Leonardo Mondadori był właścicielem i prezesem jednego z największych na świecie koncernów wydawniczych – Arnoldo Mondadori Editore. 13 grudnia 2002 r. zmarł w Mediolanie, w wieku 56 lat. W 1992 r. w sposób nieoczekiwany zawierzył swoje życie Chrystusowi…
Koncern Mondadori w czasach prezesury Leonarda wydawał setki nowości książkowych każdego roku, posiadał 49 tytułów prasowych, najnowocześniejsze drukarnie oraz udziały w połowie koncernów prasowych całego świata; był potentatem na światowym rynku wydawniczym i niekwestionowanym liderem wśród mediów. Do dziś jest największym wydawnictwem we Włoszech.
Leonardo Mondadori był wychowany w otoczeniu obojętnym religijnie, przez większość życia nie modlił się i nie przystępował do sakramentów. Odkąd w 1992 r. w sposób nieoczekiwany zawierzył Chrystusowi swoje życie, z coraz większym przekonaniem i radością odkrywał szczęście bycia katolikiem. Swoje doświadczenie wiary opisał w książce Nawrócenie. Historia pewnego człowieka, która stała się prawdziwym bestsellerem.
W książce tej Mondadori wyznał, że pragnie podzielić się radością z odnalezienia Chrystusa z tymi wszystkimi, którzy z różnych powodów porzucili chrześcijaństwo.
Chciał, aby podjęli oni próbę powrotu na łono Kościoła: „Wiem, że jest wiele zastrzeżeń i wątpliwości w stosunku do wiary, jednak proszę, aby się nie zniechęcać i nie cofać, tylko przeanalizować to, co piszę. Może pozwoli to odnaleźć trochę światła i zachęci do radosnego odkrycia skarbu wiary w Kościele katolickim”.
W ciemnościach niewiary
Leonardo Mondadori urodził się w Mediolanie w 1946 r. Jego matka, Laura, była córką słynnego Arnolda Mondadoriego, założyciela i właściciela jednego z największych na świecie koncernów medialnych – Arnoldo Mondadori Editore. Ojciec Leonarda, Giorgio Forneron, nie był katolikiem, należał do protestanckiego Kościoła waldensów. Leonardo miał dwa lata, kiedy jego rodzice się rozwiedli. Od tej pory ojciec nie utrzymywał z nim żadnego kontaktu. Wychowywała go matka i dziadek.
W 1951 r., dekretem prezydenta Włoch, pięcioletni Leonardo przyjął nazwisko swojego dziadka, który pragnął, aby wnuczek został spadkobiercą jego całego majątku. Częstymi gośćmi w domu Mondadorich były sławy świata kultury: Tomasz Mann, Walt Disney, Giuseppe Ungaretti, Dino Buzzati czy Eugenio Montale.
Chłopiec wychowywany był w atmosferze całkowitej obojętności na sprawy wiary, a tematy religijne nie pojawiały się w rozmowach. Babcia Leonarda przystąpiła do Pierwszej Komunii Świętej dopiero w wieku 70 lat, w dniu 50. rocznicy ślubu. Przy tej okazji ochrzczono również pięcioletniego Leonarda. Chłopiec uczęszczał do szkół, w których panował klimat niechętny chrześcijaństwu, a jego samego problematyka religijna w ogóle nie interesowała.
W czasach młodości Leonardo był aktywnym członkiem antyklerykalnych, socjalistycznych organizacji. Jako kierunek studiów wybrał filozofię, by mieć wszechstronne przygotowanie do przyszłej pracy edytorskiej. Dziadek, dbający o pełne wykształcenie swego wnuka, posyłał go do różnych drukarni, aby młodzieniec poznawał, jak funkcjonuje imperium wydawnicze.
Leonardo, mając 18 lat, na wakacjach w Cortinie zakochał się w Pauli – córce znanego przemysłowca i milionera Zanussiego, producenta artykułów gospodarstwa domowego. Po czterech latach znajomości, w 1968 r., narzeczeni wzięli ślub kościelny. Niestety, ich małżeństwo przetrwało tylko siedem lat. Kiedy się rozchodzili, Paula była w ciąży z ich pierwszym dzieckiem, córką Martiną.
