Totalitaryzm jawny i zakamuflowany (cz. 4)

Upadek moralny – zarówno gdy chodzi o zachowania indywidualne, jak i w wymiarze społecznym – to stałe dziedzictwo wszystkich totalitaryzmów.

Fatalny skutek „demokracji totalitarnej”

Wybitny XIX-wieczny myśliciel i wielki krytyk rewolucji francuskiej Joseph de Maistre mawiał, że „najgorsze w rewolucji nie jest to, co niszczy, ale to, co tworzy”.

W przypadku Francji stworzyła ona lukę pokoleniową, która powstała na skutek tego, że przez niemal 30 lat trwania rewolucji, a potem rządów napoleońskich wyrosło w tym kraju zupełnie nowe pokolenie, dla którego religia katolicka oraz powstała z niej kultura i obyczajowość były czymś zupełnie obcym.

Niezwykle wymowne były pod tym względem słowa św. Jana Marii Vianneya, który obejmując urząd proboszcza w Ars w pierwszych latach po upadku Napoleona, porównywał swoich parafian do „istot, których od zwierząt różni jedynie chrzest”.

Upadek moralny – zarówno gdy chodzi o zachowania indywidualne, jak i w wymiarze społecznym – to stałe dziedzictwo wszystkich totalitaryzmów.

Nie inaczej było w przypadku Francji, pierwszego państwa w Europie, które padło ofiarą „demokracji totalitarnej” (Jacob Talmon). „Wychowywała” ona nowe pokolenie Francuzów, kierując się maksymą, którą wygłosił podczas rewolucji zdegenerowany moralnie arystokrata i zagorzały zwolennik antychrześcijańskiego przewrotu po 1789 r. markiz Donatien de Sade. Nawoływał on swoich kolegów z klubu jakobinów: „Francuzi, zadajcie tylko pierwsze ciosy [katolicyzmowi – przyp. G. K.], reszty dopełni oświata publiczna”.

Edukacja w wykonaniu rewolucyjnej „demokracji totalitarnej” nie miała polegać na przekazywaniu wiedzy i formowaniu charakterów, a więc na tym, czym zajmować się powinna każda porządna szkoła.

Istotę nowego podejścia do edukacji wyraził Georges Danton – jeden z przywódców rewolucyjnych – oświadczając z trybuny parlamentarnej z charakterystyczną dla wszystkich totalitarystów butą: „Dzieci najpierw należą do Republiki, a dopiero potem do swych rodziców”. I dodawał zaraz: „Któż mi zagwarantuje, że dzieci urabiane przez pełnych egoizmu ojców nie staną się niebezpieczne dla Republiki?”.

Oto kwintesencja totalitarnego sposobu pojmowania polityki: podporządkowanie wszystkiego państwu z pogwałceniem naturalnych (rodzinnych) więzi społecznych. A wszystko to w imię rewolucyjnej, z gruntu antychrześcijańskiej ideologii.

Jak stwierdził jakobiński minister wojny Jean-Baptiste Bouchotte: „Młodzi ludzie lepiej się nadają, by służyć rewolucji, niż ci, którzy się zestarzeli pod władzą starych zwyczajów”.

Z kolei jego klubowy kolega, jakobiński deputowany Alexandre Deleyre, w napisanej przez siebie broszurze pt. Myśli o edukacji narodowej stwierdził: „Stworzone zostały prawa na użytek narodu; teraz chodzi o to, aby stworzyć naród [podkr.: G. K.] na użytek tych praw, a to drogą publicznej edukacji”.

„Stworzony” w ten sposób naród francuski miał być całkowicie odseparowany od swojego chrześcijańskiego (katolickiego) dziedzictwa. Republikańskiej oświacie pomagać miały inne narzędzia stworzone przez „demokrację totalitarną”.

Takim instrumentem miał być nowy, republikański kalendarz, który zastępował chrześcijański sposób liczenia lat od narodzin Chrystusa nowym sposobem – od powstania republiki we Francji (1792 r.).

Jak tłumaczył jeden z głównych promotorów tej „reformy” kalendarza Philippe Fabre d’Églantine: „Długie przyzwyczajenie do gregoriańskiego kalendarza wypełniło pamięć ludu znaczną ilością wyobrażeń, które długi czas były szanowane i które jeszcze dzisiaj są źródłem jego błędów religijnych. Konieczne jest więc zastąpienie tych wizji ignorancji rzeczywistością umysłu, zastąpienie godności kapłańskiej prawdą natury”.

