Wbrew obiegowym opiniom, opartym na tak zwanych wiarygodnych źródłach, trybunał inkwizycyjny nie przypominał w niczym metod postępowania policji politycznej w XX-wiecznych reżimach totalitarnych.
Równie długą historię, co „czarna legenda” wypraw krzyżowych mają dzieje stereotypów i przekłamań dotyczących inkwizycji. Hasło „inkwizycja” lub „inkwizytor” do dzisiaj budzi – i to bynajmniej nie tylko w kręgach ludzi programowo deklarujących swoją wrogość do Kościoła i katolicyzmu – skojarzenia z okrutnymi represjami, deptaniem wolnościowych aspiracji człowieka, a w najlepszym wypadku z ciasnotą umysłową ludzi Kościoła.
Taki obraz jest utrwalany zarówno w tzw. kulturze wysokiej (por. postać Wielkiego Inkwizytora u Fiodora Dostojewskiego), jak i w tzw. kulturze masowej (por. chociażby bestsellerową powieść Umberta Eco Imię róży).
Antykatolicka propaganda
Podobnie jak w wypadku krucjat także i tutaj można dość precyzyjnie wskazać początek powstawania „czarnej legendy” inkwizycji.
Rodziła się ona w XVI wieku w kręgu protestanckim, przede wszystkim w tych krajach (Niderlandy czy Anglia), z którymi wojny toczyła stojąca wówczas u szczytu swojej politycznej potęgi katolicka Hiszpania. Nieprzypadkowo również dzieła demaskujące „zbrodnie” inkwizytorów koncentrowały swoją uwagę głównie na inkwizycji hiszpańskiej.
Typową pod tym względem publikacją była książka hiszpańskiego kalwina ukrywającego się pod pseudonimem Reginaldus Montanus, który w 1567 r. wydał drukiem Odkrycie i jasne ukazanie praktyk Świętej Inkwizycji Hiszpańskiej.
To „odkrycie” nie tyle jest jednak źródłem do poznania historii inkwizycji (hiszpańskiej w szczególności), ile raczej doskonałym dokumentem do przybliżenia sobie dziejów powstawania antykatolickiej propagandy w kręgach protestanckich. Tak jak w wypadku każdej propagandy w dużym stopniu odwołującej się do strachu graniczącego z histerią.
Montanus przedstawił inkwizycję jako instytucję przenikającą całe państwo, rozciągającą swoje macki na wszystkie niemal kręgi społeczeństwa. Zdaniem autora kierowali nią sadystyczni inkwizytorzy, skazujący bez zmrużenia oka podejrzanych o herezję na tortury, na stos lub na dożywotnie przebywanie w ciemnych lochach. Ofiar inkwizycji, jak utrzymywał Montanus, były zaś setki tysięcy, jeśli nie miliony.
Pamflet autorstwa hiszpańskiego protestanta oraz szereg podobnych do niego publikacji stały się w XVIII i XIX wieku podstawą źródłową dla następnych pokoleń autorów antykatolicko ukierunkowanej „polityki historycznej” – oświeceniowych intelektualistów czy później zwolenników całkowitej laicyzacji sfery publicznej.
Nie tylko opierano własne „badania” na książkach, które nie miały nic wspólnego z rzetelnymi dziełami historycznymi, ale także nie cofano się przed popełnianiem nowych fałszerstw i mistyfikacji. Dobrym przykładem ilustrującym takie właśnie podejście do problemu badań dziejów inkwizycji była poczytna w XIX-wiecznej Francji książka Étienne’a-Léona de Lamothe-Langona Historia inkwizycji we Francji, po raz pierwszy opublikowana w 1829 r.
Do tej pory autor był znany z popularnych w tamtej epoce tzw. gotyckich powieści grozy, w których się roiło od upiorów i „białych dam” błąkających się po zamkowych korytarzach. Tym razem grozę wśród czytelników Langona miały wzbudzać „mroczne dzieje” inkwizycji we Francji.
