Bernard Nathanson, urodzony w 1926 r. profesor Cornell University, był ateistą i jednym z największych na świecie zwolenników aborcji. Uparcie dążył do tego, by w USA uczynić aborcję legalną, tanią i dostępną. W 1968 r. był jednym z założycieli NARAL – National Abortion Rights Action League (Narodowej Ligi Walki o Prawo do Aborcji).
Nathanson prowadził największą klinikę aborcyjną w Stanach Zjednoczonych. Przyznał się do dokonania 75 tysięcy aborcji. Ten „ateista o twardym karku” doświadczył cudu przemiany umysłu i serca. W 1996 r. przyjął chrzest w Kościele katolickim.
Dom rodzinny i szkoła
Ojciec Bernarda, profesor medycyny, syn żydowskich emigrantów, jeszcze w latach studenckich odwrócił się od tradycji ortodoksyjnego judaizmu. Nie wierzył w Boga, a jedynie w jakąś „wyższą siłę”. To właśnie ojciec wycisnął trwałe piętno na życiu i osobowości swego syna, wpajając mu nihilistyczne postawy i wierzenia.
Chłopak wzrastał w domu, w którym tylko zachowywano zwyczaje i obrzędy wiary żydowskiej, ale jej nie praktykowano. Rodzice wysłali Bernarda do jednej z najlepszych szkół w Nowym Jorku (Columbia Grammar School), w której uczyły się dzieci z najbogatszych żydowskich rodzin.
Nathanson, wpatrzony w ojca, odwrócił się od religii, uważając ją za bezużyteczną i utrudniającą życie jak „kamień u szyi”. Mimo swojej niewiary ojciec zmusił Bernarda, aby trzy razy w tygodniu chodził do ortodoksyjnej szkoły hebrajskiej. Chłopak uczył się tam na pamięć hebrajskich modlitw. Z tego doświadczenia wyniósł przekonanie, że religia żydowska jest surowa i bezlitosna.
„Bóg mojego dzieciństwa – wspominał po latach – przypominał ponurą, majestatyczną, brodatą postać Mojżesza z rzeźby Michała Anioła. Widzę Go, jak siedzi przygarbiony, dumając nad moim losem na chwilę przed wygłoszeniem nieuchronnie skazującego wyroku. Taki był Bóg w mojej żydowskiej religii – potężny i przerażający jak lew.
Jak wielkiego doznałem olśnienia, gdy służąc w Siłach Powietrznych Stanów Zjednoczonych, z czystej frustracji i nudy zacząłem uczęszczać na wieczorowe kursy biblijne! Wtedy odkryłem, że Bóg Nowego Testamentu jest kochający, wyrozumiały, łagodny i wszystko przebaczający ludziom o skruszonych sercach”.
W 1945 r. Bernard rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim prestiżowego Uniwersytetu McGilla. Podczas wykładów na czwartym roku medycyny wielkie wrażenie wywarł na nim profesor psychiatrii Karl Stern. Nathanson nie wiedział wtedy, że ten wspaniały nauczyciel i wybitny naukowiec w 1943 r. nawrócił się na katolicyzm i opisał proces swojego nawracania się w książce Słup ognia.
Demoniczny świat aborcji
Jesienią 1945 r. na balu uniwersyteckim Bernard poznał czarującą, niewinną, 17-letnią Ruth. Młodzi zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia, spędzali ze sobą coraz więcej czasu, planowali ślub. Sielankowy nastrój zakochanych zburzył fakt, że Ruth zaszła w ciążę. Nie chcieli tego dziecka i postanowili je „usunąć”.
Po wielu poszukiwaniach udało im się znaleźć lekarza abortera, który w prywatnym gabinecie, w ukryciu, wykonywał ten proceder, wtedy jeszcze nielegalnie. Kiedy dziecko zostało zabite, Bernard i Ruth zachowywali się jak spiskowcy po haniebnej zbrodni, o której nie wolno mówić.
