Matka Benigna – aktorka, zabójczyni, zakonnica

Stanisława Umińska, po lewej jako aktorka, po prawej - po nawróceniu - jako matka Benigna

„Pociągnęła za spust i usłyszała huk. Nie patrząc na Jana, podbiegła do drzwi, nacisnęła klamkę i wybiegła na korytarz. Rzuciła rewolwer. Zbiegła po schodach i wpadła na pielęgniarkę. – Zabiłam męża – powiedziała”.

„Spojrzała w kierunku walizki. Tam znajdowało się rozwiązanie. Zapadł zmrok. Zdrzemnęła się. Zbudził ją ponowny jęk chorego. Spojrzała na zegarek. Druga w nocy. Szpital tonął w ciszy. Nadszedł czas. Wyjęła rewolwer z walizki, gdy nagle usłyszała, jak drzwi do pokoju się otwierają. Przestraszona, gwałtownie się odwróciła, chowając broń za plecami.

– Czy chory śpi? – zapytała pielęgniarka.

– Tak, śpi spokojnie – odpowie-działa.

– Całe szczęście – siostra uśmiechnęła się i wyszła.

Odczekała chwilę, ukryła rewolwer pod bluzką i poszła do kuchenki na końcu korytarza. Na tym piętrze ona i Jan zostali zupełnie sami, pozostałe pokoje były puste. Usiadła na podłodze, opierając się o drzwi, tak aby nikt nie wszedł. Przygotowała broń do strzału i wróciła do pokoju. Wciąż spał, tylko czoło pokryły mu grube krople potu. Wytarła je watą i pocałowała go powtórnie. Na czole zrobiła mu znak krzyża, mówiąc: »W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego«. Przyłożyła lufę do skroni i odwróciła głowę. »Nie zabijaj!« – ten głos zabrzmiał w niej wyraźnie, doznała jakby nagłego szarpnięcia, lecz niemal jednocześnie przyszła myśl, że to przykazanie nie może się odnosić do tej sytuacji. Pociągnęła za spust i usłyszała huk. Nie patrząc na Jana, podbiegła do drzwi, nacisnęła klamkę i wybiegła na korytarz. Rzuciła rewolwer. Zbiegła po schodach i wpadła na pielęgniarkę.

– Zabiłam męża – powiedziała”.

(P. Zuchniewicz, Miłość do śmierci, Warszawa 2023).

Jego wola

15 lipca 1924 r. Stanisława Umińska zastrzeliła Jana Żyznowskiego, z którym łączyła ją gorąca miłość. Umińska była aktorką warszawskiego Teatru Polskiego, wschodzącą gwiazdą polskiej sceny. Żyznowski – malarz, krytyk, dziennikarz i pisarz oraz weteran pierwszej wojny światowej i wojny z bolszewikami – kilka miesięcy wcześniej dowiedział się, że jest chory na raka wątroby. Wierzył, że zostanie wyleczony w klinice w Paryżu. Udał się tam w maju, a Stanisława dołączyła do niego po zakończeniu sezonu. Stan Jana jednak się pogarszał. Lekarze nie dawali mu szans na przeżycie…

Jeszcze w Polsce Jan zapytał Stanisławę, czy odbierze mu życie, gdyby cierpienie stało się nie do zniesienia. Zdecydowanie odmówiła. Lecz gdy zobaczyła, jak straszne męki przechodzi jej ukochany, zaczęła się zastanawiać, czy najwyższym aktem miłości nie będzie spełnienie jego żądania. Morfina działała coraz słabiej. Jan krzyczał z bólu: „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?”…

Ani on, ani Stanisława nie żyli blisko Boga, nie zawarli ślubu, nie praktykowali. Dla Stanisławy najwyższym dobrem było dobro ukochanego, więc ostatecznie postanowiła poddać się jego woli.

Czyn młodziutkiej aktorki wzbudził ogromne poruszenie we Francji i w Polsce.

„On był chorym dzieckiem, ona była matką; on był dla niej wielkim, ona go czciła, patrząc mu w jasne, dobre oczy, jak niewolnica; on był biednym poetą, więc mu każdy swój smutny uśmiech chciała zamienić w płomienisty diament; on był chory, ciężko chory, więc ją rozpacz gryzła, że jest zdrowa i nie może wziąć jego choroby w siebie i za niego umrzeć. Straszna była dola ostatnich miesięcy tej kobiety!” – pisał Kornel Makuszyński niespełna dwa tygodnie po tragedii.

„Widziałeś, Boże Sprawiedliwy, tę wielką miłość i tę cudowną jej pieśń […]. Daj więc odpoczynek wieczny jemu, który odszedł w śmierć, i ocal ją, która pewnie płacze gorzko, że jeszcze żyje”.

