Dom wielkiego serca

„Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). „Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”(Mt 25,45).

Jesteśmy rodziną, która od dłuższego czasu styka się z problemem tzw. dzieci niechcianych oraz pochodzących z rodzin patologicznych. Teoretycznie mam dwóch braci, ale odkąd sięgam pamięcią, w domu było zawsze więcej dzieci.

Krzysiu „pojawił się” prawie równocześnie z moim młodszym bratem (jest między nimi pół roku różnicy). Biologiczna matka Krzysia cierpi na schizofrenię, a ojciec jest nałogowym alkoholikiem. Matka Krzysia, jadąc do szpitala psychiatrycznego, prosiła moją mamę o opiekę nad jej dzieckiem. Krzysiu został ochrzczony, a moja mama zaopiekowała się nim troskliwie. Po dwuipółmiesięcznym pobycie u nas dziecko było nie do poznania – zdrowe i radosne. Po powrocie biologicznej matki ze szpitala psychiatrycznego musieliśmy oddać Krzysia, bo nie mieliśmy żadnych podstaw prawnych, aby go zatrzymać. Zgoda na powrót dziecka do domu rodzinnego była z naszej strony błędem. Teraz Krzysiu nie ma warunków do nauki, jest bity, głodzony, ojciec-alkoholik stanowi zagrożenie nawet dla jego życia, a my nie mamy możliwości oddzielenia go od rodziny. Dziecko musi być wychowywane w normalnych warunkach, w atmosferze trzeźwości, odpowiedzialności i miłości. Oddanie Krzysia rodzicom było dużym błędem, za który płaci – jak zwykle – dziecko.

Następnym dzieckiem w naszej rodzinie jest Agnieszka. Jest z nami już 10 lat. Mama i tato wyrzekli się myśli o adopcji, gdyż rodzice Agnieszki mają ograniczone prawa rodzicielskie i wszystkie ich dzieci pozostawały pod nadzorem opiekunki prawnej. Agnieszka przyjechała do nas w wieku 8 lat. Z jej osobą wiąże się wiele wspomnień (choćby z uwagi na tak długi czas spędzony wspólnie na nauce, zabawie i psotach). Mój młodszy brat dopiero teraz domyślił się, że Agnieszka nie jest jego rodzoną siostrą. Jako roczne dziecko nie mógł pamiętać, w jaki sposób Agnieszka do nas trafiła. Nie zastanawiał go fakt, że nazywała naszych rodziców „ciocią” i „wujkiem”, że nosiła inne nazwisko, a wakacje spędzała ze swoją rodziną.

Rodzice uznali, że skoro Agnieszka ma wrócić do swojej naturalnej rodziny, to nie powinna tracić z nią kontaktu. Wpływ moich rodziców (szczególnie mamy) i wychowanie w wierze katolickiej ukształtowały osobowość i światopogląd Agnieszki. Jest naprawdę wspaniała – wesoła, uśmiechnięta, otwarta i pracowita, o mocnym „kręgosłupie moralnym”. Nie wiemy, jak potoczą się jej losy, ale wiemy, że jest dzieckiem „uratowanym”, choć ta odmienność od reszty biologicznego rodzeństwa dużo ją kosztuje. W tym roku Agnieszka skończy szkołę zawodową (ciastkarstwo). Gdzieś, w głębi serca, mamy nadzieję, że ułoży sobie życie przy nas, wtedy byłoby jej łatwiej.

W czwartym roku pobytu Agnieszki u nas przyjechał jej starszy brat, Artur. Opiekunka prawna prosiła, aby przyjąć go na czas nauki w szkole. Był on totalną „klęską wychowawczą” rodziców. Ten 16-letni chłopak, wychowywany dotąd w rodzinie pijackiej, miał wiele złych nawyków. Cierpliwość rodziców, nadzór wychowawczy nie zdały się na nic. Artur miał duże problemy w szkole, jednak dzięki życzliwości nauczycieli ukończył dwie klasy. W trzecim roku pobytu u nas zażył celowo zbyt dużą dawkę apapu. Interwencja lekarska, płukanie żołądka wykazało, że nie było to groźne dla jego życia (zażył mniej, niż powiedział). Po tym ekscesie nie okazał, że zdaje sobie sprawę z karygodności swego postępowania. Za radą znającego sytuację księdza Artur został odesłany do rodzinnego domu – był już wtedy pełnoletni i musiał ponieść konsekwencje swego postępowania. Myślę, że zbyt długo pozostawał pod szkodliwym wpływem rodzinnego domu; przyjechał do nas za późno i już w dużej mierze tak, a nie inaczej ukształtowany.

Sabina jest z nami drugi rok. Ma teraz 11 lat. Jesteśmy dla niej rodziną zastępczą. Sabina, przebywając w domu rodzinnym, miała bardzo trudne warunki (głód, pijaństwo, bicie). Przyjechała zawszona i wycieńczona. Skierowana była do szkoły specjalnej (powodem była powtarzana po raz trzeci I klasa szkoły podstawowej). Rodzice prędko zauważyli wadę wzroku. Okulistka stwierdziła astygmatyzm i nadwzroczność (potrzebne szkła +11 i +9 dioptrii). Już jako sześciolatka była skierowana do okulisty, ale jej rodzice zlekceważyli niebezpieczeństwo. Teraz Sabina jest pod stałą kontrolą lekarską, regularnie jest badana przez Poradnię Psychologiczno-Pedagogiczną. Jej braki rozwojowe na początku sięgały 3 lat. Po roku systematycznej pracy i fachowej pomocy (szczególnie ze strony mamy-nauczycielki) pracownicy Poradni stwierdzili już tylko 2-letnie deficyty i wykluczyli konieczność uczęszczania do szkoły specjalnej. Sabina ma nadal trudności z nauką. Szczególnie trudno uczy się matematyki, która wymaga logicznego myślenia. Początkowo była bardzo nerwowa, zrywała się w nocy czy „rzucała się” na jedzenie. Teraz znacznie się uspokoiła; nigdy nie wspomina rodzinnego domu, nie pyta o rodziców.