Autor reklamował swoje dzieło jako oparte na solidnej kwerendzie w kościelnych archiwach. Wkrótce się jednak okazało, że żadnych badań archiwalnych nie było, a dokumenty, na które autor „demaskatorskiej” książki się powoływał, po prostu nie istniały.
Mimo udowodnionego fałszerstwa przez kolejne dziesięciolecia książka Langona pełniła nad Sekwaną funkcję popularnego wykładu dziejów inkwizycji, stając się inspiracją dla kolejnych przykładów tego typu literatury.
Trybunał Świętej Inkwizycji
Sacra Congregatio Inquisitionis – Trybunał Świętej Inkwizycji był kościelnym trybunałem dotyczącym spraw wiary (od łacińskiego słowa inquisitio oznaczającego badanie, dochodzenie).
Początki inkwizycji sięgają końca XII wieku, kiedy to, w 1184 r., papież Lucjusz III wydał pierwszą bullę odnoszącą się do organizacji procesu inkwizycyjnego na poziomie diecezji. Sformalizowano w tym dokumencie odpowiedzialność biskupów za organizowanie i przeprowadzanie w diecezjach postępowań inkwizycyjnych.
Ich najważniejszym celem było dbanie o czystość wiary w powierzonych ich pieczy diecezjach. Co charakterystyczne jednak, ta sama bulla podkreślała, że wina heretyków polegała również na tym, iż głosząc swoje poglądy, obrażali także władzę świecką (królewską, cesarską), która też przecież pochodzi od Boga.
Bulla Lucjusza III nie przewidywała stosowania przez struktury kościelne kary śmierci wobec heretyków. Osądzeni przez diecezjalne trybunały inkwizycyjne heretycy mieli być przekazywani władzy świeckiej, która rezerwowała sobie prawo stosowania kary śmierci przez spalenie na stosie (to przewidywał edykt wydany w 1224 r. przez cesarza Fryderyka II Hohenstaufa).
Pisząc o inkwizycji, nie sposób abstrahować od tła historycznego, na którym ona powstawała. Jak zauważa wybitna francuska mediewistka Régine Pernoud: „Pod wieloma względami inkwizycja była reakcją obronną społeczeństwa, któremu, słusznie czy nie, zachowanie wiary wydawało się równie ważne, jak nam zachowanie zdrowia fizycznego”.
Trzeba pamiętać o tym, że inkwizycja – rozumiana jako badanie przez Kościół spraw dotyczących herezji – pojawiła się w Europie w konkretnym kontekście historycznym.
Kiedy na południu Francji (Prowansja, Langwedocja) na przełomie XII i XIII wieku zaczęła się szerzyć niebezpieczna – nie tylko pod względem religijnym, ale i społecznym – herezja katarów (albigensów). Mówiąc językiem współczesnym: była to groźna sekta, z całą sekciarską „metodologią” podejścia do swoich adeptów (pranie mózgu, przejmowanie majątku itp.).
Albigensi odwoływali się do dawnej herezji manicheizmu, która sprowadzała się do diagnozy, że stworzenie jest czymś złym, iż jest ono dziełem „złego boga” (z kolei „bóg dobry” jest możliwy do poznania tylko przez garstkę wybranych).
W konsekwencji czymś złym jest ludzkie ciało. Nie jest to więc „świątynia Ducha Świętego”, jak uczy Kościół, ale zbędny balast, widoczna pozostałość działania „złego boga”. Stąd też – jak nauczali wspomniani heretycy – można, a nawet należy niszczyć ciało, chociażby oddając się wyuzdanej rozpuście.
Należy również odrzucić społeczeństwo, tworzone przez „cielesnych” ludzi, a w wypadku społeczeństwa feudalnego opartego na serii wzajemnych, uroczyście zawieranych zobowiązań (przysięga wasala składana seniorowi, uroczysta ceremonia inwestytury). Katarzy domagali się więc zaprzestania składania przysiąg oraz innych tego typu międzyludzkich kontraktów.
