmy „mostem betlejemskim”, ponieważ pomysły przyszły nam do głowy, gdy myśleliśmy o narodzinach Jezusa w Betlejem i odmawialiśmy różaniec. Różaniec ma ogromną moc w nauce. Naukowcy bardzo często nie lubią o tym słyszeć, chociaż sam Albert Einstein zauważył, że „nauka bez religii jest kulawa”.
Dzięki temu odkryciu precyzja chirurgiczna znacznie wzrosła. Najbardziej znaczącą poprawę można odnotować w przypadku operacji naczyniowo-mózgowych. Dzięki technice wspomagania opuszkami palców możliwa stała się rewaskularyzacja [udrożnienie – przyp. red.] cienkich naczyń krwionośnych, czego do tej pory mikrochirurdzy mózgu nie byli w stanie wykonać. Metoda jest pomocna także w makrochirurgii naczyń krwionośnych.
Wsparcie palców może również poprawić precyzję chirurgiczną w innych dziedzinach mikrochirurgii, takich jak chirurgia oka, ucha, plastyczna, ręki i – być może również – serca.
Nauka tylko rozpoznaje i poznaje rzeczywistość. Nigdy jej nie tworzy. Powinniśmy zdać sobie sprawę, że wszystkie prawdy naukowe istniały już przed ich odkryciem. Wszystko, co możemy zrobić, to uznać prawa natury stworzone przez Boga. Dlatego nauka i wiara chrześcijańska nie mogą sobie zaprzeczać. Obie dążą do odkrycia prawdy, ale czynią to za pomocą różnych środków i różnych sposobów poznania.
W ten sposób św. Jan Paweł II opisał odwieczną przyjaźń między wiarą i nauką, pisząc w encyklice Fides et ratio, że wiara i rozum przypominają dwa skrzydła ptaka. Człowiek potrzebuje ich obu, tak jak ptak potrzebuje obu skrzydeł, aby się wznieść.
doktor András Csókay