Kierując się dobrem wspólnoty Kościoła, Pan Bóg obdarza ludzi różnymi darami i charyzmatami. Jednym z nadzwyczajnych darów jest charyzmat otrzymywania oraz przekazywania orędzi od Jezusa Miłosiernego, Matki Bożej lub dusz czyśćcowych.
W Polsce osoba obdarzona takim charyzmatem, która posługiwała się imieniem Anna, zmarła w 2007 r. W ciężkich przeżyciach wojennych (zesłanie na Syberię) oraz powojennych zapragnęła służyć Polsce i ofiarowała się za nią Bogu. Bóg przyjął tę ofiarę w sposób szczególny: zaczął wskazywać jej podczas modlitwy swoją drogę ku Niemu dostępną „szaremu człowiekowi”.
Ta droga to: odpowiedź na miłość Boga do człowieka, zawierzenie, prostota, dobroć dla bliźniego. Z czasem zmarli z rodziny Anny i jej przyjaciół otrzymali łaskę mówienia do niej. Opowiadają jej więc o okolicznościach swej śmierci, spotkaniu ze Zbawicielem, o drodze do nieba przez oczyszczenie. Orędzia Anny są w szczególności skierowane do narodu polskiego.
Relacje Anny ze spotkań z Panem zostały spisane i wydane w książkach: Pozwólcie ogarnąć się miłości oraz Boże wychowanie, a relacje zmarłych w publikacji Świadkowie Miłosierdzia Bożego.
Zgoda władz kościelnych na publikację tych tekstów świadczy o tym, że nie zawierają one niczego, co sprzeciwiałoby się zasadom wiary i moralności chrześcijańskiej. Natomiast o ich nadprzyrodzonym charakterze Kościół jeszcze się oficjalnie nie wypowiedział. Rozpoczynamy publikację świadectw dusz czyśćcowych, które spisała Anna.
Jestem w przedsionku Nieba!…
Spotkanie Anny z Wacławem, krewnym jej znajomej, który zmarł 6 czerwca 1988 r. Był działaczem politycznym w PRL, zajmował wysokie stanowiska.
Anna: Gdy moja znajoma odwiedziła Wacława przed śmiercią, poznał ją i – jak sądziła – chciał zwrócić się do niej z prośbą o przyprowadzenie księdza. Jednak jego najbliżsi wyprosili ją z pokoju i uniemożliwili przybycie kapłana. W tym okresie wraz z nią modliłam się za niego. Kiedy myślałam, że dobrze by było, aby o swojej śmierci opowiedział ktoś, kto pomimo działania przeciw Bogu uzyskał Jego przebaczenie, i żałowałam, że nie znam nikogo takiego, powiedziano mi, że p. Wacław mnie zna, bo modliłam się za niego, i pragnie dać świadectwo Miłosierdzia Boga, jeśli On zgodzi się na to. Oczywiście odpowiedziałam, że pragnę usłyszeć jego relację. Oto ona:
Wacław: Proszę Pani, nie zajmę Pani dzisiaj wiele czasu, bo wiem, że nie włada Pani jeszcze w pełni ręką i nie należy jej forsować. Może więc tylko to, co najważniejsze, na początek. Jestem w przedsionku nieba – tak nazywam czyściec, który rozpoczął się dla mnie jeszcze za życia, w chorobie (paraliż). Słyszałem wszystko, rozumiałem, choć miałem okresy jakby snu, zapadania w ciemność, ale nie mogłem mówić ani dać najmniejszego znaku, że jestem przytomny. Z rozmów wnioskowałem, że umieram, a jednocześnie zaczęło we mnie wzrastać przeświadczenie, że nie ginę, ale odchodzę. Stało się ono wreszcie pewnością i wtedy zrozumiałem (jako że byłem ochrzczony i wychowany w rodzinie wierzącej i uczyłem się religii w szkole), że stanę przed Panem naszym nieprzygotowany i że już na to za późno. Poznałem siostrzenicę, chciałem ją prosić o pomoc, o ratunek, ale moja rodzina, moje dzieci (tak, moje dzieci!) usunęły ją. Ogarnęła mnie rozpacz, bo zrozumiałem, że ich postawa jest skutkiem mojej, że ja sam sobie jestem winien i zbieram plony swego wyboru.