Ostatni był kolejny maluszek – Kubuś. Przyjechał do nas, mając pięć tygodni. Oczekując na adopcję, spędził z nami dwa i pół miesiąca. Był czwartym dzieckiem w pełnym małżeństwie. Biologiczni rodzice stwierdzili, że nie są w stanie go wychować. Pozwolili mu jednak żyć. Znaleźli ludzi, którzy przyjęli go za swoje dziecko (5 lat wcześniej adoptowali Mikołaja). Pobyt Kubusia zapadł mi najgłębiej w serce. Opiekowałam się nim, bo były to wakacje i początkowe miesiące roku szkolnego. Czas spędzony z Kubusiem wspominam jako jeden z najszczęśliwszych okresów mojego życia. Patrzyłam na jego rozwój, (…) pokochałam go chyba najmocniej ze wszystkich spotkanych w takich okolicznościach dzieci. Z przebywania z nim czerpałam czystą radość. Mogę śmiało powiedzieć, że Kubuś ofiarował nam dużo więcej, niż my byliśmy w stanie dać jemu. Przeżył z nami chorobę i śmierć naszego ukochanego dziadziusia. Nigdy nie zapomnę pewnego zdarzenia związanego z tymi ciężkimi chwilami. Dziadziuś zmarł rano, zostałam więc z Kubusiem cały dzień. Rodzice zajęci byli załatwianiem bolesnych formalności. Trzymając dziecko na rękach, cały czas myślałam, że mój ukochany dziadek nie żyje. Wtedy dwumiesięczny Kubuś, jakby wyczuwając ten szalony ból – uśmiechnął się do mnie ślicznie. Pomyślałam: „Nie, maleńki, nie uśmiechnę się do ciebie, nie dam rady”. Kubuś, patrząc mi w oczy, spróbował drugi raz, jeszcze promienniejszym uśmiechem chcąc rozproszyć mój smutek. Pomyślałam, że nie mogę, to jest ponad moje siły zmusić się do uśmiechu w takiej chwili. Kubuś jednak nie dał za wygraną, uśmiechnął się trzeci raz i tu mnie pokonał. Zrozumiałam, że on – ten maleńki człowiek – chce mi pomóc i nie mogę tego odrzucać. W tym bolesnym okresie podtrzymywały nas na duchu dwie rzeczy: wiara oraz obecność Kubusia. Było to coś znamiennego: życie i zaraz obok śmierć. (…) Dziś wciąż utrzymujemy z nim kontakt. Kubuś rośnie, rozwija się wspaniale otoczony miłością rodziców i starszego braciszka.

Mieliśmy też tzw. „przypadek bliźniaczek”. Ola i Asia nie były dziećmi z małżeństwa, lecz według słów ich biologicznej matki „ze związku z przygodnym partnerem”. Mąż zgodził się na jej powrót do domu pod warunkiem zrzeczenia się praw do bliźniaczek. Dziećmi od razu zaopiekowali się ludzie, którzy od 12 lat bezskutecznie starali się o adopcję. Teraz są już formalnymi rodzicami dziewczynek. Od pierwszej chwili dzieci te są otoczone wielką miłością ze strony rodziców i dziadków. Godne podkreślenia jest to, że ludzie ci nie zawahali się stworzyć prawdziwego domu od razu dwóm maleństwom. Odwiedzamy tę szczęśliwą rodzinę dość często, podziwiamy rozwój dziewczynek, postawę rodziców i dziadków. Dzieci wniosły w ten dom prawdziwą radość i scementowały więź zarówno między ich nowymi rodzicami, jak i całą rodziną.

Dzieci, które przewinęły się przez nasz dom, nigdy nie były dla nas „kolejnym przypadkiem”. Każde z nich było indywidualnym, odrębnym człowiekiem potrzebującym pomocy. Kontakt z nimi wzbogacał nas, pomagając wspólnie wychowywać się i dążyć do pełni człowieczeństwa, a także do przekraczania – dzięki wierze – granic ludzkiej egzystencji. Bywały momenty trudne (choroby, brak środków finansowych), ale warto było podejmować tę walkę o godność człowieka. Chcę podkreślić wspaniałą postawę moich rodziców, szczególnie mamy, na którą głównie spadał ciężar wychowywania i opieki nad gromadką dzieci. Uczyła nas, starszych, że miłość to nie słowa, lecz czyny. Istnieją ludzie pokroju tych, którzy zdecydowali się na adopcję dzieci z potrzeby serca, popychani do tej decyzji nie chęcią zaspokojenia własnych ambicji, lecz pragnieniem stworzenia prawdziwego domu dzieciom niechcianym, odrzucanym i poniżanym. Nie wolno skazywać dzieci jeszcze nienarodzonych na śmierć. Są ludzie, którzy pragną zostać rodzicami takich skrzywdzonych dzieci. Nie wolno podnosić ręki na niewinnego, bo, jak mówią słowa wiersza: „Nie będzie narodzenia Pana – Bóg byłby dzieckiem niechcianym”.

Mam nadzieję, że dzięki ludziom odważnym i pełnym miłości, sumienie żadnej matki i żadnego ojca nie będzie formułować tragicznego wyrzutu:

„Dlaczego mnie nie chciałaś, mamo?
Mych oczu jak niebo i włosów jak słońce.
Dlaczego nie chciałeś, tatusiu, mych dłoni i nóżek biegnących po łące?”
Anonim