Mondadori wspominał po latach: „Napięcie między nami osiągnęło taki stan, że dla nas obojga najlepszym rozwiązaniem było rozejście się. I tak rozstaliśmy się na zawsze. Dopiero przed kilkoma laty, dzięki światłu wiary, zrozumiałem, czym jest naprawdę sakrament małżeństwa i co rzeczywiście oznacza jego przyjęcie w Kościele. My wówczas – chociaż oficjalnie byliśmy katolikami – nie mieliśmy najmniejszego pojęcia, co ten sakrament oznacza. Dzisiaj jest jeszcze większe niezrozumienie nierozerwalności sakramentu małżeństwa. Sądzi się, że miłość małżonków to nic innego, jak tylko uczucie, a kochać to znaczy »coś czuć«. Gdy uczucie wygaśnie i małżonkowie przestaną odczuwać wzajemną atrakcyjność, wtedy każdy ma prawo pójść swoją drogą w poszukiwaniu nowego związku i uczucia. Dar z siebie, ofiara, przebaczenie, zrozumienie, cierpliwość, nieustanna wierność, a więc to wszystko, co umożliwia trwałą jedność kobiety i mężczyzny pomimo upływu czasu i życiowych burz, zostało zagubione, często nie ze złej woli, lecz na skutek utraty chrześcijańskiej wiary”.
Rozwód z Paulą odbił się szerokim echem we włoskich mediach. W krótkim czasie Mondadori związał się z drugą kobietą. Urodziła się im dwójka dzieci. Również i w tym przypadku związek nie trwał długo, wszystko zakończyło się kłótnią i ponownie – głośnym rozwodem.
W tym samym czasie zmarła matka Leonarda. Był to dla niego bardzo trudny okres: „W Boże Narodzenie tamtego roku zostałem zupełnie sam, z dwoma nieudanymi małżeństwami za sobą, z trójką dzieci podzielonych między dwie matki, ze śmiercią mojej mamy i z poważnymi problemami w wydawnictwie… Spoglądając na moje życie, widziałem jeden wielki bałagan. Wprawdzie miałem za sobą pewne sukcesy na płaszczyźnie zawodowej, ale całkowicie przegrywałem w życiu osobistym. Wiedziałem, że w moim środowisku przyjaźń jest często formalna i prowizoryczna. Kiedy mija czas sukcesu, opuszczają cię nawet ci, którzy wydawali się być najbliżsi. Zacząłem wtedy pytać sam siebie: jaki sens ma to wszystko?”.
Te smutne doświadczenia nie wystarczyły jednak, aby Leonardo się opamiętał i zaczął szukać sensu życia. Jego życiowymi przewodnikami były wtedy tylko uczucia i zmysły, dlatego pojawiały się kolejne miłosne związki z różnymi kobietami, rozrzutność oraz życie w luksusie.
Odkrycie źródła radości
Dopiero w 1992 r. Leonardo odnalazł największy skarb i radość swojego życia. To niesamowite odkrycie zapoczątkowała przypadkowa lektura niewielkiej książki pt. Droga, opublikowanej po raz pierwszy w 1939 r. – książki, która stała się światowym bestsellerem. Napisał ją św. Josemaría Escrivá de Balaguer, założyciel Opus Dei. Przedstawiciele Opus Dei pragnęli wydać tę książkę w wydawnictwie Mondadori, by mogła dotrzeć ona do szerszego kręgu czytelników. Leonardo miał więc okazję przeczytać tę publikację i spotkać się z członkami Opus Dei. Jeden z nich zapoznał go z pewnym księdzem. Po kilku miesiącach znajomości z owym kapłanem, rozmów i wewnętrznych zmagań Mondadori zdecydował się na pierwszą spowiedź od czasu dzieciństwa. Spotkanie z Chrystusem w sakramencie pokuty całkowicie go duchowo przemieniło i odrodziło – stał się człowiekiem tryskającym radością życia.
