Idę za Jezusem…

Mark, amerykański lekarz opowiada historię swojego nawrócenia

Zrozumiałem, dlaczego moje serce buntuje się przeciwko eutanazji. Uświadomiłem sobie, że obrażam Boga i kpię sobie z Jego stworzenia.

Podwójna tożsamość

Wzrastałem z podwójną tożsamością: moja matka była żydówką, a ojciec irlandzkim katolikiem. Postawa religijna żadnego z moich rodziców nie miała jednak na mnie większego wpływu, ponieważ moja matka żyła jak ateistka, a ojciec był niepraktykującym chrześcijaninem.

Aby lepiej zrozumieć swoje pochodzenie i zaspokoić ogromne pragnienie duchowości, studiowałem filozofię i religioznawstwo. Po ukończeniu studiów samotnie wędrowałem po amerykańskim Zachodzie, potem pracowałem jako strażak.

W tym czasie poznałem naukę Buddy i zacząłem się identyfikować z jego zdaniem, że życie jest jedynie „cierpieniem, chorobą i śmiercią” i żeby zdobyć w życiu najwyższą nagrodę, trzeba służyć innym. Rozpaliło to we mnie pragnienie bycia lekarzem, które po wielu trudach udało mi się zrealizować.

Na staż lekarski przeniosłem się do Seattle. Po przybyciu do miasta udałem się do kaplicy św. Ignacego Loyoli na kampusie uniwersyteckim. Pamiętam, że padało i że w półmroku kościoła modliłem się o miłość i wsparcie na nowym etapie życia.

Miałem wtedy 41 lat. Byłem sam i miałem świadomość, że potrzebuję pomocy, aby podołać czekającym mnie wyzwaniom. Nigdy wcześniej nie modliłem się przed krucyfiksem i zapomniałem też o swojej tożsamości katolicko-żydowskiej. Poczułem jednak, że zostałem przez Boga wysłuchany.

Zaraz potem poszedłem do lokalnego pubu i spotkałem tam dziewczynę, która później została moją żoną. Odkąd nasze oczy spotkały się po raz pierwszy, związaliśmy się na zawsze. Wzięliśmy ślub cywilny w 2010 r., a potem, po moim nawróceniu, pobraliśmy się w Kościele katolickim 19 sierpnia 2023 r. Wyprzedzam jednak fakty…

Spotkanie

W 2013 r. rozpocząłem praktykę kliniczną. Pewnego dnia przyszedł do mnie mężczyzna z guzem trzustki. Wiedziałem, że nie zostało mu wiele czasu. Gdy go badałem, usłyszałem w sercu: „Jestem Bogiem twoich ojców, Abrahama, Izaaka i Jakuba. Ja jestem twoim Bogiem”.

Z wrażenia musiałem wyjść na chwilę z gabinetu. Czułem się oślepiony przez intensywną jasność i świadomość tego, co mi się przydarzyło. To doświadczenie całkowicie zmieniło moje życie. W momencie gdy dotknąłem tego biednego człowieka znajdującego się w obliczu śmierci, objawił mi się Stwórca życia…

Mój przyjaciel, Żyd, któremu opowiedziałem tę historię, skontaktował mnie z rabinem mieszkającym na południu Francji, który napisał kilka książek na temat żydowskiego mistycyzmu i kabały. Tak rozpoczęła się moja kilkuletnia podróż w głąb ezoterycznej filozofii żydowskiej, zwłaszcza filozofii chasydzkiej z XVII i XVIII wieku. Moje myślenie przesiąkło ideami rabinów, a praktykowanie medycyny połączyłem z poszukiwaniem prawdziwego Boga.

Przyszło mi wtedy do głowy, że powinienem przejść rytuał bar micwy, czyli obrzęd w judaizmie, po którym chłopiec staje się odpowiedzialny za swoje czyny i obowiązki religijne dorosłego mężczyzny. Od dawna nie byłem chłopcem, ale byłem przekonany, że trzeba „filozofię z nieba” zastosować w praktyce, w codzienności. W wieku 50 lat przeszedłem przez ten proces, poddając się żydowskiemu prawu. Moje hebrajskie imię to Szimszon (Samson).

Niestety, po bar micwie mój wewnętrzny zapał zaczął wygasać. Entuzjazm do porannej nauki i sobotniego odmawiania modlitw osłabł, czułem się jak nieudacznik podczas świąt żydowskich. Pomimo wysiłków nie potrafiłem też zachować postu Jom Kippur. Moje poczucie więzi z innymi Żydami nigdy nie rozkwitło.