Po niemal 30 latach takiej (anty)edukacji sytuacja była dramatyczna. Do tego dochodziły bezpośrednie skutki fizycznej eksterminacji katolickiego duchowieństwa przez rewolucyjny reżim, które oznaczały, że wiele francuskich parafii nie miało po prostu swoich duszpasterzy.

Dość wspomnieć, że w chwili przejmowania władzy przez Napoleona (1799 r.) i kilkanaście lat później, w momencie powrotu monarchii we Francji (1815 r.), były w tym kraju diecezje, gdzie tylko jedna czwarta parafii była obsadzona przez księży.

Bardzo wymowne słowa znalazły się w raporcie przesłanym w 1826 r. do Stolicy Piotrowej przez nuncjusza apostolskiego w Paryżu, który zauważał, że „więcej niż połowa narodu francuskiego tkwi w kompletnej ignorancji co do obowiązków chrześcijańskich i pogrążona jest w religijnej obojętności. Można postawić pytanie: czy w samej stolicy [Paryżu] znajduje się dziesięć tysięcy ludzi, którzy praktykują?”.

Parafia w Ars dostąpiła tej niezwykłej łaski Bożej, że jej proboszczem w czasie, gdy papieski dyplomata pisał te słowa, był św. Jan Maria Vianney. Trzeba było jego wielkiego heroizmu ducha, długich godzin spędzanych w konfesjonale, by w końcu jego parafianie odróżniali się od zwierząt nie tylko chrztem. Jednak parafii we Francji były setki, a nie każdy proboszcz był aż tak święty jak ten z Ars.

Ładne hasła i twarda rzeczywistość

Błogosławiony kard. Stefan Wyszyński wielokrotnie zwracał uwagę na fatalne skutki „programowanej zimnicy wobec Boga”, realizowanej przez komunistyczne władze w Polsce po 1945 r. Komuniści odwoływali się do zasad laicyzmu, który w XIX-wiecznej Europie rozpoczął serię antykatolickich wojen kulturowych (kulturkampfów), szermując hasłem „rozdziału Kościoła od państwa”. Jak zauważał bł. Prymas Tysiąclecia, jest to hasło z gruntu zakłamane.

„Rzucone dzisiaj hasło »rozdziału Kościoła i państwa« jest próbą przeprowadzenia linii: tu Kościół, tam państwo – to znaczy Naród. Spróbujcie to uczynić, sprawdźcie, czy to się Wam uda. Będzie to praca najbardziej nierozumna, tak jakbyście chcieli żywego i żyjącego człowieka rozdzielić i powiedzieć: tu dusza, tu ciało. A przecież wszędzie jest dusza i wszędzie jest ciało. […] To, co jest zespolone w człowieku, duch i ciało, musi mieć swoje odbicie w dalszych planach: rodzina, Naród, państwo, życie społeczne, zawodowe, kulturalne – ostateczne rzeczy człowieka żyjącego w wielkiej rodzinie międzynarodowej” (Jasna Góra, 27 listopada 1966 r.).

Podobnie zwodniczy jest slogan głoszący, że moralność jest „sprawą prywatną”, którym w XIX w. posługiwali się liberalni laicyzatorzy, a po II wojnie światowej został przejęty przez komunistów w Polsce, by w ten sposób walczyć z chrześcijańską moralnością.

Błogosławiony prymas Wyszyński podkreślał natomiast, że „nasze życie indywidualne musi rzutować na życie społeczne, że moralność osobista ma nie tylko znaczenie indywidualne. Właściwie moralność nie jest sprawą prywatną, ale publiczną. Nie jest dla mnie obojętną rzeczą, kim jest ktoś, kto ze mną obcuje, bo taki czy inny styl życiowy tego człowieka, takie czy inne jego wartości duchowe, moralne, osobiste dadzą się odczuć” (Warszawa, 21 kwietnia 1966 r.).

W podobny sposób bł. kard. Stefan Wyszyński zbijał argument XIX-wiecznych (liberalnych) laicyzatorów oraz ich XX-wiecznych (komunistycznych) kontynuatorów, którzy zgodnie twierdzili, że nie tylko moralność, ale i religia jest „sprawą prywatną”.

