W mojej duszy wyła samotność. […] Wyrwały się z głębi mojej duszy takie słowa: „Boże, jeżeli jesteś, jeżeli istniejesz, to albo mnie stąd zabierz, albo zmień moje życie!!!”.
Przez całe dzieciństwo cierpiałem z powodu braku rodziny i miłości, szczególnie matczynej. Gdy miałem dwa lata, dziadkowie zabrali mnie ze sobą, przeprowadzając się do Jasła na Podkarpaciu. Matka pozostała na północy kraju, gdzie później wyszła za mąż. Ojca nigdy nie poznałem.
Dziadkowie kochali mnie i wychowywali po katolicku. Chodziłem do kościoła i na religię. Przyjąłem sakrament Pierwszej Komunii Świętej oraz bierzmowania. Przez osiem lat byłem ministrantem. Niestety, metoda wychowawcza mojej babci polegała na zawstydzaniu, które uskuteczniała nieraz przy znajomych, i to tak, że często miałem ochotę schować się pod stół.
Nie było przy mnie mamy ani taty, stąd towarzyszyło mi uczucie odrzucenia, które naznaczyło moje następne lata. Odsunąłem się od ludzi i uciekłem w fikcyjny świat książek. Czytałem fantastykę, historię, reportaże… Moi koledzy grali w piłkę, wspinali się po drzewach, jeździli na kolonie, a ja pochłaniałem tony książek. Literatura była moim schronieniem, z którego wytykałem nos tylko wtedy, gdy byłem do tego przymuszony.
Pod koniec szkoły podstawowej zainteresowałem się hippisami i zacząłem szukać o nich informacji. Trafiłem na zbiór reportaży Krzysztofa Kąkolewskiego pt. Jak umierają nieśmiertelni, m.in. o Charlesie Mansonie. Książka ta stała się dla mnie tym, czym Pismo św. dla chrześcijan. Nie rozstawałem się z nią, nosiłem ją cały czas przy sobie jak talizman.
To ona uświadomiła mi, że w życiu najważniejsze jest bycie wolnym. Sam czułem się zawsze ograniczany: a to przez okoliczności, a to przez rodzinę, a to przez Boga… Uczucie bezsilności wyzwalało we mnie wściekłość: nie chciałem czegoś robić, a musiałem się uginać.
Chęć bycia wolnym od wszelkich ograniczeń, także społecznych, zupełnie zawładnęła moim umysłem. Z tego powodu tak bardzo pociągały mnie subkultury, a szczególnie hippisowska.
W wieku 15 lat przeszedłem kryzys wiary. Coś się we mnie załamało. Pojawiły się wątpliwości, pytania o sens życia, podważanie autorytetów. Mimo katolickiego wychowania i bycia ministrantem świadomie i bardzo stanowczo wyrzuciłem Boga ze swojego życia.
Powstała wtedy pustka, którą musiałem czymś zapełnić. W liceum okazje przyszły same: imprezy, a wraz z nimi alkohol. Ten doskonale zagłuszał poczucie bezsensu.
Czy musiałem pić? Nie. Piłem, bo chciałem, bo taki był styl małomiasteczkowego życia wielu licealistów. Pewnie zabrzmi to tragicznie, ale w drugiej połowie lat 70. alkohol był najtańszą i ogólnie dostępną rozrywką. Nie mieliśmy do dyspozycji kin, filharmonii, teatrów – żadnych atrakcji kulturalnych. Codzienność komunizmu była niezachęcająca, perspektywy niewielkie, a alkohol – zwykle gorszego sortu – na wyciągnięcie ręki.
Tak dotrwałem do matury. Chciałem pójść na studia, myślałem o historii, która do dziś mnie pasjonuje, ale nie zdążyłem… bo do alkoholu dołączyły narkotyki.