Poznałem, że zmarnowałem życie, przeciwstawiając się Prawdzie i służąc Jej wrogom. Chociaż ja sam z Bogiem nie walczyłem; wystarczy, że pominąłem Go, że zignorowałem jedyny sens, jedyną drogę właściwą i opowiedziałem się za tymi, którzy chcą zniszczyć Boga w sercach ludzi, a tym samym zamknąć im drogę do Prawdy, tak jak ja zamknąłem ją dla siebie i rodziny. Myślałem coraz jaśniej i logiczniej, pojmowałem coraz szerzej konsekwencje swojego dobrowolnego wyboru i skutki, które z niego wynikną dla mnie, a i dla innych: bliskich, współpracowników i tych, którzy brali przykład ze mnie. To było straszne! Wiedziałem, że już nic zrobić się nie da, by sprostować, zaprzeczyć, przyznać się do błędu.
Szczególnie straszne wydało mi się zgorszenie innych, odwiedzenie ich od Prawdy, a więc zgotowanie im mojego losu – losu gorszyciela z Ewangelii (bo przypomniałem sobie ten fragment znany ze szkoły). Wiedziałem, że słusznie należy mi się wyrok potępienia. Ale ci inni, którzy zginą przeze mnie! Ogarnęło mnie przerażenie. Zacząłem prosić Boga (bo wiedziałem, że On jest i będzie mnie sądzić) za tych, wobec których zawiniłem, i błagać, by ich ratował.
Wtedy zobaczyłem Pana naszego, Jezusa Chrystusa. Był w koronie cierniowej, w czerwonym płaszczu obszarpanym u dołu, z plamami krwi. Pod płaszczem, rozchylonym na piersiach, widać było nagie ciało pokryte sińcami, ranami i zaschłą krwią. Patrzył na mnie wzrokiem pełnym współczucia i zrozumienia, nie jak sędzia, a jak przyjaciel, towarzysz niedoli, tak jak gdyby użalał się nade mną, a nie nad sobą. Zapytał: „Żałujesz?”. Byłem wstrząśnięty, przerażony takim obrazem, bo była w Panu naszym wielka czystość, niewinność i spokój, a jednocześnie krew spływała Mu z czoła, po policzkach i wzdłuż szyi kroplami i strumykami. Wykrzyknąłem: „Tak! Tak! Tak! Jezu, ratuj ich, bo zginą przeze mnie!”. Pan powiedział: „A ty?”, z tak serdeczną troską, że się zdumiałem, lecz miałem przekonanie, że los mój jest przesądzony – nie miałem nic na swoje usprawiedliwienie i nie chciałem się tłumaczyć, bo wiedziałem, że sam wybrałem dobrowolnie takie życie, i do końca nie chciałem o Bogu słyszeć.
Jezus patrzył na mnie, czytał w moim sercu. Miałem świadomość, że wiedział o mnie wszystko. Jak gdyby przybliżył się i cicho, łagodnie powiedział: „Teraz, kiedy Mnie poznałeś, czy chciałbyś być ze Mną?”. To było dla mnie straszliwym bólem, bo w jednej sekundzie zrozumiałem, że oddałbym całe swoje minione życie za możność bycia przy Panu, że być z Nim nie mogę i że odtąd cała wieczność będzie dla mnie nieskończoną tęsknotą i rozpaczą. Nie byłem w stanie nic powiedzieć, a Jezus zapytał: „Czy kochałeś ludzi? Czy starałeś się im pomóc? Czy pragnąłeś ich dobra?”. Podniosłem oczy. Pan się uśmiechał tak jak matka do dziecka, a ja zdałem sobie sprawę, że mogłem zrobić o wiele więcej dobra, że w ogóle mogłem tylko tym się zajmować, pomagać, służyć im i że tylko to ma wartość w oczach Pana. Powiedziałem bardzo cicho, ze wstydem: „Za mało. Mogłem więcej”. I to była prawda.