Tak pisał na temat spowiedzi: „Dobrze odbyta, szczera spowiedź jest jednym z największych źródeł radości. Otrzymujesz wtedy pewność ponownego przyjęcia w domu Ojca: zostajesz pojednany z Bogiem, z sobą samym i z innymi. Również, a może przede wszystkim, przez ten sakrament czuję się głęboko katolikiem: nie wystarcza mi rozliczanie się sam na sam z Bogiem, jak to zalecają protestanci. Mam potrzebę obecności księdza, który mocą Chrystusowego kapłaństwa przebacza grzechy i świadczy o nieskończonym miłosierdziu Boga. Czy to nie sam Jezus powierzył apostołom i ich następcom władzę odpuszczania grzechów? Wielka radość po dobrze odbytej spowiedzi rodzi się zawsze z cierpienia spowodowanego stanięciem w nagiej prawdzie o sobie, o swojej duchowej nędzy. Ta pierwsza moja spowiedź od czasów dzieciństwa kosztowała mnie bardzo wiele. Uświadomiłem sobie wtedy ogrom grzechów, z których istnienia wcześniej w ogóle nie zdawałem sobie sprawy”.
Jednym z tych wcześniej nieuświadomionych grzechów była obmowa. W środowiskach, w których Mondadori przebywał, plotkowanie i obmawianie nieobecnych było głównym tematem spotkań towarzyskich. Dopiero po swoim nawróceniu i po pierwszej spowiedzi Leonardo zobaczył całą obrzydliwość grzechów obmowy, złego mówienia o innych. W świetle wiary zrozumiał konieczność poszanowania godności każdego człowieka oraz wypełniania Chrystusowego przykazania, by nikogo nie sądzić i nie potępiać.
Po pierwszej spowiedzi była również Pierwsza Komunia Święta, w Wigilię, w katedrze św. Patryka w Nowym Jorku. Mondadori wspomina: „Na myśl o przyjęciu tego niesamowitego Daru, jakim jest sam Chrystus w Komunii Świętej, drżałem ze wzruszenia na całym ciele i płakałem z radości”.
Leonardo nie był człowiekiem zamkniętym w sobie, lecz bardzo towarzyskim i pełnym bezinteresownej życzliwości dla każdego. Kiedy zaczął chodzić do kościoła i przebywać w środowiskach praktykujących chrześcijan, był zaskoczony atmosferą życzliwości i miłości, która tam panowała. Widział, jak wielki i dobroczynny wpływ na postawę tych ludzi ma ich wiara, wyrażana w codziennej rozmowie z Bogiem. Wyczuwał diametralną różnicę w klimacie panującym w środowiskach ludzi wierzących i tych, którzy z wiarą nie mają nic wspólnego. Leonardo na własne oczy przekonał się, że od ludzi żyjących wiarą promieniuje optymizm i radość życia.
Kiedy po nawróceniu spotkał się ze swoją pierwszą żoną, ta, widząc jego uśmiechniętą twarz, zapytała: „Co ci się stało? Czy przypadkiem nie jesteś po operacji plastycznej?”. Kobieta sądziła, że tylko chirurgia plastyczna mogła nadać jego twarzy wyraz szczerego i trwałego uśmiechu.
Leonardo odpowiedział: „Masz rację, dokonałem operacji plastycznej, ale nie twarzy, tylko swojej duszy”. Całkowita zmiana usposobienia po nawróceniu spowodowała nawet pojawienie się plotek mówiących, że Leonardo zaczął brać narkotyki lub pić alkohol, bo przecież inaczej nie mógłby być tak radosny, serdeczny i uśmiechnięty.
Mondadori pisał: „Pójście śladami Chrystusa niesie ze sobą odkrycie pewnego wymiaru radości i optymizmu, który nie istnieje w środowiskach ludzi, w których najczęściej przebywam, związanych z ekonomią, kulturą i sztuką. Jest to wymiar cudowny i jedyny – radość”.
Czy nie jest zastanawiające, że ta właśnie radość, pomimo różnorakich cierpień, staje się udziałem wszystkich, którzy znaleźli „ukryty skarb” wiary i idą z Chrystusem przez życie? Leonardo podkreślał: „Jedynym źródłem każdej prawdziwej radości jest dobrze odbyta spowiedź. Kiedy odchodzę od konfesjonału, mam ochotę gwizdać z radości”.
Oczywiście chodziło mu tutaj o regularną sakramentalną spowiedź, a nie o jakiś wyizolowany, sporadyczny epizod w życiu. Cykliczne spotkania z Chrystusem podczas spowiedzi są nieodzowne dla rozwoju duchowego i pogłębienia wiary. Są one źródłem prawdziwej radości. Dla Leonarda oczywista stała się konieczność regularnego przystępowania do sakramentu pokuty i poddania się kierownictwu duchowemu.