Potem przyszła pandemia koronawirusa. Stres związany z pracą na pierwszej linii frontu całkowicie mnie wyczerpał. Zrezygnowałem z praktyki lekarskiej. W tym okresie wielokrotnie odwiedzałem katedrę św. Jakuba i czytałem w niej dzieła Martina Bubera, zwłaszcza jego najważniejszą książkę pt. Ja i Ty.

W katolickiej świątyni odczuwałem pokój i wewnętrzną pewność, że Bóg mnie słucha. Siadając często przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie, nasłuchiwałem…

Wątpliwości

Dzięki łasce Boga i hojności dawnych wspólników wróciłem do swych pacjentów. W tym czasie byłem zaangażowany w kilka przypadków eutanazji. Nie były to moje pierwsze doświadczenia w tym procederze. Bez zastanawiania się przepisywałem zabójcze dawki preparatów tym, którzy żądali tak zwanej godnej śmierci.

Pewnego dnia przyszedł do mnie emerytowany filozof. Miał liczne problemy zdrowotne i w miarę upływu czasu stan jego zdrowia znacznie się pogarszał. W końcu poprosił mnie o podanie śmiercionośnych „leków”. Nie zastanawiałem się długo, byłem bowiem przekonany, że dobrze postępuję, szanując „życzenie” pacjenta.

W tym przypadku coś jednak było inaczej. Zacząłem kwestionować całe to przedsięwzięcie, „życzenie” pacjenta, a zwłaszcza swoją rolę w jego spełnieniu. Gryzło mnie sumienie, ogarniał mnie smutek i poczucie winy. Stłumiłem jednak w sobie wszystko to, co czułem, nie posłuchałem swego wnętrza i ponownie przepisałem śmiercionośne specyfiki…

Później słuchałem podcastu, w którym wspominano o encyklice Evangelium vitae św. Jana Pawła II. Wcześniej nie czytałem dokumentu papieskiego, ale tym razem postanowiłem go odszukać. Czułem, że lektura tego dzieła może mi rozwiać wiele wątpliwości dotyczących samobójstwa wspomaganego przez lekarza. I chociaż ta niesamowita encyklika dotyczy głównie aborcji, papież pisał w niej również rzeczowo i jasno o eutanazji.

Jego słowa dotknęły mojego serca i duszy w sposób, który trudno opisać. Zakorzenione w hebrajskich pismach, przemówiły do mnie jako Żyda. Przemówiły do mnie jako do kogoś, kto jest zakochany i próbuje chodzić z Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba. Papież przemawiał do mnie jako brat i nauczyciel.

Zrozumiałem wreszcie, dlaczego moje serce buntuje się przeciwko eutanazji. Uświadomiłem sobie, że obrażam Boga i kpię sobie z Jego stworzenia. Jak mogłem bowiem kochać Stwórcę, pomagając w zabijaniu Jego stworzeń?

W encyklice Evangelium vitae św. Jan Paweł II podkreślił, że eutanazja jest jednym „z najbardziej niepokojących objawów »kultury śmierci«, szerzącej się zwłaszcza w społeczeństwach dobrobytu, charakteryzujących się mentalnością nastawioną na wydajność, według której obecność coraz liczniejszych ludzi starych i niesprawnych wydaje się zbyt kosztowna i uciążliwa” (EV 64).

Papież uświadomił mi, że „eutanazja jest poważnym naruszeniem Prawa Bożego jako moralnie niedopuszczalne dobrowolne zabójstwo osoby ludzkiej.[…] Praktyka eutanazji zawiera – zależnie od okoliczności – zło cechujące samobójstwo lub zabójstwo” (EV 65).

Święty Jan Paweł II napisał: „Szczytem zaś samowoli i niesprawiedliwości jest sytuacja, w której niektórzy – na przykład lekarze lub prawodawcy – roszczą sobie władzę decydowania o tym, kto ma żyć, a kto powinien umrzeć. Pojawia się tu znów pokusa z Edenu: stać się jak Bóg, »poznając dobro i zło« (por. Rdz 3,5)” (EV 66);

Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion, czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający. Ponadto nikt nie może się domagać, aby popełniono ten akt zabójstwa wobec niego samego lub wobec innej osoby powierzonej jego pieczy, nie może też bezpośrednio ani pośrednio wyrazić na to zgody. Żadna władza nie ma prawa do tego zmuszać ani na to przyzwalać” (EV 57).