Po latach Nathanson wspominał: „Jestem pewien, że mimo jej dzielnej miny, jej lojalności i miłości do mnie w jakichś melancholijnych zakamarkach umysłu Ruth rodziły się pytania: »Dlaczego się ze mną nie ożenił? Dlaczego nie mogliśmy mieć tego dziecka? Dlaczego musiałam narażać swoje życie i życie swoich przyszłych dzieci dla jego wygody i studiów? Czy Bóg ukarze mnie za to, co zrobiłam, i uczyni mnie bezpłodną?«”.
Dla Bernarda w tamtym czasie pytania natury religijnej były nieistotne. Dojrzewał w nim – jak sam przyznał – „charakter żydowskiego ateisty o twardym karku”. Martwił się tylko o zdrowie Ruth i jej zdolności rozrodcze w przyszłości. Wkrótce jednak drogi młodych się rozeszły. To doświadczenie stało się dla Nathansona pierwszą podróżą w szatański świat aborcji.
W połowie lat 60. Bernard ukończył staż na położnictwie i ginekologii; stał u początku wspaniale zapowiadającej się kariery. Miał jednak już za sobą dwa nieudane małżeństwa, zniszczone – jak sam to określił – przez „egoizm, narcyzm i nieumiejętność kochania”. W tym czasie poczęło mu się dziecko z kobietą, która go bardzo kochała.
Jego partnerka błagała go, aby pozwolił jej je donosić i urodzić. Nathanson był jednak nieugięty. Zażądał, aby jego kochanka natychmiast usunęła ciążę, bo on nie może sobie pozwolić na utrzymanie dziecka. Zagroził, że jeżeli kobieta nie podda się aborcji, to się z nią nie ożeni. Ponadto zaproponował, że osobiście dokona aborcji ich dziecka.
Tak też uczynił – w fachowy sposób pozbawił życia własne dziecko… Nie miał przy tym żadnych wyrzutów sumienia ani nawet cienia wątpliwości, że źle postąpił. W swojej świadomości lekarza abortera miał tylko poczucie dobrze wykonanej pracy.
Przed dokonaniem aborcji Nathanson zachował się jak inni lekarze, którzy nie informowali pacjentek o niebezpiecznych następstwach przerwania ciąży.
Po swoim nawróceniu napisał: „Okazuje się, że aborcja może być powiązana z rakiem piersi, że tysiące kobiet utraciło płodność w wyniku nieudanej aborcji, a śmiertelność kobiet poddających się temu zabiegowi po 13. tygodniu ciąży jest wyższa niż wskaźnik urodzeń.
Arogancja ludzi praktykujących medycynę zawsze była uważana za nieznośny dodatek nieodłącznie towarzyszący ich profesji, ale niebotyczna zarozumiałość lekarzy trudniących się aborcją do dziś nie przestaje zadziwiać.
Na każde dziesięć tysięcy dziewczyn, takich jak Ruth, przypada jeden aborter: zimny, pozbawiony sumienia, bez skrupułów wykorzystujący swoje talenty do nikczemnych celów, brukający swoją etyczną odpowiedzialność i skłaniający – wręcz uwodzący – kobiety swoim lekarskim spokojem i uspokajającym profesjonalizmem, by zdecydowały się na zabójstwo.
Nie przypadkiem następny krok w tym perwersyjnym wynaturzaniu umiejętności lekarskich dokonuje się tam, gdzie lekarze są upoważnieni przez państwo do dopomagania – zawsze w imię współczucia! – w akcie samobójstwa. Jakże inaczej wyglądałby świat, gdyby jakiś nierozważny »ekspert« od rachunku cierpienia w godzinę po ukrzyżowaniu wspiął się na drabinę i podał Jezusowi dawkę cykuty…”.
Taktyka wprowadzania proaborcyjnego prawa
W 1968 r. Nathanson został jednym z założycieli National Abortion Rights Action League (NARAL), która miała doprowadzić do zalegalizowania aborcji w USA. Po jej legalizacji w 1970 r. w stanie Nowy Jork otrzymał nominację na dyrektora największej kliniki aborcyjnej na świecie. Bernard Nathanson przyznał się do odpowiedzialności za 75 tysięcy aborcji.