W tamtych czasach nikt nas nie kontrolował. Bywało, że po którymś z tzw. narkotykowych odlotów budziłem się rano i szedłem do kumpli, żeby się od nich dowiedzieć, co robiłem poprzedniego dnia, bo w głowie miałem czarną dziurę…
W poszukiwaniu coraz większych doznań zawędrowałem do Rzeszowa. Tam w jednej z melin przez trzy dni obserwowałem proces produkcji „kompotu”. Bogatszy o nowo zdobytą wiedzę wróciłem do swojego miasteczka i zacząłem życie heroinisty. Od tamtego czasu przez 20 lat wszystko w moim życiu było podporządkowane narkotykom.
Na początku to nie był tylko sam nałóg. Ja i moi koledzy czuliśmy się lepsi od innych. Spotykaliśmy się naćpani i godzinami rozmawialiśmy o przeczytanych książkach, słuchaliśmy muzyki, dyskutowaliśmy. Owszem, była to pewna forma buntu, ale nie przeciwko konkretnej sytuacji.
Inni buntowali się świadomie i celowo przeciw systemowi politycznemu lat 70. i 80., angażowali się w działalność opozycyjną. My nie strajkowaliśmy, nie konspirowaliśmy, nie chodziliśmy na manifestacje, choć negowaliśmy otaczający nas świat.
Gdybym nie był narkomanem, pewnie byłbym alkoholikiem. Nie radziłem sobie ani z polską, ani z własną rzeczywistością. Byłem zakompleksiony, zestresowany i straszliwie samotny. Potrzebowałem jakiegoś magicznego panaceum, które pomogłoby mi żyć. Heroina spełniała tę rolę: przynosiła odprężenie, bez którego świat był nie do zniesienia.
To jest najniebezpieczniejszy moment, kiedy człowiek sobie uświadamia, że tylko alkohol lub narkotyk są w stanie uczynić go szczęśliwym. Jesteś zdołowany, masz poczucie, że nic ci w życiu nie wychodzi, że twoje życie to totalny syf, więc dajesz w żyłę i zakładasz różowe okulary. Na sześć, osiem godzin. A potem? Potem trzeba brać coraz częściej i coraz więcej. I w końcu nie ma już wyjścia…
Kiedy człowiekiem zaczyna rządzić głód narkotykowy, nie ma takiej rzeczy ani takiej osoby, której nie poświęciłby dla zdobycia działki. Narkoman na głodzie jest niebezpiecznym desperatem, który nie cofnie się przed niczym.
Ktoś, kto nigdy nie przeżył głodu narkotykowego, nie jest w stanie zrozumieć, o czym piszę. Spróbuję to opisać: gdy chorujemy na silną grypę, mamy 40-stopniową gorączkę, czujemy ból we wszystkich mięśniach i kościach, oblewają nas poty i dręczy bezsenność, to jest to ciężki stan. Teraz pomnóżmy intensywność odczuć razy cztery i możemy w przybliżeniu wyobrazić sobie stan narkomana.
Im dłuższy okres brania, tym mocniejszy i dotkliwszy jest głód. Gdy nie mogłem zdobyć heroiny, przechodziłem piekło. Do głowy mi jednak nie przychodziło, żeby zrezygnować z narkotyków. Tylko momenty zapaści, pomoc kolegów czy rodziny kierowały mnie na detoks, z którego nieraz uciekałem, żeby wziąć znowu narkotyk, często tuż za bramą szpitala…
Pamiętam jedną ze swoich ucieczek: po opuszczeniu oddziału znalazłem kolegę, który handlował heroiną. Miał towar, ale zanieczyszczony jego krwią. Wziąłem bez wahania.
Ryzyko? W akcie desperacji narkoman o nim nie myśli. Ani kiedy do zastrzyku używa wody z kałuży, ani kiedy dzieli się strzykawką z innymi, ani kiedy wbija ją na oślep w mięśnie, bo nie ma już nawet centymetra widocznej żyły… Liczy się tylko to, że jeszcze przed chwilą umierał z bólu, a teraz, gdy narkotyk wchodzi w jego ciało, czuje, jak z powrotem wlewa się w niego życie.
