Myślałam, że sama sobie zawdzięczam wszystkie wcześniejsze wewnętrzne owoce swego nawrócenia. Dopiero wszystkie moje upadki zaczęły mi pokazywać prawdę.
Gdy spotykałam się z tematem czystości, zawsze czułam, że nie mam problemów w tej przestrzeni. Nie zdawałam sobie sprawy, że zaczęłam budować na tym swoją wartość. Uważałam, że „zasługuję” na Bożą miłość. Między innymi dlatego nie chciałam później dopuścić do siebie myśli, że oto ja, ta, która była taka czysta, właśnie upada raz za razem.
Na początku maja 2022 r. wybrałam się na majówkę, która miała za zadanie zintegrować osoby z różnych duszpasterstw. Tam pierwszy raz spotkałam Pawła. Był ode mnie starszy o trzy i pół roku, okazywał mi bardzo dużo uwagi, słuchał uważnie, gdy mówiłam o Bogu. Widać było, że jest mną zainteresowany, a ja okazywałam mu to samo. Wyjazd trwał pięć dni, a my już dwa dni po powrocie byliśmy parą. Oszukiwałam siebie, że samo jego zainteresowanie Bogiem wystarczy, żeby wejść z nim w bliższą relację.
Nie trzeba było długo czekać, aż pojawił się u nas problem nieczystości. Całymi godzinami tłumaczyłam swojemu chłopakowi, dlaczego chcę zachować ją w sposób radykalny. Mimo wszystko Paweł chciał mi narzucić swój punkt widzenia, nie przyjmując mojego. Problem ze sfery werbalnej przeniósł się na czyn. Krok po kroku oddalałam się od swojej, pierwotnie radykalnej, postawy. Pierwszym, w co uderzył szatan, była moja modlitwa i codzienna Eucharystia.
Następnie było nocowanie u mojego chłopaka, bo przecież „nie śpimy w jednym łóżku”.
Niedługo potem doszło już spanie w jednym łóżku: „Przecież do niczego nie dochodzi”.
Jak bardzo tego później żałowałam! Nie istnieje w przestrzeni czystości (ani żadnej innej) coś takiego jak kompromis ze złem. To właśnie bezpośrednio przyczyniło się do mojej duchowej destrukcji. Każda kolejna noc to był kolejny krok dalej. Tkwiłam w coraz większym zakłamaniu i nic z tym nie robiłam. Myślałam, że jakoś poradzę sobie z tym problemem.
Pamiętam bardzo dobrze, kiedy zgodziłam się na nocowanie u Pawła po raz drugi. Wtedy „tylko” leżeliśmy obok siebie. On spał, a moje sumienie krzyczało. Przypomniałam sobie, jak Pan Jezus kiedyś powiedział do św. siostry Faustyny, że jest taki moment, kiedy człowiek odwraca się od Boga w stronę grzechu w takim stopniu i upartości, że Bóg, przez wzgląd na wolną wolę każdego człowieka, mówi: „Masz to, czego chciałeś”. I właśnie to odbiło się echem w moim sercu. Nie zmieniło to jednak mojego zachowania.
Nie zapomnę tego strasznego uczucia, kiedy doszło między nami do pierwszych grzechów ciężkich. Czułam się tak, jakbym oddała swojemu chłopakowi wszystko to, co miałam najcenniejszego. W jednym momencie znikła odczuwana przeze mnie Boża obecność. Odeszło coś, co było częścią mnie, a z czego nawet nie zdawałam sobie sprawy. A Paweł tylko wstał z łóżka i, jak gdyby nigdy nic, pojechał do domu. W tamtym momencie miałam ochotę krzyczeć. Przecież tyle mu oddałam, a teraz czułam, jak on to ode mnie ze sobą zabiera. Parę miesięcy później ja – która nigdy nie piłam więcej alkoholu niż kieliszek szampana – zaczęłam łączyć przyjemność fizyczną z alkoholem. Wysokoprocentowy alkohol, później kac, lęk przed ciążą, samotność i ogromne wyrzuty sumienia…
Kiedy już nie umiałam odróżnić prawdy od kłamstwa, szatan zasiał w moim sercu takie chwasty, które puściły głębokie korzenie. Mimo że relacja była toksyczna, bałam się, że gdy ona się skończy, to Bóg ukarze mnie życiem w samotności. Nie rozumiałam, że jedyne, do czego Bóg mnie zapraszał, to czystość serca, oddanie Mu tej przestrzeni.
Po kilkukrotnej próbie zakończenia relacji z Pawłem dotarło do mnie, że sama nie jestem w stanie rozwiązać tego problemu. Już wcześniej szukałam pomocy u księdza i wiele osób prosiłam o modlitwę. Na tym etapie nie czułam się godna, aby ponownie zbliżyć się do Pana Jezusa. W takim stanie ducha pojechałam na spotkanie swojej wspólnoty. Podczas modlitwy w ciszy towarzyszyło mi ogromne poczucie bezradności. Czułam, że mogę oddać Bogu wszystko, poza tą relacją. Była ona dla mnie jak kula u nogi, jak klatka i coś, co nieustannie mnie tłamsiło i stresowało. Prosiłam Jezusa, żeby to ode mnie zabrał, bo ja sama już nie mam siły ani wiary, że mogę coś z tym zrobić. Po powrocie do domu zadzwoniłam do Pawła i zaczęliśmy długą rozmowę. Okazało się, że on też już miał dosyć tego, co działo się w naszej relacji, i cały dzień modlił się o rozeznanie, co ma zrobić.
Jedyne, na co było mnie wtedy stać, to powiedzenie: „Paweł, Bóg zawsze wie lepiej”.
Chwilę później ze mną zerwał. Chociaż płakałam, to w momencie, kiedy to powiedział, poczułam, jakby ktoś wziął nożyczki i w jednym momencie odciął to, co dusiło moje serce. Od razu przyszło wewnętrzne uwolnienie. Wiedziałam, że już nigdy do siebie nie wrócimy.
Kolejne tygodnie to był błogosławiony czas, kiedy Pan Jezus stworzył dla mnie przestrzeń na zebranie sił, uwalniając mnie od pokus i wyrzutów sumienia. Uzyskałam wsparcie we wspólnocie. Zmieniłam towarzystwo.
Dzisiaj wiem, jak bardzo byłam pyszna. Myślałam, że sama sobie zawdzięczam wszystkie wcześniejsze wewnętrzne owoce swego nawrócenia. Postrzegałam siebie jako silną jednostkę z mocnym kręgosłupem moralnym. Dopiero wszystkie moje upadki zaczęły mi pokazywać prawdę.
Na koniec chciałabym przytoczyć słowa Pana Jezusa do siostry Faustyny, które kieruje On do nas wszystkich: „Niechaj się nie lęka do Mnie zbliżyć dusza słaba, grzeszna, a choćby miała więcej grzechów niż piasku na ziemi, utonie wszystko w otchłani miłosierdzia Mojego” (Dz. 1059).
Czytelniczka