Powszechnie uznawano Stanisławę za bohaterkę, wręcz za męczennicę, która uratowała ukochanego przed niepotrzebnym cierpieniem. Choć w świetle prawa popełniła przestępstwo, nie została osadzona w areszcie. Przez pół roku czekała w Paryżu na proces.

Gdzie jest prawda?

Zachowały się wspomnienia Stanisławy z tego okresu. Targały nią sprzeczne myśli. Wciąż kochała Jana. Czy nie powinna dołączyć do niego? Jednak wewnętrznie buntowała się na myśl o odebraniu sobie życia. Zaczęła pytać samą siebie: „Gdzie jest prawda?”. Do tej pory prawdą była dla niej wola ukochanego, którego traktowała jak boga. Ale pragnienie życia też było jakąś prawdą. Myliłby się jednak ten, kto uważałby, że chodziło jej o jakąś ogólną wolę życia. Miała na myśli coś konkretnego, co skrzętnie ukrywała, gdyż wiedziała, że taka postawa spotkałaby się z potępieniem ludzi.

Stanisława wyznała, że po zabójstwie wcale nie miała ochoty trwać w żałobie, lecz pragnęła życia pełnego wrażeń i doznań, życia pełnego zabawy. To budziło w niej z kolei ogromne poczucie winy i pragnienie poniesienia dotkliwej kary – nie tyle za samo zabójstwo, ile za to, że żyła podwójnym życiem.

Mijały kolejne tygodnie, a ona była coraz bardziej rozdarta. Zaczęła pracę jako wolontariuszka w szpitalu dla chorych na raka, a wolne chwile spędzała na cmentarzu; głodziła się, aby w ten sposób karać siebie. Ludziom z zewnątrz wydawało się, że to cierpienie spowodowane dramatem miłości i stratą. Dla niej była to ciężka walka między tym, co uważała za wolę Jana, a swoją wolą.

Adwokat Stanisławy poradził jej, aby na użytek procesu spisała to, co się wydarzyło. Uczyniła to i wówczas pojawiła się konieczność przetłumaczenia tekstu z polskiego na francuski. Aktorka pomyślała wtedy o księdzu Augustynie Jakubisiaku, którego poznała wcześniej dzięki ich wspólnej znajomej.

Pierwszy raz spotkała się z nim niedługo po zabójstwie, by z zupełną obojętnością zapytać go, co Kościół sądzi o jej czynie. Wtedy – jak sama wspomina – ksiądz nie był dla niej autorytetem, nie czuła skruchy ani potrzeby spowiedzi. Po wielu miesiącach stan jej duszy był już inny. Była przekonana, że jest jakaś prawda poza nią.

Wstrząsające wrażenie zrobiła na niej modlitwa Ojcze nasz, którą odmówiła przy niej jej siostra (przyjechała z wizytą, aby ją pocieszyć). Stanisława nie pamiętała słów Modlitwy Pańskiej, ale postanowiła się ich nauczyć. Zaczęła się więc modlić.

Ksiądz Jakubisiak przetłumaczył jej wspomnienia. Nabrał przekonania, że w całej tej sprawie jest widoczne działanie Boże. Odwiedzał Stanisławę, ona przychodziła do niego. Poradził jej, aby modliła się w kościele Notre-Dame des Victoires, o którym mówiono w Paryżu, że jest świątynią nawróconych grzeszników.

I tam właśnie, pod figurą Maryi z Dzieciątkiem, Stanisława doznała nawrócenia. Z oczu popłynęły jej łzy. Zrozumiała, że swoim czynem skrzywdziła Syna tej świętej Matki, że zadała cierpienie i Jej, i Jemu. Wtedy też po raz pierwszy poczuła się równa z Janem. Zobaczyła, że oboje zawinili wobec Boga, sięgając po coś, co należało tylko do Niego.

Wynik procesu był jej zupełnie obojętny. Nie był jednak obojętny opinii publicznej we Francji i w Polsce. Zachowały się setki wycinków z gazet francuskich i polskich. O rozprawie pisały także gazety amerykańskie. Po wyroku dziennikarze donosili tryumfalnie: „Uniewinniona”.

Jednak ona sama dalej przeżywała mękę. Wróciła do Polski z zamiarem powrotu na scenę, by w ten sposób służyć Ewangelii. Ale wszystkie jej wspaniałe zdolności zniknęły. Chciała wstąpić do zakonu, lecz w Polsce jej sprawa była tak głośna, że nikt nie chciał jej przyjąć. Ksiądz Jakubisiak poradził jej zakon w Belgii. Tam jednak barierą okazał się posag, który trzeba było wnieść.

Samarytanki

Przełomem w życiu Stanisławy okazała się wiadomość o Stowarzyszeniu „Samarytanki” założonym przez Wincentę Jaroszewską. Było to stowarzyszenie świeckie (nieuznane jeszcze wtedy przez Kościół), złożone z kobiet pracujących na tzw. ogóle szpitala św. Łazarza w Warszawie. Na „ogóle” przetrzymywano zamknięte na przymusowe leczenie prostytutki i było to miejsce uchodzące za piekło na ziemi.