Jezus odpowiedział: „Nikt nigdy nie zrobił tyle dobrego, ile mógł, ale ty, synu (!), chciałeś, prawda?”. To słowo „synu” spowodowało, że zalała mnie wdzięczność połączona z zachwytem i zdumieniem, że On, odepchnięty przeze mnie, znieważony, przyznaje się do mnie. Zbudził się cień nadziei, a Pan szerzej rozchylił płaszcz i wypowiedział swój wyrok: „Patrz, oto jest cena twojego ocalenia. Wykupiłem cię i drogo zapłaciłem, abyś mógł żyć. Dlatego, synu, że kocham cię. Od początku swego istnienia byłeś i jesteś kochany. Krew Ojca usprawiedliwia syna”. Pan nasz się przemienił. Stał się jaśniejący, promienny, szczęśliwy – tak pełen majestatu, że upadłem Mu do nóg, ale nie śmiałem dotknąć Jego stóp. Ogarnęło mnie takie szczęście, że miałem wrażenie, iż zginę, rozpadnę się, przestanę istnieć.
Potem – nie wiem, po jak długim czasie – poczułem na głowie ręce swojej matki. Byli przy mnie bliscy, otaczali mnie, cieszyli się, że będę z nimi. Pan oddalił się chyba dlatego, bym nie umarł – jeśli tak można powiedzieć o nas tu – ze szczęścia. Powoli zacząłem się orientować, że to jest stała i pewna rzeczywistość świata Bożego, a wszystko, co nazywałem „życiem”, to tylko chwilowy zbiór spraw, rzeczy, ludzi i czasu, który wciąż przemija i się przemienia. Nietrwałe, ulotne przemijanie pełne bólu, lęku, emocji, ambicji, gwałtu, przemocy, wrogości wzajemnej, walki, głupoty, zacietrzewienia, podłości, intryg, zdrady oraz nędznych motywacji i czynów. Przemijanie, ciągłe zmiany, śmierć i narodziny, wiosna i już zima. Krótki czas wyboru, który można wypełnić albo dobrem – z Bogiem – albo swoją nicością, i z niczym – lub gorzej – ze zbrodnią, zdradą, zaprzaństwem stanąć przed sądem Miłości.
Poczekam, aż staniesz się czysta
Spotkanie Anny z jej krewną.
Nie czułam bólu. Nic. Jeden moment, jedna tysięczna momentu, jak gdyby drgnienie, wyrwanie rośliny z gruntu i… nic więcej. (…) Dalej myślałam tylko o sobie. Nie wiązała mnie z nikim z was miłość, nie myślałam o waszym żalu ani tym bardziej nie żałowałam życia. Byłam nadal sobą i nadal z całym bagażem swojego dobrego mniemania o sobie. Owszem, bardzo zadowolona, że moje wyobrażenia (bo nie wiara) sprawdziły się, i ciekawa, co będzie dalej.
Zobaczyłam wtedy z daleka Mamusię, (…) całą rodzinę. Uśmiechali się do mnie, ale nie podchodzili, więc postanowiłam podejść ja – i wtedy… poczułam odór. Wiesz, jaka byłam zawsze czysta i wrażliwa na zapachy. To był straszliwy smród rozkładu padliny i zrozumiałam nagle, że to ja go wydzielam. Ogarnęło mnie przerażenie. Nie moje odzienie – ja sama gniłam. Dlaczego? Co się ze mną dzieje? Przecież jestem duchem? Usłyszałam, a raczej zrozumiałam głos – był przy mnie mój Anioł Stróż, bardzo wyniosły, piękny, poważny i bardzo smutny. On był jakby niewrażliwy na ten zaduch, od którego ja prawie traciłam przytomność. Powiedział mi: „Tę woń sama wybierałaś przez całe życie. Przyjrzyj się sobie”. W tym momencie pojęłam, co wybierałam i jaką moje „skarby” mają wartość: proch, próchno, zgnilizna, rozkład. Przegląd życia – tak się to mówi – jest to błyskawiczne zrozumienie siebie, swoich wyborów i ich motywów, setek tysięcy odrzucanych okazji wyboru dobra na rzecz własnej wygody, przyjemności, ambicji, chęci imponowania, znaczenia itd., itd.; w podsumowaniu – wszystko to z zachłannej, nienasyconej miłości siebie.
