Głód Boga silniejszy od cierpienia

Aleksandrina Da Costa

Jezus Chrystus, jako prawdziwy Bóg rzeczywiście obecny w Eucharystii, jest dla nas jedynym źródłem życia. Tylko wtedy, gdy jednoczymy się z Nim przez wiarę, zaspokajamy nasz prawdziwy głód – głód Boga – i doświadczamy już tu na ziemi „przedsmaku nieba”.

Eucharystia centrum życia chrześcijanina

Warto przypomnieć, jak wielkim darem dla Kościoła i dla całej ludzkości jest Msza św. Eucharystia jest źródłem i szczytem całego życia chrześcijańskiego. W niej zawiera się całe duchowe dobro Kościoła – sam Chrystus (por. Katechizm Kościoła katolickiego, 1324).

„Dzięki sakramentom pokuty i Eucharystii mamy możliwość osobistego spotkania się z Chrystusem i uczestniczenia w Jego ostatecznym zwycięstwie nad śmiercią, szatanem i grzechem. W Eucharystii, przyjętej z wiarą i czystym sercem, otrzymujemy – jak pisze św. Jan Paweł II – »lekarstwo nieśmiertelności, antidotum na śmierć« (Ecclesia de Eucharistia, 18). Dlatego Eucharystia nie jest jednym z wielu cennych darów, ale jest to dar największy, jaki otrzymaliśmy od Chrystusa. W Eucharystii Chrystus uczynił »dar z samego siebie, z własnej osoby w jej świętym człowieczeństwie, jak też dar Jego dzieła zbawienia« (EE 11). […]

Nawiązując osobisty kontakt z Bogiem na modlitwie, przyjmując Go czystym sercem w Eucharystii, adorując Go w Najświętszym Sakramencie, pozwalamy Mu, aby swoją miłością uwalniał nas z egoizmu, uczył kochać i przez nas działał w świecie pogrążonym w niewoli grzechu i sił zła” (M. Piotrowski, Eucharystia – dar największy, „Miłujcie się!”, 4/2018).

Święta Teresa z Lisieux podkreślała: „Gdyby ludzie znali wartość Eucharystii, służby porządkowe musiałyby kierować ruchem u wejścia do kościołów” – tak wielu ludzi tłoczyłoby się wówczas u bram świątyń, pragnąc zaczerpnąć ze źródła prawdziwego szczęścia. Gdy materializm i ateizm przesłaniają nam prawdę o Bogu, wówczas drogowskazami po trudnych ścieżkach wiary powinny być dla nas osoby, które zostały wyniesione przez Kościół do chwały ołtarzy – święci i błogosławieni.

Szczególnym zjawiskiem o charakterze nadprzyrodzonym, wskazującym na rzeczywistą obecność żywego i prawdziwego Jezusa w sakramencie Eucharystii, jest fenomen opisywany jako inedia, a dotyczący niektórych mistyków, którzy przez wiele lat żywili się wyłącznie konsekrowaną Hostią. Do nielicznego grona mistyków, którzy dostąpili tego daru, należały m.in. służebnice Boże: Marta Robin i Teresa Neumann oraz bł. Alexandrina da Costa.

Mistyczki te przez kilkadziesiąt lat poza Komunią św. nie przyjmowały żadnych pokarmów ani napojów. Pan Bóg zechciał, żeby w tak „namacalny” sposób zaświadczyły one o prawdzie słów wypowiedzianych przez Jezusa: „Jam jest chleb życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata” (J 6,48-51).

Rzeczywistą obecność Pana Jezusa w sakramencie Eucharystii potwierdzają też liczne cuda eucharystyczne, które na przestrzeni kilkunastu wieków wydarzyły się w różnych miejscach świata. Niektóre z nich (np. cuda w Lanciano, Buenos Aires, Sokółce, Legnicy) zostały dogłębnie przebadane, z wykorzystaniem nowoczesnej aparatury naukowej, a wyniki badań dostarczyły zaskakujących wniosków: zachowane fragmenty konsekrowanych Hostii stanowią w całości tkankę ludzkiego mięśnia sercowego – żywego – choć w stanie agonalnym.

