Brnąłem w zły świat bez jakichkolwiek hamulców. Strzelaniny, zamachy, handel narkotykami, haracze, przemoc i ból… Często ocierałem się o śmierć.
Mam 46 lat. Urodziłem się w Zambrowie, w pełnej, ale niestabilnej rodzinie. Kontrastem dla kochającej mamy był ojciec tyran, który wyżywał się na mnie od najmłodszych lat. Zachowania te przybrały na sile, kiedy mama wyjechała za granicę „za chlebem”. Coraz więcej czasu spędzałem wtedy na ulicy, aby unikać domowego terroru, który ojciec mi gotował.
Ulica bardzo szybko mnie zdemoralizowała. Byłem zafascynowany złem, które tam poznawałem. Wtedy ojciec postanowił, że się mnie pozbędzie. Oskarżył mnie fałszywie, wskutek czego, mając zaledwie 14 lat, znalazłem się w zakładzie poprawczym o zaostrzonym rygorze. Tam zacząłem uczyć się przestępczego „fachu”. Potem już nie widziałem odwrotu z tej ścieżki.
Mając 19 lat, trafiłem do więzienia z bardzo poważnymi zarzutami, m.in. usiłowania zabójstwa, który przy wyroku zmieniono mi na bardzo ciężkie uszkodzenie ciała. Kiedy zapadał wyrok, pani adwokat poprosiła mnie, abym okazał skruchę. Nie zrobiłem tego. Nie odczuwałem wyrzutów sumienia, a okazanie skruchy uznałem za słabość. Nie obchodziło mnie, ile lat dostanę, ważniejsze było dla mnie trzymanie więziennego „fasonu”.
Potem poszło już z górki. Dokonywałem przestępstw coraz cięższego kalibru. Tak bardzo przesiąknąłem złem, że potem działałem już bezrefleksyjnie.
Szybko stałem się znany w moim mieście i w całej okolicy. Ludzie wiedzieli, że lepiej ze mną nie zadzierać, ponieważ byłem bezwzględny. Często działałem pod wpływem używek lub alkoholu, które jeszcze bardziej wzmagały we mnie agresję.
Brnąłem w zły świat bez jakichkolwiek hamulców. Strzelaniny, zamachy, handel narkotykami, haracze, przemoc i ból… Często ocierałem się o śmierć, jednak nie bałem się jej. Żyłem jakby w amoku.
Wiedziałem, że Bóg gdzieś tam jest. Jednak ja byłem tu i teraz i to był mój świat, do którego Pan Bóg raczej nie zaglądał. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Myślałem, że gdyby Jezus interesował się mną, to nie pozwoliłby na całe to zło, którego doznałem w dzieciństwie.
Choroba córeczki
Poznałem dziewczynę, zakochałem się i w 2010 r. wzięliśmy ślub. Urodziła się nam córeczka i mimo iż cierpiała na bardzo rzadką chorobę metaboliczną, byłem dumnym i szczęśliwym ojcem.
Ninka obudziła we mnie pokłady miłości, których wcześniej nie znałem. Obiecałem sobie, że postaram się być dla niej jak najlepszym ojcem. Dbałem o córeczkę i żonę. Troskliwie się nimi opiekowałem. Każdą wolną chwilę starałem się spędzać w domu, przy dziecku. Byłem bardzo szczęśliwy, kiedy pierwsze wypowiedziane przez Ninę słowo brzmiało: „tata”.
Niestety, dopadły mnie demony przeszłości. W 2014 r. musiałem odbyć zaległy wyrok z 2009 r. i stawić się do więzienia. W tym czasie żona znalazła sobie kochanka, piła alkohol i brała narkotyki. Tak mocno się pogubiła, że bardzo zaniedbała naszą córeczkę, która w stanie wegetatywnym została zabrana z domu do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, trafiając natychmiast na OIOM.
Moja mama, zrozpaczona, skontaktowała się z wychowawcą zakładu karnego, w którym przebywałem, gdyż potrzebne były podpisy i zgody na różnego rodzaju operacje. Żona, uciekając od problemu, nie zajmowała się już tymi sprawami.
Kiedy wychowawca poinformował mnie o całej sytuacji, mój świat runął jak domek z kart. Zmiażdżyła mnie tak olbrzymia bezsilność, że pierwszy raz w życiu zacząłem płakać jak bezradne dziecko. Wychowawca w geście empatii zorganizował mi wyjazd do Ninki w asyście straży więziennej.