„Nieraz mówi się: moja religia jest rzeczą prywatną. Nie, bracie kochany. To największa pomyłka! Ty wcale nie jesteś osobą prywatną. Nie jest prywatną rzeczą nawet to, co się w Tobie dzieje, bo to dotyczy każdego z nas. Ja jestem osobiście zainteresowany tym, co się dzieje w Tobie, a Ty jesteś zainteresowany tym, co się dzieje we mnie i kim ja jestem” (Warszawa, 2 sierpnia 1966 r.).

„Masońska wędka”

Należy zwrócić uwagę, że bł. Prymas Tysiąclecia bardzo trafnie (zgodnie z wiedzą historyczną) scharakteryzował tło historyczne towarzyszące antykatolickim kulturkampfom podejmowanym przez XIX-wiecznych laicyzatorów.

W jednym ze swoich kazań świętokrzyskich stwierdzał: „W czasach, gdy za bardzo niepokojono się o przewagę Kościoła nad państwem, powstawały różne teorie, jak na przykład: »Wolny Kościół w wolnym państwie«, »Zostawmy Kościół w spokoju i niech Kościół nas zostawi w spokoju«. Jednakże już na przełomie XIX w. dostrzeżono, że tak zwana absolutna wolność Kościoła w państwie za bardzo Kościołowi pomaga w jego rozwoju. Dlatego też wymyślono co innego, a mianowicie tak zwany rozdział Kościoła i państwa” (Warszawa, 25 stycznia 1976 r.).

Ten krótki opis oddaje istotę rzeczy, która polegała na tym, że za niewinnie brzmiącymi sloganami ruchy liberalne i działająca „na zapleczu” masoneria zmierzały za pomocą kolejnych kampanii laicyzacyjnych do radykalnego ograniczenia podstawowych wolności obywatelskich ludzi na serio wierzących w Chrystusa i będących częścią założonego przez Niego Kościoła.

Wspomniane przez bł. kard. Stefana Wyszyńskiego hasło: „wolny Kościół w wolnym państwie” (ładnie brzmi, prawda?) pochodzi od włoskiego liberalnego polityka i wysoko postawionego masona Camillo Cavoura (1810-1861). Jako premier Piemontu na początku drugiej dekady XIX w. prowadził on jednak politykę, która wprost zmierzała do zniewolenia Kościoła poprzez odebranie należących do niego majątków zapewniających niezależność materialną, wypchnięcie Kościoła ze szkolnictwa oraz likwidację szeregu domów zakonnych.

W innym miejscu bł. kard. Stefan Wyszyński nazywał laicyzm „łowieniem dusz na masońską wędkę” (Jasna Góra, 30 sierpnia 1961 r.). Również to stwierdzenie ma pełne pokrycie w faktach poświadczanych przez źródła historyczne. We wszystkich krajach, w których w XIX w. trwały antykatolickie wojny kulturowe (Piemont, Francja, Prusy, Portugalia), inicjatorem i głównym organizacyjnym wsparciem dla realizacji laicystycznej polityki „rozdzielania Kościoła od państwa” były loże masońskie. Wolnomularstwo nie kryło się z tym ani wtedy, ani w naszych czasach.

Gdy w 2005 r. środowiska liberalne we Francji hucznie obchodziły 100. rocznicę uchwalenia w tym kraju ustawy o „rozdziale Kościoła od państwa” (modelowe rozwiązania dla wszystkich późniejszych laicyzatorów, czy to w Portugalii, Meksyku, czy w Związku Sowieckim), w paryskiej siedzibie Grand Orient de France – największej wolnomularskiej loży w tym kraju – zorganizowano wystawę poświęconą genezie i znaczeniu wspomnianej ustawy. Wszystko było przedstawiane jako „wielka zdobycz republikańskiego etosu”, która nie byłaby możliwa do osiągnięcia bez zaangażowania masonerii.

W praktyce jednak hasła w rodzaju „wolny Kościół w wolnym państwie” oznaczały próbę zniewolenia ludzi wierzących restrykcyjnymi aktami prawnymi, a pod szyldem „rozdziału Kościoła od państwa” realizowano – jak mówił bł. kard. Stefan Wyszyński – „nieliczącą się z żadnymi zasadami moralnymi” politykę „oczyszczania wierzących obywateli z elementów religijnych, katolickich” (Warszawa, 27 stycznia 1974 r.).