„Mój” Anioł – o tym wiedziałam – jak gdyby towarzyszył mi w tym rozpoznawaniu: ukazywał odrzucone możliwości, ból osób bliskich, ich odczucia mojego zachowania, krzywdy, jakie wywołałam przez zatrzymanie dobra, którym mogłam ich obdarzyć, ale mi się nie chciało… Poznawałam malutkie, nędzne motywacje, a także skutki mojego postępowania dla siebie i innych. Sama rosłam w brud, innym dorzucałam ciężaru, spychałam na nich wszystko, co mi się nie podobało. Ileż dodałam cierpienia Mamusi, a w ostatnich latach – tobie. Czułam się przygnieciona, sponiewierana, lecz przez siebie samą, tak jak gdybym sama robiła wszystko, by stać się nędzną, brudną, śmierdzącą. I rozumiałam, że to jest prawda. Nie mogłam się bronić, bo jasne były przyczyny: mój wybór i to, dlaczego właśnie tak wybrałam – tysiące razy!
Byłam zmiażdżona. Zrozumiałam, że przez całe długie życie kochałam tylko siebie – i wobec tego nikt kochać mnie nie może. Jestem sama tylko ze sobą i zupełnie naga, bez żadnych usprawiedliwień, tłumaczeń, a nawet zasług. Przecież za wszystko to, co robiłam, brałam zapłatę; nie tylko w pieniądzach: w podziękowaniach, prezentach, wdzięczności, zachwytach i usługach – i o to mi chodziło! To jest straszliwy szok, ale zbawienny, chociaż jako człowiek umarłabym, bo ciało nie wytrzymałoby takiego ciśnienia wstydu, rozpaczy z powodu bezpowrotności uczynionego zła i strasznego żalu, że już nigdy nic nie naprawię. Osądziłam się! To jest piekło, choć chwilowe, a może dla tych niezdolnych do żalu zaledwie wstęp do piekieł…
A jednak Pan nasz Jezus Chrystus nie brzydził się mnie. Ujrzałam Go jako olśniewającą jasność, która nie oślepia, a promieniuje ciepłem, miłością. Pan powiedział: „Czy teraz, kiedy poznałaś się, możesz się kochać?”. Odpowiedziałam zdecydowanie z obrzydzeniem: „Nie!”. „Ale Ja ciebie kocham nawet taką, jaką teraz jesteś”. Uważałam, że to niemożliwe, lecz Pan dodał: „Zapłaciłem za ciebie swoją krwią. Czy chcesz być ze Mną?”. Powiedziałam z płaczem, że: „Przecież nie mogę. Z takim brudem!”. Pan rzekł: „Ja poczekam, aż staniesz się czysta. Chcę cię mieć, bo kocham cię, odkąd dałem ci życie. Zawsze byłaś kochana”. Wtedy rozpoczęło się zrozumienie, ile ja otrzymywałam od Pana przez całe życie, i nieskończona wdzięczność i radość. W okresie oczyszczenia pomagała mi cała rodzina i bliscy… Jestem w domu Pana. Wciąż uczę się miłości więcej i więcej. Miej miłość, bo w niej jest On.
- Przeczytaj: Spotkanie z duszami czyśćcowymi cz. 2
- Przeczytaj: Spotkanie z duszami czyśćcowymi cz. 3
- Przeczytaj: Spotkanie z duszami czyśćcowymi cz. 4