Narkoman nie ma instynktu samozachowawczego. Żyłem dla prochów i dzięki nim, choć wiedziałem, że jednocześnie one mnie zabijają. Paradoks narkomana! Mam za sobą cztery próby samobójcze. Jednak zawsze znalazł się w pobliżu ktoś, kto mnie reanimował lub zadzwonił po pogotowie. Nie byłem wtedy tym osobom za to wdzięczny.
Gdy jeszcze mieszkałem u dziadków, sam produkowałem heroinę, tzw. polski kompot, i rozdawałem go za darmo. Stałem się w swoim mieście wrogiem publicznym numer jeden. Za produkcję i udostępnianie prochów byłem w konflikcie z prawem.
W latach 90. dziadkowie wyrzucili mnie z domu. Wyjechałem do matki i do ojczyma do Kołobrzegu. Tam oczywiście dalej brałem narkotyki. Awantury w domu, konflikty z ojczymem mieszały się z bezskutecznymi próbami odwyku w ośrodkach Monaru…
Przyszła jesień 1999 r. Pewnego dnia stało się coś, czego do dzisiaj nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć. Pojawiło się pierwsze światełko w ciemnym tunelu mojego życia.
Szedłem ulicą, zupełnie zaćpany. Nagle podszedłem do człowieka, który szedł naprzeciwko mnie. Był to ksiądz – dla mnie wówczas postać bez znaczenia, raczej śmieszna niż godna jakiegokolwiek szacunku. Od 25 lat nie chodziłem do kościoła, nie modliłem się, nie spowiadałem się ani nie przyjmowałem Komunii św. Byłem ateistą. Mojego Boga nie było. Umarł. Zniknął w oparach heroiny. Zupełnie straciłem wiarę…
Tamten kapłan się zatrzymał i zaczął ze mną rozmawiać. Potem okazało się, że był opiekunem narkomanów, których kierował do Cenacolo, wspólnoty założonej we Włoszech, niosącej pomoc młodym narkomanom. Był to ksiądz Wacław Grądalski, wspaniały kapłan. Natychmiast rozpoznał we mnie narkomana.
Efektem tego spotkania był jego kontakt z moją mamą, która pod jego wpływem zdecydowała się na postawienie mi ultimatum. Miałem wybrać: albo tracę wszystko – dach nad głową, pomoc matki i ojczyma, czyli ląduję na ulicy, albo pojadę do Cenacolo leczyć się z narkomanii.
W Cenacolo nie stosuje się farmakologicznych metod leczenia, nie ma tam psychologów. Jest modlitwa, Eucharystia i ciężka fizyczna praca oraz surowe życie we wspólnocie. Wszystko to, czego ja w swoim życiu nie zaznałem.
Wyjechałem do Cenacolo w Bośni i Hercegowinie, do Medjugorja. Nie miałem żadnego przekonania, żeby tam być. Za pieniądze, które dostałem od matki, kupiłem zapas narkotyków. Po tygodniu uczestnictwa w życiu męskiej wspólnoty Cenacolo uciekłem stamtąd. Miałem nadzieję, że wsiądę w pierwszy autobus do Polski, a matce jakoś wytłumaczę swój powrót. Nie było to jednak łatwe…
W dodatku skończyły mi się narkotyki i zaczął się głód. Żeby go znieść, zacząłem pić alkohol. Moje męki były coraz straszniejsze, tym bardziej że skończyły się też pieniądze. Nie miałem gdzie spać ani co jeść, wyglądałem jak kloszard, a z mojego ciała wydobywał się narkotykowy odór… Postanowiłem skrócić tę mękę, pójść pod jakąś chałupę, urwać kawał sznura do wieszania bielizny i się powiesić…
Dziś wiem, że Bóg miał wobec mnie inne plany. Kolejnego dnia „przypadkiem” spotkałem polskiego franciszkanina, który widząc, w jakim jestem stanie, zaprowadził mnie do małej wspólnoty, którą prowadził śp. ojciec Slavko Barbarić, chorwacki franciszkanin.