W jednym z artykułów, napisanym tuż przed swoim nawróceniem, pt. Wyznania eksaborcjonisty, Nathanson opisał taktykę, jaką zastosowali z NARAL, aby przełamać wszelkie prawa ograniczające aborcję w USA oraz na całym świecie.
Trzeba bowiem pamiętać, że w latach 60. większość Amerykanów była przeciwna aborcji. W ciągu pięciu lat, dzięki intensywnej kampanii reklamowej „specjaliści” z NARAL przekonali Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych, żeby ten w 1973 r. wydał decyzję legalizującą aborcję na żądanie i bez ograniczeń aż do dziewiątego miesiąca ciąży. Dopiero w 2022 r. Sąd Najwyższy USA uchylił to orzeczenie!
„Jak to zrobiliśmy? Ważne jest zrozumienie taktyki, jaką zastosowaliśmy, bo jest ona w dalszym ciągu praktykowana w krajach zachodnich w dalszej liberalizacji aborcyjnego prawa”.
Pierwszym kluczem skuteczności było przekonanie mediów, że akceptacja dla aborcji jest znakiem oświeconego liberalizmu. Zwolennicy aborcji wiedzieli, że gdyby przeprowadzono sondaż opinii publicznej, przegraliby z kretesem. Fabrykowali więc dane statystyczne w oparciu o fikcyjne sondaże. Informowali media, że według najnowszych sondaży 60% Amerykanów popiera aborcję. Z premedytacją podawali fałszywe informacje, że na skutek nielegalnej aborcji rocznie umiera 10 tysięcy kobiet, gdy prawdziwa liczba wynosiła 200–250.
Lobbyści twierdzili również, że w ciągu roku w USA ponad milion kobiet dokonuje nielegalnej aborcji, podczas gdy rzeczywiście było ich około 100 tysięcy. Nieustanne powtarzanie wielkich kłamstw w publicznych mediach przekonało słuchaczy.
Tego rodzaju akcja propagandowa okazała się bardzo skuteczna. W ciągu pięciu lat udało im się przekonać większość społeczeństwa, że należy jak najszybciej zalegalizować aborcję.
Drugim elementem ich taktyki było granie tzw. katolicką kartą. Działacze proaborcyjni nieustannie szkalowali Kościół katolicki i jego „wsteczne” poglądy, wskazując na hierarchów Kościoła jako na pełnych hipokryzji łajdaków, którzy przeciwstawiają się aborcji, chcąc ograniczyć wolność wyboru.
Karmili media różnymi kłamstwami, typu: „Wszyscy wiemy, że przeciwnikami przerywania ciąży są tylko duchowni, natomiast świeccy katolicy w zdecydowanej większości są za aborcją”. Ten motyw był ciągle powtarzany.
Trzecim sposobem działania lobbystów było uwiarygodnianie akcji propagandowej przez blokowanie informacji o naukowych dowodach świadczących o tym, że ludzkie życie zaczyna się od chwili poczęcia.
„Twierdziliśmy, że nauka nie będzie mogła nigdy tego określić, ponieważ nie należy to do jej kompetencji, a tylko do filozofii i teologii. Było to wielkie kłamstwo, ponieważ fetologia [nauka o początkach życia ludzkiego – przyp. red.] przedstawia niezaprzeczalne dowody, że życie człowieka zaczyna się w chwili poczęcia i potrzebuje takiej samej ochrony, jaką my się cieszymy”.
„Gdy dziś cofam się – pisał po latach Nathanson – dwadzieścia pięć lat, do tamtej odrażającej gry, odbywającej się wśród ciał ciężarnych kobiet i ich mordowanych dzieci, zaskakuje mnie absolutny brak krytycyzmu wobec zadania, jakie sobie wyznaczyliśmy, całkowita moralna i duchowa pustka leżąca u podstaw tego koszmarnego przedsięwzięcia, nasze niepodważalne przekonanie o wysokim poziomie moralnym naszych działań. A przecież to, co robiliśmy, było po prostu podłe!
