Wszystko było w porządku do wizyty lekarskiej w 20. tygodniu ciąży, podczas której nieoczekiwanie usłyszałam, że mogło dojść do poronienia.
Z mężem poznaliśmy się podczas pieszej pielgrzymki do Wilna. Później, już jako narzeczeni, także przemierzaliśmy różne pielgrzymkowe szlaki. Oboje pochodzimy z wierzących, katolickich domów. Nie należeliśmy do Ruchu Czystych Serc, ale były nam bliskie jego zasady. Udało nam się zachować czystość przedmałżeńską.
W sierpniu 2019 r. odbył się nasz ślub. To był piękny dzień złączenia się sakramentem i zawierzenia wspólnego życia Bogu. Wybraliśmy na tę uroczystość Ewangelię o ośmiu błogosławieństwach (por. Mt 5,1-12). Jej treść nie jest łatwa, ale za to piękna w kontekście przyszłego życia. Nie zawsze przecież zdarzają się w nim tylko szczęśliwe momenty. Wkrótce mieliśmy się o tym przekonać…
Po kilku miesiącach od ślubu pod moim sercem zaczęło się rozwijać życie Karolka. Wybraliśmy dla naszego syna to imię, ponieważ przypadała w tym czasie 100. rocznica urodzin św. Jana Pawła II. Zgodnie uznaliśmy, że dziecko powinno mieć dobre wsparcie w życiu w postaci wspaniałego patrona. Byliśmy bardzo szczęśliwi na myśl, że niedługo zostaniemy rodzicami. Świadomie się do tej roli przygotowywaliśmy, odczytywaliśmy ją jako nasze powołanie.
Wszystko było w porządku do wizyty lekarskiej w 20. tygodniu ciąży, podczas której nieoczekiwanie usłyszałam, że mogło dojść do poronienia. Z poradni zostałam szybko przewieziona do pobliskiego szpitala. Nie mogłam uwierzyć w tak nagły obrót wydarzeń, w to, że nie będzie za chwilę dziecka, które żyło we mnie.
Podczas jazdy karetką nieustannie powtarzałam: „Bądź wola Twoja, bądź wola Twoja…”.
W szpitalu przyjął mnie lekarz, który bardzo dokładnie przeprowadzał badania. Przywoływał doniesienia naukowe traktujące o przeżywalności dzieci na tym etapie rozwoju. Po długim namyśle zaproponował starą metodę leżenia przez kilka dni w odpowiedniej pozycji, aby móc później założyć szew na szyjkę macicy. Dawało to duże szanse na uratowanie naszego synka. Po wykonaniu tego zabiegu zostałam wypisana do domu z nakazem leżenia.
W 25. tygodniu ciąży, w nocy, obudził mnie ból w dole brzucha. W szpitalu badanie wykazało, że szyjka się znów skraca, a te bóle to skurcze porodowe. Skierowano mnie do innego szpitala. Był akurat Wielki Piątek.
Usłyszałam: „Czy pani wie, że jeśli dziecko się teraz urodzi, nie ma absolutnie żadnych szans na przeżycie?”.
Przez całe Triduum Paschalne miałam silne bóle, natomiast w Niedzielę Wielkanocną ich nie odczuwałam. Lekarze robili, co mogli, podając mi wszelkie możliwe leki wyciszające skurcze, ale się okazało, że już we wtorek rozpoczęła się akcja porodowa i przyszedł na świat Karol Piotr. Ważył niecały kilogram.
Lekarz zaproponował po porodzie chrzest, na który bez wahania się zgodziłam. Później nasz synek był reanimowany i został zaintubowany. Długo nie potrafił oddychać samodzielnie. Niepokoiliśmy się, co z nim będzie. Każdego dnia wykonywano mu wiele badań… W szpitalu spędziliśmy 12 długich i trudnych tygodni.
Przez cały ten czas bardzo się bałam, ale oddawałam wszystko Panu Bogu, wciąż powtarzając: „Bądź wola Twoja”. Codziennie chodziłam do szpitalnej kaplicy, aby tam modlić się w ciszy. Co tydzień przyjeżdżał kapłan, który odprawiał Mszę św. To dawało mi siły i otuchy. Po dwóch miesiącach sytuacja ustabilizowała się na tyle, że personel uważał Karolka za dziecko uratowane, które będzie żyło.
Skrajne wcześniactwo niesie ze sobą wiele konsekwencji. Największym problemem u naszego dziecka okazał się słaby wzrok, powikłanie po retinopatii wcześniaczej. Synek nasz przeszedł cztery zabiegi okulistyczne, dzięki którym widzi, choć rokowania na początku były bardzo złe. Intensywna rehabilitacja i praca w domu przyniosły zaskakujące efekty. Karolek dobrze się rozwija i świetnie sobie radzi. Jest bardzo pogodnym i aktywnym dzieckiem. Zadziwia wszystkich dookoła: rodzinę, lekarzy, terapeutów.
Wierzę, że Pan Bóg miał i ma swój plan, z którym każdego dnia staramy się pogodzić, powtarzając codziennie: „Bądź wola Twoja”. Cały czas nad nami czuwał, stawiał na naszej drodze odpowiednich ludzi (lekarzy, położne itd.). Nauczył nas zawierzenia Mu do końca i zawsze wyprowadzał dobro z najtrudniejszych doświadczeń.
Czytelniczka