Zupełnie wyjątkowy pod tym względem był cud eucharystyczny w Lanciano, który miał miejsce już w VIII w. Oprócz kompletnego ludzkiego serca do naszych czasów w niewytłumaczalny sposób zachowało się również pięć bryłek skrzepniętej krwi. Badania wykazały, że jest to prawdziwa ludzka krew grupy AB (rzadka grupa krwi, najczęściej spotykana wśród Żydów, bardzo popularna w Palestynie czasów Chrystusa). Co znamienne, identyczną grupę krwi naukowcy zidentyfikowali na relikwiach męki Pana Jezusa – Całunie Turyńskim, a także na tzw. Sudarionie z Oviedo, czyli chuście, w którą według tradycji owinięto po śmierci głowę Chrystusa.

Głód Eucharystii

Warto przypomnieć, że dla większości pierwszych chrześcijan Eucharystia była nie tyle obowiązkiem, ile zaszczytem i radością. Nie rezygnowali z niej nawet za cenę życia. Tak było w czasie prześladowań za cesarza Dioklecjana. Gdy zgromadzenia eucharystyczne zostały zakazane pod groźbą najcięższych kar, łącznie z karą śmierci, wielu nie rezygnowało z niedzielnej Eucharystii.

Również w czasach współczesnych nie brak jest przykładów heroicznej postawy wiernych, a zwłaszcza duchownych, którzy z narażeniem życia uczestniczą w celebracji Eucharystii (tak jest w wielu krajach Afryki czy Azji). Niezwykle wymowna pod tym względem była postawa licznych katolickich księży, którzy w czasie II wojny światowej w różnych obozach koncentracyjnych odprawiali potajemnie Mszę św., mimo iż groziła za to kara śmierci.

Przytoczę tutaj kilka niezwykłych świadectw osób, które dzięki głębokiej wierze, z tęsknoty za Bogiem i z miłości do Jezusa Eucharystycznego, były w stanie pokonać niemożliwe do przezwyciężenia z punktu widzenia człowieka ograniczenia i przeszkody oraz dokonać nadludzkiego wręcz wysiłku, by tylko móc uczestniczyć we Mszy św.

15 lat temu pracujące w Mozambiku członkinie Zgromadzenia Ubogich Sióstr od Opuszczonych Ludzi Starszych w Chissano zwróciły uwagę na pewną 25-letnią Afrykankę o imieniu Oliwia, która w każdą niedzielę przemierzała cztery kilometry, by móc uczestniczyć w Eucharystii. I pewnie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ta młoda kobieta nie miała nóg. Odległą drogę do kościoła niepełnosprawna Oliwia przemierzała, czołgając się po rozpalonym słońcem piasku, który dotkliwie parzył jej ręce. Pragnienie uczestniczenia we Mszy św. było jednak silniejsze niż dyskomfort, niewygoda, ból i cierpienie.

Gdy siostry z Chissano po raz pierwszy zobaczyły czołgającą się dziewczynę, były wstrząśnięte, że człowiek może być zdolny do tak wielkiego poświęcenia. Zdziwienie sióstr było jeszcze większe, gdy spytały się o motywację młodej Afrykanki. Okazało się, że jej postawa nie wynikała z chęci przyjęcia Komunii św., gdyż Oliwia nie mogła do niej przystępować, ponieważ nie była nawet ochrzczona!

Kobieta oznajmiła, iż bardzo jej zależy na uczestniczeniu we Mszy św., gdyż wie, że tam jest obecny Pan Bóg, który obdarza ją radością i sprawia, że czuje się szczęśliwa. Siostry z Chissano pomogły Oliwii przygotować się do przyjęcia sakramentu chrztu. Przejęte postawą dziewczyny siostry opowiadają, że: „Oliwia dała niezwykłe świadectwo wytrwałości i heroicznej wiary”. Oliwia została katoliczką, a jeden z dobroczyńców zgromadzenia sióstr ofiarował jej w prezencie wózek inwalidzki (Czołgała się, by uczestniczyć w Mszy św., „Gość Niedzielny”, 36/2008).