Dlaczego nie potrafiliśmy dostrzec zakłamanej etyki i niegodziwości praktykujących lekarzy, połączenia tej ewidentnej chciwości z pozbawioną wyższych uczuć motywacją: beznadziejnej głupoty samego przedsięwzięcia z tępotą uczestniczących w nim ludzi; wszystkich wskazówek etycznych z niemoralnością samego aktu?!”.
Przemiana umysłu i serca
W 1973 r. Nathanson został ordynatorem oddziału położniczego w szpitalu św. Łukasza w Nowym Jorku. Po raz pierwszy zainstalowano tam ultrasonograf, najnowocześniejszą wtedy aparaturę, dzięki której można było oglądać i badać płód w łonie matki. Ultrasonograf otworzył przed Bernardem nowy świat.
Wspominał: „Pierwszy raz mogliśmy naprawdę zobaczyć ludzki płód – mierzyć go, obserwować, przyglądać mu się, a także związać się z nim i pokochać go. Pokazywane na USG obrazy płodu robią niewiarygodnie silne wrażenie na oglądającym”.
Po wprowadzeniu ultrasonografu nastąpił radykalny przełom w podejściu Nathansona do ludzkiego płodu.
„Dzięki USG mogliśmy nie tylko się przekonać, że płód jest normalnie funkcjonującym organizmem, ale także wykonać pomiary jego funkcji życiowych, ważyć go i określać jego wiek, widzieć, jak przełyka i oddaje mocz, widzieć go w stanie uśpienia i przebudzenia, a także obserwować, jak porusza się nie mniej celowo niż noworodek”.
Od tego momentu lekarz przestał być przekonany o słuszności aborcji na życzenie. Drastycznie ograniczył ilość dokonywanych przez siebie „zabiegów” do przypadków, które według niego miały medyczne uzasadnienie. Ostatniej aborcji dokonał w 1979 r.
Od 1984 r. Nathanson zadawał sobie coraz więcej pytań na temat przerywania ciąży. Przeprowadził przecież tak wiele aborcji, ale czynił to bez zastanowienia, mechanicznie, na ślepo. Wprowadzał narzędzie do macicy kobiety, włączał silnik, a maszyna wysysała jakieś strzępy tkanek. Zapragnął wiedzieć, co się wtedy rzeczywiście dzieje. Poprosił więc swojego przyjaciela Jaya, który dokonywał do 20 aborcji dziennie, aby podczas „zabiegu” włączył USG i nagrał jego przebieg na taśmie filmowej. Kolega zrobił to z wielką sumiennością. Kiedy później obaj obejrzeli taśmy w studiu montażowym, przeżyli prawdziwy szok, a Jay powiedział, że już nigdy więcej nie podejmie się przerwania ciąży.
„Był to wstrząs dotykający korzeni mojej duszy” – napisał później Nathanson.
Bernard po raz pierwszy zobaczył, co rzeczywiście się dzieje podczas aborcji i czym ona naprawdę jest. Po profesjonalnym opracowaniu taśm powstał film The Silent Scream (Niemy krzyk). Jest to filmowy dokument makabrycznej zbrodni dokonanej na najbardziej niewinnej i bezbronnej istocie. Pokazuje on 12-tygodniowe dziecko w łonie matki próbujące się bronić przed rozrywającym je na kawałki narzędziem zgniatającym i aparatem ssącym. Film został pokazany po raz pierwszy 3 stycznia 1985 r. na Florydzie i jego projekcja wywołała sensację.
Liberałowie podnieśli straszny krzyk, ponieważ dokument był ogromnym zagrożeniem dla sił proaborcyjnych. Liberalne media starały się całkowicie zablokować dotarcie tej prawdy do szerszych kręgów amerykańskiego społeczeństwa. Żadna z sieci telewizyjnych nie chciała pokazać tego filmu ani nawet nie zgodziła się na kupienie czasu antenowego na reklamy, których treścią byłaby pochwała wyboru życia. Było to ewidentnym dowodem na to, jak bardzo media zdominowane są przez ludzi opowiadających się za kulturą śmierci.