Kościół zaś od wieków uczył, powtarzając wnioski wielkich filozofów starożytności (Arystotelesa, Platona, Cycerona), że człowiek jest z samej swojej natury „istotą społeczną”, państwo zaś jest „societas perfecta” (społeczeństwem doskonałym) i w tym sensie – jak przypomina św. Paweł w Liście do Rzymian – każda władza „pochodzi od Boga”.
Herezja katarów nie była więc dysputami teologów, z których część zeszła z właściwej drogi wiary. Była ona zagrożeniem nie tylko dla czystości doktryny, ale także dla stabilności społeczeństwa.
Jak zauważa cytowana już Régine Pernoud: „Instytucja inkwizycji miała też pewną dodatnią stronę w praktycznym życiu. W miejsce procedury śledztwa wprowadzała procedurę oskarżenia. Przede wszystkim jednak w czasach, w których lud nie miał ochoty pobłażać heretykom, wprowadzała regularne sądownictwo”.
Zaistnienie pod koniec XII wieku sformalizowanych struktur inkwizycyjnych zapobiegło – co zgodnie przyznają historycy zajmujący się tym zagadnieniem – niekontrolowanemu „braniu sprawy w swoje ręce” przez ludzi zaniepokojonych ekspansywnością heretyków, powstrzymało serię krwawych pogromów.
Trybunały inkwizycyjne
Jeszcze parę słów o sposobie procedowania trybunałów inkwizycyjnych. Wbrew obiegowym opiniom, opartym na tak „wiarygodnych” źródłach jak te opisane powyżej, nie przypominał on w niczym metod postępowania policji politycznej w XX-wiecznych reżimach totalitarnych.
Przede wszystkim inkwizycja nie działała tajnie, tylko jawnie. Przybycie inkwizytorów do danej miejscowości było ogłaszane z dużym (najczęściej kilkutygodniowym) wyprzedzeniem. Ci, którzy w jakiś sposób czuli się zagrożeni, mieli tym samym wszelkie możliwości ucieczki.
Osoby oskarżone przez inkwizytorów cieszyły się prawami, które w epoce średniowiecznej, ale i nowożytnej zazwyczaj nie były udziałem podsądnych w sądach świeckich. Miały więc prawo do przedstawienia trybunałowi inkwizycyjnemu listy osób, z którymi z jakichś przyczyn pozostawały w konflikcie. Chodziło w ten sposób o zminimalizowanie niebezpieczeństwa rzucania niesłusznych oskarżeń na niewinne osoby i uczynienia z inkwizycji narzędzia do załatwiania osobistych porachunków.
Oskarżeni mogli ponadto powoływać przed inkwizycyjny trybunał wskazanych przez siebie świadków. W odróżnieniu od sądownictwa świeckiego inkwizycja zakazywała karania kobiet w ciąży, starców oraz dzieci.
W epoce, gdy na porządku dziennym było stosowanie tortur (czyż współczesny świat jest wolny od tego?) jako metody wydobywania zeznań, trybunały inkwizycyjne mocno je ograniczały. Nigdy więc – w przeciwieństwie do sądów świeckich – nie stosowano tortur podczas pierwszej rozprawy inkwizycyjnej. Zgodę na to musiał wyrazić cały trybunał, przez aklamację, wreszcie decyzję o zastosowaniu tortur musiał zatwierdzić biskup diecezji, w której pracował konkretny trybunał inkwizycyjny.
Tortury stosowali przedstawiciele władzy świeckiej, a nie kościelnej. W 1259 r. papież Aleksander IV zakazał duchownym uczestniczenia nawet w charakterze świadków w tym procederze. Jednak później, gdy się okazało, że pozbawieni świadków przedstawiciele władzy świeckiej torturowali bez jakichkolwiek ograniczeń (na wzór sądów miejskich czy królewskich), zakaz ten został cofnięty.