Poruszająca historia Oliwii przywołuje na myśl inny, równie wzruszający epizod z życia św. Rafki z Libanu. Pewnego roku, w poranek uroczystości Bożego Ciała, zakonnica ta wyraziła głębokie pragnienie uczestnictwa w Eucharystii, w której często nie mogła brać udziału z powodu choroby (była ociemniała i sparaliżowana). Przeorysza postawiła jeden warunek: s. Rafka musiała usiąść, by siostry mogły ją przenieść do kościoła. Zakonnice próbowały więc posadzić siostrę, jednakże ich wysiłki okazały się daremne. Gdy kapłan rozpoczął liturgię, nagle wszyscy ujrzeli czołgającą się z trudem s. Rafkę, która za wszelką cenę próbowała przekroczyć próg świątyni. Na jej widok poruszone siostry zaczęły płakać. Rafka zaś była szczęśliwa, mogąc w to szczególne święto przyjąć Jezusa Eucharystycznego.

„Innym razem zajmująca się zaopatrzeniem siostra przyszła do przeoryszy, mówiąc: »Siostra Rafka nie zjadła dziś śniadania ani obiadu, a minęło już południe«. Na to zaszła do niej przeorysza, pytając o powód takiego postu: »Jesteś może chora, że odmawiasz jedzenia?«. Ona zaś odpowiedziała: »Nie, czuję się dobrze […]. Dziś, gdy kapłan włożył w moje usta Hostię, usłyszałam jakby głos mówiący do mnie w duszy: ‘Skosztuj i zobacz, jak dobry jest Pan’. Wówczas przyjęłam ją i spożywałam, czując smak i piękny zapach, których nie da się opisać, i niezrównaną radość. Poczułam też niezwykłą siłę, która pchnęła mnie do wstania z łóżka. Chciałabym mieć skrzydła, na których bym wzleciała. Z lęku przed utratą tego słodkiego smaku i cudownego zapachu powstrzymałam się przed jedzeniem«” (B. Grysa, W zjednoczeniu z Twoimi cierpieniami, Jezu, „Miłujcie się!”, 2/2021).

Podobne okoliczności towarzyszyły pewnemu cudownemu uzdrowieniu, które w 1929 r. miało miejsce na Jasnej Górze. Michał Bartosiak był polskim robotnikiem, który pracował w jednej z francuskich wsi. Pewnego lipcowego dnia 1920 r., pracując przy żniwach, uległ wypadkowi, w wyniku którego doznał paraliżu kończyn dolnych. Kilkuletnie pobyty we francuskich szpitalach nie przyniosły poprawy stanu zdrowia mężczyzny. Najlepsi lekarze zajęli się tym zagadkowym przypadkiem. Stosowali wszystkie najnowsze metody leczenia (naświetlania lampą kwarcową, masaże itp.). Nogi Bartosiaka wciąż jednak były bezwładne. W 1927 r. uznano go za nieuleczalnie chorego i odesłano do Polski. Lekarze ze szpitala w Gdańsku również jednogłośnie uznali jego stan za nieuleczalny. Pacjent został więc przeniesiony do przytułku w Gostyninie.

Opiekująca się tam nim siostra zakonna Irena Nesterowicz odnotowała: „Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że Bartosiak był kaleką od lat dziewięciu. […] Świadczą o tym papiery, przysłane o nim z Francji. […] Od 1927 r. pozostaje pod moją opieką, udawać nie mógł tyle czasu, co jest niemożliwe. Czołgał się stale na desce, nogi miał sztywne i zupełnie martwe, kropli krwi trudno było w nich się dopatrzyć, czucia żadnego nie miał – można było igłą kłuć, bólu żadnego nie czuł”.

Bartosiak był mężczyzną w sile wieku, zaledwie po pięćdziesiątce, przechwalającym się swoim niemoralnym życiem przed wypadkiem. Jego zachowanie w przytułku było bardzo przykre. Nie potrafił się pogodzić ze swoją chorobą. Był zgorzkniały i nieprzyjemny dla ludzi. Uważał się za zdeklarowanego socjalistę, bluźnił, szydził ze świętości i niejednokrotnie wszczynał takie awantury, że trzeba było wzywać policję. Poruszał się, siedząc na specjalnie przygotowanych prostych deskach. Nagle, prawdopodobnie wskutek modlitw sióstr, nastąpiła nieoczekiwana zmiana.