Naukowe fakty otworzyły serce Nathansona: przyjął niepodważalną prawdę, że życie człowieka zaczyna się w momencie poczęcia, a każde usunięcie ciąży jest morderstwem niewinnej i bezbronnej ludzkiej istoty. Doktor zmienił swoje poglądy na temat aborcji, kierując się względami naukowymi, a nie religijnymi.
Droga do Kościoła katolickiego
Duchowa podróż do wiary w Boga była dla Bernarda Nathansona niezwykle trudna. Najpierw było odkrycie świętości ludzkiego życia od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci, a dopiero później dojście do wiary w Boga.
„Nie szukałem niczego duchowego; moje pragnienia były w większości ziemskie i cielesne, moje dążenia konkretne i namacalne, łatwo dające się spieniężyć. Co gorsza, odnosiłem się do spraw duchowych z pogardą, jak przystało na żydowskiego ateistę o twardym karku” – pisał Nathanson.
W latach 1978–1988 Bernard przeżył niezwykle trudny okres. W sposób wyjątkowo bolesny zaczął odczuwać skutki swojego grzesznego życia.
„Budziłem się co noc o czwartej lub piątej nad ranem, wpatrywałem się w ciemność i czekałem, czy wśród mroku rozbłyśnie nagle wiadomość o uniewinnieniu mnie przez jakiś niewidzialny sąd. Po bezowocnym oczekiwaniu zapalałem nocną lampkę, brałem którąś z książek o grzechu i kolejny raz czytałem ustępy z Wyznań św. Augustyna, a także książki Dostojewskiego, Paula Tillicha, Kierkegaarda, Niebuhra, a nawet Lewisa Mumforda i Waldo Franka”.
Lekarza nawiedzały coraz częściej myśli samobójcze. Ciężar popełnionych win był nie do uniesienia, szczególnie świadomość dokonania tysięcy aborcji na niewinnych dzieciach. Nathanson próbował leczyć swój duchowy ból i rozpacz środkami uspokajającymi, alkoholem, poradnikami, chodzeniem do psychiatry – nic jednak nie pomagało.
W tym też czasie Nathanson coraz bardziej angażował się w działalność ruchu obrony życia. Jeździł po całych Stanach Zjednoczonych z wykładami, pisał książki, włączał się w działalność polityczną. Uczestnicząc w wiecach obrońców życia, dawał wyraźnie do zrozumienia, że łączy go z nimi jedynie sprzeciw wobec aborcji, natomiast z rezerwą odnosi się do wiary w Boga.
W czasie tych wieców i protestów przed klinikami aborcyjnymi doświadczał panującej wśród zgromadzonych atmosfery bezinteresowności. Z twarzy modlących się ludzi, otoczonych przez kordony policji, promieniowała prawdziwa miłość. Ci ludzie nieustannie się modlili i stale przypominali sobie o całkowitym zakazie stosowania przemocy.
Nathanson wyznał: „Po prostu zaskoczyła mnie siła ich miłości i modlitwy: modlili się za nienarodzone dzieci, za zagubione i przerażone matki, za pracujących w klinice lekarzy i pielęgniarki. Modlili się nawet za policję i media, które transmitowały demonstrację. Modlili się za siebie nawzajem, ale nigdy za siebie samych. Zacząłem się zastanawiać: »Jak to się dzieje, że ci ludzie mogą z siebie tyle dawać, występując na rzecz mniejszości, która jest niema, niewidoczna i niezdolna do wyrażenia im swojej wdzięczności?«”.
Przykład modlących się proliferów sprawił, że Nathanson po raz pierwszy w życiu zaczął poważnie dopuszczać do siebie myśl o możliwości istnienia Boga.