Kolejna kwestia dotyczy kar zasądzanych przez inkwizycję. Zarówno w odniesieniu do rzymskiej, jak i hiszpańskiej inkwizycji zdecydowana większość z nich miała charakter pokuty religijnej (np. polecano odbycie pielgrzymki do jakiegoś sanktuarium albo nakazywano noszenie specjalnych strojów pokutnych, zwanych w Hiszpanii sambenito).
Drugim pod względem częstotliwości występowania rodzajem kary zasądzanym przez trybunały inkwizycji było więzienie. Należy wszakże pamiętać, iż wyrok skazujący na więzienie nie oznaczał faktycznego pobytu za kratami. Na przykład w odniesieniu do inkwizycji hiszpańskiej do reguły należało raczej odbywanie kary w areszcie domowym.
Osławione „kazamaty inkwizycji” także są częścią czarnej legendy. W rzeczywistości w niczym nie odbiegały one surowością od więzień państwowych. A wręcz odwrotnie: jak wskazuje współczesny badacz hiszpańskiej inkwizycji, Henry Kamen, w XVI i XVII wieku nie brakowało wypadków, gdy ludzie udawali herezje, aby przenieść się ze zwykłego więzienia do inkwizycyjnego.
Wyroki śmierci były rzadkością, zwłaszcza jeśli porównać to z łatwością, z jaką najwyższym wymiarem kary szafowały sądy państwowe.
Jak stwierdza wspomniany wyżej uczony brytyjski: „Stosunkowo niska liczba egzekucji przeczy legendzie krwawego trybunału [hiszpańskiej inkwizycji]”.
Jak podaje ten sam badacz, w latach 1540-1700 karę śmierci rzeczywiście wykonano w odniesieniu do poniżej dwóch procent oskarżonych. W praktyce oznaczało to, że inkwizycja skazywała na śmierć poniżej trzech osób rocznie w całym państwie hiszpańskim (wliczając w to także kolonie zamorskie Hiszpanii).
Opisany w głośnej powieści Umberta Eco Imię róży inkwizytor z Tuluzy, Bernardo Gui, w ciągu 16 lat swojego urzędowania (1307-1323) wydał 633 wyroki skazujące na kilkanaście tysięcy procesów inkwizycyjnych, którym wówczas przewodniczył. Z tej liczby tylko w 41 wypadkach została zasądzona kara śmierci.
W tym samym czasie inkwizytor ten zasądził 274 wyroki nakazujące złagodzenie wcześniejszych kar, a w 139 wypadkach nakazał zamianę kary więzienia na noszenie krzyża pokutnego naszytego na odzież.
Zamknięciem procesu organizowania rzymskiej inkwizycji – a więc istniejących w poszczególnych diecezjach kościelnych trybunałów do spraw badania herezji, podporządkowanych bezpośrednio Stolicy Apostolskiej, a już nie biskupom diecezjalnym – było opublikowanie w 1231 r. przez papieża Grzegorza IX bulli, która nadawała ostateczne ramy organizacyjne tej instytucji.
Dokument ten przewidywał również, że osądzony przed kościelnym trybunałem heretyk winien być oddany władzy świeckiej, która miała mu wymierzyć karę. Rzecz dotyczyła przypadków najcięższych, nieodnoszących się do kwestii regulowanych karami kanonicznymi (por. wyżej).
Jak już zaznaczono, w epoce średniowiecznej zagadnienie wiary (bądź niewiary) traktowano bardzo poważnie. Była to kwestia życia i śmierci. Całkiem dosłownie – i jak wiemy, nie dotyczyło to tylko życia (lub obumierania) wiary, ale też egzystencji samego społeczeństwa. Z perspektywy Kościoła najważniejszy był jednak wzgląd religijny.
Jak pisał doktor Kościoła św. Tomasz z Akwinu w swojej Summie teologicznej: „Heretycy popełniają grzech, którym zasługują sobie nie tylko na karę klątwy, czyli wyłączenia z Kościoła, lecz także na karę śmierci. O wiele bowiem cięższą zbrodnią jest psuć wiarę, która stanowi o nadprzyrodzonym życiu duszy, niż na przykład fałszować pieniądze, które służą życiu doczesnemu”.