Przed wyjazdem spotkałem się z kapelanem więziennym. Płacząc, poinformowałem go o całym tym dramacie. Miałem pretensje do Boga o to, że niewinne dziecko cierpi za grzechy, które ja popełniłem.
Ksiądz dał mi różaniec, obrazki, książeczkę i zalecił żarliwą modlitwę. Wyspowiadałem się z całego życia, wróciłem do celi i zacząłem się modlić, ze łzami w oczach prosząc Boga, aby oszczędził moją córeczkę, a doświadczył mnie. Kilkanaście godzin spędziłem na modlitwie.
Koledzy z celi przygotowali rysunki dla mojej córeczki i dwa dni później pojechałem do szpitala. Serce łomotało mi z wrażenia. Kiedy zobaczyłem moje kochane dziecko, omal nie zawyłem z bólu. Jednak radość z tego spotkania wzięła górę. Pomodliłem się przy łóżeczku Niny i przykleiłem nad jej główką rysunki od kolegów oraz obrazki Matki Bożej i św. Jana Pawła II.
Pod koniec wizyty poszedłem porozmawiać z lekarzami, którzy przedstawili mi bardzo złe rokowania, nie dając w zasadzie żadnych szans na przeżycie córeczki. Poprosiłem o kartkę i długopis i zacząłem pisać oświadczenie o pobraniu narządów dla Ninki po moim zgonie.
Chciałem podpisać się pod tym i tuż po wyjściu doprowadzić do swojej śmierci, aby moje narządy zostały pobrane i przekazane mojej kochanej córeczce. Lekarze domyślili się, co zamierzam zrobić, i w obecności psychologa zaczęli mi uświadamiać, że moje narządy są za duże dla czteroletniego dziecka.
Czułem, jak zapadam się w otchłań bezradności i niemocy. Ciągle płakałem, odczuwając niewypowiedziany ból. Jednak nie wypuszczałem różańca z dłoni. Trzymałem go kurczowo, modląc się nieustannie. Nie liczyłem godzin ani dni, nie jadłem, nie spałem, nie myślałem o niczym innym, jak tylko o tym, by dobry Bóg uratował moje dziecko. Wzywałem na pomoc Maryję i św. Jana Pawła II.
Pewnego dnia szpital powiadomił zakład karny, że stan Ninki znacznie się pogorszył i że to ostatnie dni jej życia. Wychowawca poinformował mnie o tym i zorganizował kolejny wyjazd do szpitala, na ostatnie już pożegnanie… Totalnie załamany postanowiłem, że nie pochowam własnego dziecka, że moje miejsce jest przy córeczce i jeśli ona umrze, ja umrę razem z nią.
W czasie kiedy ja byłem w szpitalu, wychowawca pojechał do sądu penitencjarnego w mojej sprawie i załatwił mi przerwę w odbywaniu kary. Gdy wróciłem zdruzgotany ze szpitala, pod bramą więzienną jeden z konwojentów oznajmił mi, że czeka na mnie niespodzianka. Odpowiedziałem mu, że jedyną dobrą niespodzianką byłby powrót do zdrowia mojej córeczki, i poprosiłem go, aby się za nią pomodlił. On jednak stwierdził, że nie będzie się za nikogo modlił.
Następnego dnia po opuszczeniu więzienia pojechałem do córeczki, żeby być przy niej. Całymi dniami i nocami klęczałem przy jej łóżeczku, modląc się. Prosiłem Boga Ojca, Pana Jezusa, Maryję i św. Jana Pawła II o cud, o to, aby przelał wszelkie choroby na mnie, a ją oszczędził.
14 lipca 2014 r. miało zdarzyć się najgorsze… Jednak, ku zdziwieniu wszystkich, Ninka przeżyła. Lekarze, nie rozumiejąc, dlaczego tak się stało, stwierdzili, że jednak Nina będzie żyć, ale będzie „jak warzywo”, bo doszło do obrzęku mózgu i córeczka była w śpiączce.
Pomyślałem wtedy, że dla mnie najważniejsze jest, że żyje. Nieustannie i wytrwale modliłem się, błagając o cud, sprowadzałem też z różnych świętych miejsc wody święcone i nacierałem nimi córeczkę.
„Tatuś, dlaczego mnie zostawiłeś?”
Po wyjściu z więzienia nie miałem pieniędzy, gdyż nieustannie przebywałem w szpitalu przy Nince. Wydzielałem sobie po trzy kromki suchego chleba dziennie i popijałem je wodą, aby tylko być przy swoim dziecku. I tak trwałem przy niej, z wielką ufnością, modląc się. Czasem włączałem jej ulubione bajki lub opowiadałem, co będziemy robić, kiedy wyzdrowieje.