Zaczął się zastanawiać nad istnieniem Boga, „który przeprowadził mnie przez wszystkie kręgi piekła tylko po to, by w swej łasce wskazać mi drogę do zbawienia i okazać swoje miłosierdzie. Ta myśl – sprzeciwiająca się wszystkim moim dziewiętnastoletnim pewnikom, którym byłem wierny – w jednej chwili ukazała moją przeszłość jako ohydne bagno grzechu i zła, oskarżyła mnie i uznała za winnego ciężkich przestępstw […], a równocześnie – w cudowny sposób – ukazała mi […], że Ktoś umarł dwa tysiące lat temu za moje grzechy”.
Zanim jednak zdecydował się na duchową podróż w poszukiwaniu Boga, Nathanson z wielką zachłannością zaczął czytać autobiografie wielkich katolickich konwertytów, takich jak: Malcolm Muggeridge, kardynał Newman, Graham Greene, C.S. Lewis czy Walker Percy. Najbardziej jednak identyfikował się z historią swojego profesora Karla Sterna, który w autobiografii Słup ognia opisał swoją fascynującą duchową podróż do katolickiej wiary.
Nathanson wyznał, że za każdym razem, kiedy czytał tę autobiografię, z trudem powstrzymywał łzy: „Było mi przeznaczone przemierzać glob w poszukiwaniu Tego, bez którego byłbym potępiony, teraz jednak uchwyciłem się rąbka Jego szaty w rozpaczy, w przerażeniu, w niebiańskim przystępie najczystszej potrzeby.
Moje myśli wracają znów ku bohaterowi moich lat studenckich, Karlowi Sternowi – który przechodził przemianę duchową dokładnie w tym czasie, kiedy kształcił mnie w sztukach poznawania ludzkiego umysłu, jego porządku i jego źródeł – i ku słowom, które napisał do swego brata: »Nie ma co do tego wątpliwości: biegliśmy do Niego albo uciekaliśmy przed Nim, a On przez cały czas był w centrum wszystkiego«”.
Nathanson był świadomy, że bardzo wiele osób z ruchu obrony życia modli się za niego. Duchowa przemiana dokonywała się w nim w sposób łagodny i naturalny, przynosząc mu wewnętrzną ulgę i pokój. Zaczął się regularnie spotykać z ks. Johnem McCloskeyem, który stał się jego duchowym przewodnikiem po drogach wiary.
O swojej decyzji przejścia na katolicyzm Bernard zaczął publicznie mówić już w 1994 r. Został ochrzczony 9 grudnia 1996 r. w katedrze św. Patryka w Nowym Jorku przez kard. J. O’Connora. Żydowscy przyjaciele z życzliwością przyjęli jego decyzję.
Nathanson napisał: „Przyjmując Chrystusa jeszcze bardziej doceniam fakt, że przynależę do kultury, narodu i tradycji żydowskiej. Tak będzie zawsze i jestem z tego dumny”.
Od tego czasu lekarz codziennie uczęszczał na Mszę św., regularnie się spowiadał, prowadził życie głębokiej modlitwy, a jako naukowiec w swoich książkach, filmach i licznych konferencjach dawał świadectwo, że życie ludzkie jest tak święte, jak święty jest Bóg – dawca tego życia, a więc nikt nigdy nie ma prawa ludzkiego życia nikomu odbierać.
Nawrócenie prof. Bernarda Nathansona, który z czołowego światowego aborcjonisty i „ateisty o twardym karku” stał się gorliwym katolikiem i przodującym obrońcą życia dzieci nienarodzonych, jest niewątpliwie jednym z największych nawróceń XX wieku.
Kiedy Nathanson przyjechał do Polski 19 października 1996 r., na konferencji prasowej w Warszawie skierował apel do polskich parlamentarzystów: „Błagam was, nie róbcie żadnego kroku w kierunku liberalizacji aborcji! Historia wam nigdy tego nie wybaczy. Chcę Was przestrzec, żebyście nie popełniali tych samych błędów, które my popełniliśmy w Ameryce.
Głosowanie za aborcją będzie jednocześnie głosowaniem za eutanazją, zabijaniem ludzi starych, kalekich i terminalnie chorych, za eksperymentami genetycznymi – będzie pierwszym krokiem na równi pochyłej, na dole której znajduje się całkowita dehumanizacja życia, dolina śmierci”.