Ten niezwykły kapłan opiekował się, jak to bym określił, największymi szumowinami z Europy. Alkoholicy, narkomani, bandyci – to byli jego podopieczni. Miałem u niego pozostać przez tydzień, potem polski franciszkanin obiecał mi pomóc w powrocie do kraju.
Ojciec Slavko wymagał pracy i uczestnictwa we Mszy św. Ja nie byłem w stanie pracować, ale z wdzięczności i szacunku dla tego kapłana, dzięki któremu dostałem jedzenie i miejsce do spania, poszedłem na Mszę św. razem z opiekunem, którego mi przydzielono.
Msza św. nie miała dla mnie żadnego znaczenia; przesiedziałem na niej jak na tureckim kazaniu, po czym mój opiekun pozwolił mi wrócić do domu. Byłem wykończony, ale mimo to, nie wiem dlaczego, powiedziałem mu, że chcę zostać na adoracji Najświętszego Sakramentu, która miała być zaraz po Mszy św.
Siedzieliśmy pod kościołem, wypełnionym ludźmi po brzegi, bo Medjugorje od początku trwania objawień Matki Boskiej jest miejscem pielgrzymek kilku milionów ludzi rocznie z całego świata. Dzięki nagłośnieniu i tłumaczeniom emitowanym przez radio można uczestniczyć tam w każdej Mszy św. i licznych nabożeństwach.
Zaczęła się adoracja. Siedziałem na ławce, wykończony. W pewnym momencie wsparłem głowę na rękach, opierając się na ławce ustawionej przede mną. Kapłan prowadzący adorację się modlił. Była zupełna cisza. I w tej ciszy nagle stało się ze mną coś przerażającego, a jednocześnie niebywałego. Ogarnęła mnie całkowita ciemność. Ciemność ta była w mojej duszy i w moim sercu. Poczułem się tak, jakbym był ostatnim człowiekiem na Ziemi. W mojej duszy wyła samotność. Pojawiła się czarna, bezgraniczna rozpacz oraz paniczny strach…
I wtedy, z tego dna, z tej czerni, wyrwały się z głębi mojej duszy takie słowa: „Boże, jeżeli jesteś, jeżeli istniejesz, to zrób coś ze mną, bo ja nie mam dłużej siły tak żyć, ja nie chcę tak żyć, mam tego dość! Jeżeli jesteś, to albo mnie stąd zabierz, albo zmień moje życie!!!”.
Nie wiem, jak to się stało, ale w tym momencie nagle ta ciemność i moja rozpacz zniknęły! Pojawił się cudowny, błogi spokój, jakiego nigdy przedtem nie zaznałem! Spokój ten jakby spływał gdzieś z góry i wypełniał mnie oraz moją chorą, połamaną, narkomańską duszę. Zniknął ból i cierpienie, zniknął głód narkotykowy! Poczułem niewypowiedzianą ulgę.
To były najpiękniejsze chwile w moim życiu. Miałem wrażenie, jakbym po prostu odleciał do Nieba. Żaden narkotyk nie dał mi w życiu takiego poczucia szczęścia i spokoju jak to, które wtedy przeżyłem. Byłem całkowicie uzdrowiony!
Adoracja się skończyła. Wracaliśmy do domu. Szedłem i modliłem się, powtarzając bez ustanku: „Boże, bardzo Cię proszę, żeby mi o. Slavko pozwolił tutaj zostać!”. Nie chciałem już wracać do Polski. Nigdy więcej w życiu nie chciałem brać narkotyków. Pan Bóg wysłuchał moich modlitw – zostałem w Medjugorju.