Z myślą o pomocy tym kobietom, ale przede wszystkim o wynagrodzeniu Bożej sprawiedliwości, rozpoczęła tam pracę jako dozorczyni Wincenta Jaroszewska. Wkrótce zaczęły do niej dołączać kolejne kobiety, które zamieszkały na terenie szpitala.

Stanisławę protegował słynny aktor i reżyser Aleksander Zelwerowicz, rodak założycielki samarytanek z Piotrkowa Trybunalskiego. Wincenta bez wahania przyjęła byłą aktorkę i zabójczynię, czym naraziła się na olbrzymi sprzeciw w kurii warszawskiej. Nie poddała mu się jednak i tak rozpoczął się nowy okres w życiu Stanisławy, która przyjęła imię Benigna. Było to życie heroiczne, wypełnione służbą na rzecz ludzi wyrzucanych poza nawias społeczeństwa: ciężko upośledzonych dzieci, wyrzutków społecznych, prostytutek.

Benigna stała się prawą ręką matki Wincenty i naocznym świadkiem bohaterskich zmagań założycielki, która – mimo ciężkiej choroby i kłód rzucanych jej pod nogi także przez ludzi Kościoła – położyła fundamenty pod zgromadzenie znane dziś jako benedyktynki samarytanki.

W czasie wojny matka Benigna prowadziła dom opieki dla dziewcząt i kobiet wydobytych z prostytucji, ukrywała Żydów i… z pomocą słynnego reżysera Leona Schillera wystawiała sztuki, na których bywała cała elita kulturalna Warszawy: m.in. Czesław Miłosz, Witold Lutosławski, Jerzy Andrzejewski czy wkraczający wówczas na drogę aktorstwa Andrzej Łapicki.

Na przełomie lat 60. i 70. do matki Benigny dotarła Krystyna Kolińska, dziennikarka tygodnika „Stolica”. Impulsem do poszukiwań stała się dla Kolińskiej prasowa dyskusja o eutanazji. Umińska zgodziła się porozmawiać.

Wciąż go kocham

„– Czy dalej siostra kocha Jana Żyznowskiego? Milczała przez chwilę.

– Tak, lecz jest to inna miłość. Po nawróceniu zrozumiałam, że on dalej żyje, że żyje jego dusza i ta dusza może być absolutnie szczęśliwa. Czyż miarą miłości nie jest pragnienie szczęścia ukochanej osoby? A jego szczęściem i szczęściem każdego jest niebo, czyli wieczne zjednoczenie z Bogiem.

Wiedziałam, że on do nieba jeszcze nie dojrzał, że ja mu w tym dojrzewaniu przeszkodziłam. Więc chciałam to nadrobić i jakąś wielką nadzieją napełniła mnie myśl, że to jest możliwe.

Do tej pory możliwe nie było, bo Jan był moim bogiem. W Paryżu odkryłam, że jest tylko jeden Bóg i że nikt nie może zajmować Jego miejsca. Wtedy też uświadomiłam sobie, że mogę pomagać Janowi, aby dotarł do tego szczęścia, które Bóg mu przygotował.

– Jak to?

– Wynagradzając za jego i moje grzechy. To jest proces oczyszczenia, dochodzenia do Światła, w blasku którego widać wszystkie uchybienia wobec Prawdy. On tymi promieniami był już oświetlony, lecz nie mógł zrobić nic, aby usunąć brud, który pozostał na jego duszy. Ja mogłam. I postanowiłam to czynić. Najpierw dla niego, a potem dzięki matce Wincencie odkryłam, że możliwości są o wiele bardziej rozległe.

– Wynagrodziła chyba siostra z nawiązką…

– Nie sądzę. Niestety, raz uwolnione zło rodzi kolejne zło. Czy wie pani, że niedługo po moim uniewinnieniu pewna Francuzka zabiła swoją ciężko chorą siostrę? Przeczytała w gazecie o mojej sprawie i o wyroku sądu. Uznała, że ona też ma prawo. To, co zrobiłam, stało się dla kogoś usprawiedliwieniem dla czynu, który jest z gruntu zły. Kto wie, czy kiedyś nie powołają się na moją sprawę, twierdząc, że trzeba pozwolić na »zabójstwo z litości«.

Wyrządziłam krzywdę nie tylko Janowi, ale społeczeństwu. Dlatego zgodziłam się rozmawiać z panią. To też jest Boża reżyseria. Niewiele życia mi już zostało, a pani się pojawia i pyta o tę dawną sprawę. Daje mi pani szansę, abym publicznie powiedziała, że NIE WOLNO zabierać życia człowiekowi. I za to dziękuję” (P. Zuchniewicz, Miłość do śmierci, Warszawa 2023).