Od kwietnia 1929 r. Bartosiak doznał jakby nawrócenia. Zaczął żyć świątobliwie, usiłując naprawić swoje dotychczasowe gorszące zachowanie. W czerwcu wyraził chęć nawiedzenia Jasnej Góry. Przez dwa miesiące modlił się stale, dwa razy w tygodniu pościł o suchym chlebie i wszystkim powtarzał, że mocno wierzy w to, że zostanie uzdrowiony. Pewnego razu zorganizowano pielgrzymkę na Jasną Górę. Gdy Bartosiak się o tym dowiedział, zapragnął za wszelką cenę pojechać do Częstochowy. Jednak nie chciano go zabrać na pielgrzymkę. On był jednak zdeterminowany. Usiadł na torach przed pociągiem i oświadczył, że się stamtąd nie ruszy, jeśli pielgrzymi nie zabiorą go ze sobą.

14 sierpnia, w przeddzień uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Bartosiak znalazł się w Częstochowie. O godzinie 3:30 w nocy wyruszył w kierunku Jasnej Góry. Poruszał się powoli, odpychając się na prostych deseczkach. Pokonanie drogi ze stacji na Jasną Górę zajęło mu cztery godziny. Wreszcie dotarł do kaplicy Cudownego Obrazu. Odprawiana była tam właśnie Msza św. Nagle, podczas podniesienia konsekrowanej Hostii, w kaplicy zrobiło się jakieś zamieszanie. Ciałem ukorzonego paralityka nagle wstrząsnął dreszcz, jakaś niewidzialna moc uniosła chorego, odpadły deseczki i wróciło czucie w nogach. Sparaliżowany człowiek doznał pełnego uzdrowienia (por. Cuda i łaski zdziałane za przyczyną Jasnogórskiej Matki Bożej dawniej i dziś, s. 80-84).

Co znamienne, łaska uzdrowienia dotknęła kalekę w momencie podniesienia – tak, jakby Bóg chciał w szczególny sposób zaświadczyć, iż jest rzeczywiście obecny w sakramencie Eucharystii, przez który działa, udziela łask i uzdrawia.

Docenić łaskę życia sakramentalnego

Żyjący na dalekiej północy Kanady Indianie mieszkają w miejscowościach rozsianych nieraz w promieniu ponad 400 km. Zdarza się, że na tym obszarze posługuje tylko jeden misjonarz. Dlatego też Indianie, żeby móc uczestniczyć w niedzielnej Mszy św., wyspowiadać się i przyjąć Komunię św., przemierzają ów dystans samolotem! Z kolei we Francji, ażeby móc spotkać się z kapłanem (np. by skorzystać z sakramentu spowiedzi), także trzeba nieraz pokonać dystans kilkudziesięciu kilometrów.

W tym kontekście powinniśmy umieć docenić to, jak wielką łaską jest możliwość codziennego uczestnictwa w Eucharystii i w życiu sakramentalnym, jeśli tylko jest taka sposobność. Dziękujmy dobremu Bogu za to, że możemy wyznawać katolicką wiarę. Dziękujmy również za kapłanów, którzy pełnią swoją posługę i są szafarzami sakramentów ustanowionych przez Chrystusa. Umiejmy to docenić i nie ulegajmy pokusie rutyny ani znużenia życiem sakramentalnym.

O życiu w łasce uświęcającej i częstym karmieniu się Komunią św. mówił też sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki. Przeciętnego chrześcijanina, ograniczającego się do określonego przykazaniem minimum, porównywał on do żaby, raz w roku wychylającej się z błota, by zaczerpnąć powietrza. Wielu ludzi uczyniło normalnym stan grzechu, bez możliwości przyjmowania Komunii Świętej, podczas gdy normalność chrześcijańska to właśnie życie w łasce uświęcającej i – możliwie jak najczęstsze – karmienie się Eucharystią.