Spowiedź
Miałem w sobie tyle zła, brudu i grzechów, że nie wierzyłem, że na świecie jest kapłan, który miałby tak silne nerwy, żeby móc wysłuchać do końca mojej spowiedzi. Byłem przekonany, że jak zacznę mówić, co w życiu robiłem, żeby zdobyć narkotyki, to nie otrzymam rozgrzeszenia. Bałem się spowiedzi jak diabeł święconej wody.
Oprócz strachu przed spowiedzią pojawiła się u mnie jednak zazdrość względem podopiecznych, którzy codziennie mogli przyjmować Komunię św. Ja, bez spowiedzi, nie mogłem korzystać z tego sakramentu. I tak, po tygodniu rozterek i walk prowadzonych ze sobą samym, ta zazdrość wzięła górę nad grzechem. Postanowiłem, że pójdę się wyspowiadać.
Poszedłem do polskiego franciszkanina, który mnie wcześniej zaprowadził do o. Slavka, i poprosiłem go o spowiedź. Nie spowiadałem się 25 lat… Opowiedziałem ojcu historię swojego życia. Wyrzuciłem z siebie wszystko, cały ten brud, który spowijał moją duszę. Nie pominąłem niczego. O dziwo, spowiednik wytrzymał!
A potem zrobił coś, o czym nawet nie marzyłem i czego nie byłem w stanie sobie wyobrazić! Udzielił mi rozgrzeszenia! W imieniu Boga wybaczył mi całe zło, które w swoim dotychczasowym życiu uczyniłem, i po krótkiej modlitwie wypowiedział formułę rozgrzeszenia. W tym momencie całe to zło, które było moim udziałem, całe poczucie winy za śmierć kolegów i inne przewiny – to wszystko jakby się ode mnie oddzieliło i przestało mnie dotyczyć. Poczułem się lekki jak piórko! Mówi się czasem, że kamień spadł komuś z serca. W moim przypadku był to „Mount Everest” kamieni! Pierwszy raz w życiu poczułem, że jestem wolnym człowiekiem.
Kiedy byłem młody, zanim zacząłem ćpać, hippisowałem. Marzyłem wtedy o wolności, tyle że tamtą wolność rozumiałem jako „robienie, co się chce, i za nic nieodpowiadanie”. Teraz, po słowach rozgrzeszenia, poczułem, że jestem naprawdę wolny. Taką wolnością, którą może obdarzyć człowieka tylko Bóg. Nikt inny.
Od tamtego dnia jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Nie dlatego, że moje życie stało się lekkie, łatwe i przyjemne. Ono takie nie jest, nie było i nigdy nie będzie. Upadam i popełniam błędy. Zawsze jednak pamiętam, że w konfesjonale czeka na mnie Bóg. I ten Bóg mi zawsze wszystko wybacza. Wystarczy zrobić jedną tylko rzecz. Pójść i w pokorze uderzyć się w piersi.
Najlepszy Przyjaciel
Narkomania jest skutkiem najstraszniejszej choroby świata. Tak opowiedziała o tej chorobie św. Matka Teresa z Kalkuty. Ta choroba to brak miłości. Znam tę chorobę, bo właśnie na nią chorowałem. Brakowało mi miłości rodziców. Dziadkowie, którzy mnie wychowali, kochali mnie jak szaleni, ale nie byli w stanie zastąpić mi rodziców i ich miłości.
23 lata temu odnalazłem miłość. Najpiękniejszą Miłość na świecie. Miłość szaloną, bezwarunkową, ukrzyżowaną. Ja na tę Miłość plułem, przeklinałem Ją, a Ona przez całe moje życie za mną podążała i cierpliwie czekała. Kiedy w rozpaczy zawyłem o pomoc, ta Miłość do mnie przyszła i mnie uzdrowiła.
Ta Miłość to Jezus. On jest Najlepszym Przyjacielem i jedynym źródłem mojego szczęścia. Nie pieniądze, nie rzeczy materialne. Tylko On. Jezus jest zawsze przy mnie. W każdej chwili mojego życia, zarówno w tych dobrych, jak i trudnych momentach.