I tak pewnego dnia Ninka otworzyła oczka… Nigdy tego nie zapomnę! Serce mi zamarło, wstrzymałem oddech i ze łzami w oczach patrzyłem na jej buzię. Wtedy usłyszałem, jak wypowiedziała szeptem słowa, które już na zawsze pozostaną w mojej pamięci: „Tatuś, dlaczego mnie zostawiłeś?”. Słysząc to, poczułem ogrom mojej winy…
Lekarze nie wierzyli, że Ninka przemówiła. Pielęgniarki również nie dowierzały w to. Poprosiły mnie, abym nagrał na dyktafon, jeśli córka ponownie coś powie. Po miesiącu Ninka zaczęła mówić już normalnie. Do mnie jednak wciąż nie docierało, że na moich oczach miał miejsce cud, że wróciła do mnie córeczka z tamtego świata…
Dobry Bóg nie tylko uratował moje dziecko, ale i mnie samego. Nadal nieustannie się modliłem. Stan Ninki wciąż był ciężki. Była sparaliżowana, nie ruszała się, nie potrafiła nawet unieść główki… Jednak żyła, był z nią kontakt, mówiła – i to było najważniejsze.
Minął miesiąc. Pewnego dnia stałem odwrócony od Ninki i przyrządzałem dla niej kaszkę, aby nakarmić ją przez sondę. Niespodziewanie usłyszałem zza pleców radosny głos: „Tatuś, patrz, ja stoję!”. Zobaczyłem Ninkę na wyprostowanych nóżkach, lekko chwiejącą się, z szerokim uśmiechem na twarzy. Upadłem na kolana, a po policzkach popłynęły mi łzy. Złapałem ją w objęcia i długo trzymałem w uścisku. Śmialiśmy się, ja przez łzy, Ninka głośno i radośnie.
„Serduszko pana córeczki jest zdrowe”
Lekarze z niedowierzaniem patrzyli na kolejne postępy mojej córeczki. Pewnego dnia podczas badań kardiologicznych wyszedł do mnie kardiolog z ponad 20-letnim stażem i zaczął mówić poważnym tonem: „Nie wiem, od czego zacząć”. Po tym wstępie ścisnęło mnie w gardle.
Przygotowałem się na złą wiadomość, nie potrafiłem znieść tego napięcia i odpowiedziałem: „Mów pan prosto z mostu”. Lekarz wówczas zaczął mówić z wyraźnym wzruszeniem w głosie: „Porównałem poprzednie wyniki badań z obecnymi i serduszko pana córeczki jest zdrowe”.
Powiedziałem, że dużo na ten temat czytałem i zdaję sobie sprawę, że w przypadku kardiomiopatii w grę wchodzi tylko i wyłącznie przeszczep serduszka, gdyż ta choroba jest nieuleczalna. Odparł, że nie jest w stanie tego wyjaśnić, że w jego ponad 20-letniej karierze zawodowej jest to pierwszy taki przypadek. Niewytłumaczalny przypadek…
Dopiero wtedy do mnie dotarło, że to jest cud uzdrowienia, cud przywrócenia życia mojej córeczce. Pielęgniarki z oddziału metabolicznego okrzyknęły mnie bohaterem, choć wzbraniałem się przed takim tytułowaniem. Zapewne to, że podczas śpiączki córeczka słyszała mnie, wiedziała, że przy niej jestem, dodawało jej sił do dzielnej walki. Niemniej jestem świadomy, że wszystko zawdzięczam Panu Bogu!
Dziś moja kochana Ninka ma 13 lat. Pomimo pewnych dysfunkcji spowodowanych obrzękiem mózgu biega i skacze, jest radosną i szczęśliwą dziewczynką. Pełną życia i energii. Kocha świat i ludzi. A ja? Wiem, że tak samo jak moja kochana dziewczynka otrzymałem drugie życie. Moja miłość do Pana Boga zapłonęła.
Jest mi wstyd, że trzeba było aż tak wiele łez i ofiar, bym zrozumiał i na nowo uwierzył. Bym wrócił, skruszony niczym marnotrawny syn, do Kościoła katolickiego, gdzie poznałem wspólnotę Zakonu Rycerzy Świętego Jana Pawła II, do której wstąpiłem po to, by formować się w wierze i by spłacić długi wobec społeczeństwa, zaciągnięte swoim uprzednim nikczemnym życiem. Dziękuję Panu Bogu za tę szansę – za możliwość odpokutowania moich win.
Norbert