Przekłamania na temat inkwizycji
Kara śmierci przez spalenie na stosie nie była wymysłem Kościoła czy konkretnie inkwizytorów. Była ona stosowana znacznie wcześniej, zanim trybunały inkwizycyjne rozpoczęły swoje funkcjonowanie – przede wszystkim wobec przestępców kryminalnych (choćby wobec wspomnianych w dziele Doktora Anielskiego fałszerzy monet).
W tym kontekście należy wspomnieć o mocno zmistyfikowanej kwestii tzw. autodafe (w języku portugalskim „akt/czyn wiary”). Przekłamanie polega na tym, że najczęściej termin ten jest traktowany jako równoznaczny ze spaleniem na stosie. Tymczasem autodafe było stosowanym w procedurze inkwizycji hiszpańskiej oraz portugalskiej aktem pojednania się z Kościołem osób skazanych przez inkwizycję lub też aktem uwolnienia od oskarżenia o herezję.
W tym pierwszym wypadku autodafe składali wszyscy, także ci – a była ich zdecydowana większość – wobec których zasądzono kary kanoniczne (różne formy pokuty), a nie spalenie na stosie. Jeżeli więc w aktach trybunałów inkwizycyjnych widnieją tysiące osób, które złożyły autodafe, nie oznacza to wcale tysięcy osób spalonych na stosie.
Kolejnym istotnym przekłamaniem dotyczącym inkwizycji jest brak rozróżnienia między inkwizycją rzymską (ostatecznie powołaną do życia w 1231 r.) i inkwizycją hiszpańską. Ta ostatnia została powołana do życia pod koniec XV wieku w Hiszpanii i była instytucją całkowicie podporządkowaną państwu.
Nie brakowało zresztą w XVI i XVII wieku wypadków, gdy kolejni papieże oficjalnie protestowali przeciw takiemu stanowi rzeczy (dodajmy, że publikacje tego typu papieskich bulli były zakazywane przez władze świeckie).
Pozostaje jeszcze kwestia inkwizytorów, odgrywających główną rolę w trwającej od czasów protestanckiej reformacji czarnej legendzie inkwizycji. Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na to, że szereg inkwizytorów zostało po śmierci wyniesionych na ołtarze. Do tego grona zaliczają się m.in. św. Piotr z Werony (XIII wiek), św. Jan Kapistran (XV wiek), papież św. Pius V (XVI wiek) oraz św. Robert Bellarmin (XVII wiek).
Po drugie, wszyscy oni bardzo sceptycznie odnosili się do oskarżeń mających wszelkie znamiona zniesławienia lub prostej konfabulacji. Weźmy choćby kwestię tzw. procesów o czary, których nasilenie w Europie przypadło na XVI i XVII wiek (gdy „zabobonne średniowiecze” odeszło już do przeszłości).
Otóż udokumentowanym faktem jest to, że przez cały XVI wiek hiszpańska inkwizycja z dużą rezerwą odnosiła się do oskarżeń kobiet o czary.
W 1614 r. najwyższe władze inkwizycji (tzw. Suprema) przyjęły oficjalną instrukcję w sprawach tzw. procesów o czary, która nakazywała daleko idącą ostrożność w tej kwestii. Zalecała przede wszystkim to, iż „najpierw należy zbadać oskarżonych, by sprawdzić, czy są przy zdrowych zmysłach, czy opanowani, czy melancholijni”.
Można powiedzieć, że stanowisko hiszpańskich inkwizytorów było powtórzeniem opinii XII-wiecznego biskupa Chartres, Jana z Salisbury, który odnosząc się do „procesów czarownic”, stwierdzał: „Najlepszym lekarstwem na tę chorobę jest trzymanie się twardo wiary, niedawanie posłuchu kłamstwom i niezwracanie uwagi na takie godne politowania szaleństwa”.