Przez 20 lat byłem żywym, chodzącym trupem. Jadłem, piłem, ćpałem, kradłem, ale w moim sercu była ciemność i pustka. Nic więcej. Dopiero Jezus swoją miłością wypełnił tę pustkę i rozjaśnił tę ciemność. I to jest źródło mojego szczęścia.
Człowiek, który nie kocha i nie jest kochany, jest trupem. Nie ma życia bez miłości. A Jezus jest właśnie Miłością, dlatego najważniejszą rzeczą w życiu jest miłość.
„Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał […] wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym” (1 Kor 13,1-2).
Po prostu całkowicie zaufałem Jezusowi
Cały czas czuję Bożą opiekę. Czegokolwiek potrzebuję i proszę o to Boga, otrzymuję. Proszę jednak o to, czego naprawdę potrzebuję. Nawet jak mi się wszystko po ludzku wali, to wiem, że na gruzach tych moich „budowli” powstaną jeszcze piękniejsze. Ja po prostu całkowicie zaufałem Jezusowi. Jemu nie można ufać częściowo. Jezusowi albo się ufa na sto procent, albo się Mu nie ufa. Ja Mu zaufałem na sto procent i dzięki temu jestem szczęśliwym człowiekiem! On mi daje wszystko, czego potrzebuję.
Często modlę się do Niego w taki sposób: „Panie Jezu, dziękuję Ci za to, co mi dajesz, oraz za to, czego mi nie dajesz! Bo Ty wiesz lepiej ode mnie, czego potrzebuję!”.
Jak Bogu się zaufa na sto procent, to w życiu człowieka dzieją się cuda. Nie chodzi tu o jakieś wielkie, spektakularne zjawiska, ale o codzienne, drobne cuda, które wolimy nazywać przypadkami, a są one cudami Bożej opatrzności.
Ja nie decyduję o swoim życiu. Moim życiem kierują Pan Jezus i Matka Boża. Ja mogę uczynić tylko jedną rzecz – powiedzieć Bogu: „Bądź wola Twoja!” i czynić to, czego On pragnie. Dopóki to czynię, w moim życiu jest pokój i jestem szczęśliwy. Ponad 20 lat kombinowałem bez Boga i co mi z tego wyszło? Jedna wielka katastrofa. Od 23 lat już nie kombinuję.
Swoje życie oddałem Bogu i dzięki temu jestem szczęśliwy. Z Bogiem wszystko jest możliwe. Jeżeli człowiek się modli i ufa Bogu, to wszystko może osiągnąć, ale tylko z Bogiem. Samemu jest bardzo trudno.
Dziś pracuję w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie, blisko Pana. Mam szczęśliwe małżeństwo z dziennikarką, którą spotkałem w Medjugorju. Moje relacje z mamą poprawiły się tak bardzo, że dzisiaj potrafię powiedzieć do niej: „Mamo, kocham Cię”, czego nie byłem w stanie wypowiedzieć przez całe swoje poprzednie życie, bo miałem tak wielki żal, że mnie opuściła.
Moje uzdrowienie, które nastąpiło w ułamku sekundy, gdy wykrzyczałem Bogu z głębi swojej duszy tę straszną samotność i brak miłości, dzisiaj owocuje. Przez 20 lat swojej posługi w Medjugorju i teraz, gdy jestem w Polsce, daję ludziom świadectwo miłości Boga do nas wszystkich. Wiem z całą pewnością, że Bóg czeka na nas z otwartymi ramionami, bo jest kochającym Ojcem.
Wystarczy zwrócić się do Niego o pomoc, a On jej nie odmówi! Jednak warunkiem jest otwarcie serca. Nie spekulacja, nie wiedza o Nim, ale otwarcie siebie i całkowite zaufanie. Zawierzenie Bogu swojego życia! To ono otwiera dla nas Jego niebywałe miłosierdzie, którego i ja doznałem.
Wiesław