Przerywanie ciąży i eutanazja są zatem zbrodniami, których żadna ludzka ustawa nie może uznać za dopuszczalne. Ustawy, które to czynią, nie tylko nie są w żaden sposób wiążące dla sumienia, ale stawiają wręcz człowieka wobec poważnej i konkretnej powinności przeciwstawienia się im poprzez sprzeciw sumienia […]. Tak więc w przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować ani uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu” (EV 73).

Zacząłem się wtedy zastanawiać, kim był ten papież, który został świętym. Musiałem przeczytać o nim więcej!

Odkrycie słowa Bożego i sakramentów

W październiku 2022 r. spacerowałem po urwiskach z psem. Nagle pewien człowiek zaczął wykrzykiwać w moją stronę przekleństwa. Odpowiedziałem mu i zaczęliśmy ostrą wymianę obelg. W pewnym momencie doznałem olśnienia: moja nienawiść do tego człowieka odzwierciedlała mój stosunek do Boga.

Wtedy usłyszałem wewnętrzny głos, który mi mówił: „Idź do Mojego słowa, w szczególności do Ewangelii św. Mateusza”.

Ja obrażałem Boga w najwyższym stopniu, a On w swoim miłosierdziu udzielił mi swego światła… Szaleniec był posłańcem, z którym zmagałem się jak Jakub z nieznajomym!

To był kolejny moment głębokiej przemiany w moim życiu. Wiedziałem, że tym razem Bóg tłumaczył mi wszystko i pokazywał mi ścieżkę, której sam nie byłem w stanie dostrzec. Wróciłem do domu z lękiem i drżeniem i zacząłem czytać Ewangelię św. Mateusza.

Poznawałem Ewangelię jako antidotum na swoją upadłą naturę, na swoje grzechy przeciwko człowiekowi i Bogu. Rozczytywałem się również w dziełach św. Jana Pawła II, szczególnie na temat słów ze Starego Testamentu znajdujących się w Nowym Testamencie.

Na modlitwie prosiłem Boga o księdza, który zostałby moim kierownikiem duchowym. Wówczas natknąłem się na kościół św. Małgorzaty Szkockiej. W tej pięknej, małej polskiej parafii znajdują się relikwie św. Jana Pawła II i muzeum mu poświęcone, a proboszczem jest tam jeden z uczniów papieża. To on został moim kierownikiem duchowym.

Pewnej soboty byłem jedyną osobą, która uczestniczyła we Mszy św. Ewangelia dotyczyła powrotu syna marnotrawnego do ojca. Słuchając jej, nie mogłem powstrzymać łez…

Od tamtej pory uczęszczam do polskiego kościoła, kiedy tylko mogę. Raz w tygodniu spotykam się ze swoim kierownikiem duchowym. 12 sierpnia 2023 r. przyjąłem chrzest, bierzmowanie i Pierwszą Komunię Świętą z rąk ks. Andrzeja Galanta TChr. Tydzień później sakrament małżeństwa.

Syn Matki

W drugą niedzielę adwentu 2023 r. poszedłem pomodlić się przed Mszą św. do kapliczki Najświętszej Maryi Panny, która znajduje się na terenie kościoła. Jest to skromna, lecz piękna kapliczka z marmurową figurą Maryi trzymającej Dzieciątko Jezus.

Gdy zbliżyłem się do figury Matki Bożej, zauważyłem łzy spływające po Jej twarzy. Zaniemówiłem, byłem wstrząśnięty, nie dowierzałem. Szukałem racjonalnego wytłumaczenia tego zjawiska, ale nie znalazłem żadnego. Czułem przytłaczające cierpienie Maryi…

Dwa tygodnie później, w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, nasz kościół został zaatakowany przez uzbrojonego w siekierę młodego człowieka, który roztrzaskał twarz Najświętszej Dziewicy i głowę Dzieciątka Jezus. Zbezcześcił również inne pomniki na terenie świątyni. Nasza parafia odczuwa ogromny smutek z powodu tej profanacji.

Na koniec chciałbym napisać, że nie jestem w stanie opisać wszystkich darów, które Pan nieustannie mi ofiarowuje. Jestem za nie bardzo wdzięczny, szczególnie za to, że wziął mnie z powrotem pod swoje skrzydła i pokazał mi pełnię swojej Prawdy. Nigdy nie czułem się tak bardzo Żydem jak teraz, podążając za Jezusem Chrystusem.

Mark