„Cokolwiek czynisz, czyń to jak najlepiej”
Spowiednik Leonarda kładł silny nacisk na to, by penitent starał się doskonale wypełniać swoje codzienne obowiązki. Powtarzał często: „Cokolwiek czynisz, czyń to jak najlepiej”.
Kapłan zobowiązał go do tego, aby ułożył sobie program zajęć na każdy dzień i ściśle go przestrzegał. Tłumaczył, że w życiu duchowym ważna jest dyscyplina i uporządkowana metoda działania. Leonardo podporządkował się tym wskazówkom.
Pisał: „Nauczyłem się, że dla mojego duchowego życia nieodzowna jest codzienna modlitwa, rano i wieczorem, w miarę możliwości o stałej godzinie, codzienna lektura Pisma św. i innych ubogacających duchowo tekstów. Zrozumiałem, że niedzielna Msza św. nie powinna być traktowana jako obowiązek, lecz jako konieczność, radość i świętowanie”.
A tym wszystkim, którzy mówili, że nie mają ochoty chodzić na Mszę św., ponieważ nudzą ich homilie, Mondadori tak odpowiadał: „Jestem przerażony takim tłumaczeniem, bo przecież głównym celem uczestniczenia we Mszy św. nie jest wysłuchanie homilii, lecz spotkanie z Chrystusem w Eucharystii, ponowne przeżycie tajemnicy śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, który pod postaciami chleba i wina ofiaruje się na ołtarzu. To jest najważniejsze w czasie każdej Mszy św. Idziemy na niedzielną liturgię, aby karmić się tym Misterium, a nie po to, aby tylko wysłuchać kazania. Trzeba się cieszyć, gdy kazanie jest interesujące, bo umacnia nas w wierze, ale kiedy jest nudne, to nie powinno przyćmiewać w naszej świadomości faktu, że Msza św. to przede wszystkim spotkanie ze zmartwychwstałym Chrystusem, obecnym pod eucharystycznymi postaciami”.
Leonardo przypominał, że to protestanci uważają, iż podczas niedzielnego nabożeństwa najważniejsze jest kazanie, i dlatego wszystko koncentruje się tam na osobie przepowiadającego. Natomiast w Kościele katolickim kulminacyjnym momentem Mszy św. jest przeistoczenie chleba w Ciało Chrystusa i wina w Jego Krew – a nie kazanie. Jeśli kapłan nie jest dobrym mówcą, trzeba zachować cierpliwość, pamiętając, że na Mszę św. przychodzimy po to, by osobiście spotkać Chrystusa obecnego w Eucharystii.
„Obowiązek uczestniczenia we Mszy św. – pisze Mondadori – nie jest dla mnie żadnym ciężarem, ale niesamowitym darem. Bardzo się cieszę, że w ten sposób mogę, zgodnie z przykazaniem, »dzień święty święcić«. Msza św. daje mi duchową moc, jest samym sercem mojego życia religijnego; przypomina mi, że śmierć już została zwyciężona, że Jezus rzeczywiście zmartwychwstał, że ciemności zła nie będą miały ostatecznego głosu, że istnieje wspaniała, niedoświadczalna zmysłami rzeczywistość, w której będziemy uczestniczyć przez całą wieczność”.
Dar czystego serca
Od momentu nawrócenia Leonardo żył w celibacie. Wielu nie mogło zrozumieć tej radykalnej postawy. Mondadori opisał, w jaki sposób otrzymał dar czystości serca: „Pomimo dwóch rozwodów oraz innych okresowych związków z kobietami w dalszym ciągu odczuwałem w sobie siłę atrakcyjności kobiet. Dawni moraliści określają ten stan grzechem rozwiązłości. Ale w tej mojej postawie w stosunku do kobiet było również coś głębokiego i szlachetnego: bez kobiety, bez jej obecności i uczuciowego wsparcia życie wydawało mi się niemożliwe. Ponieważ byłem rozwiedziony, nie mogłem sobie pozwolić na wspólne zamieszkiwanie z kobietą. Używając określenia św. Pawła, był to dla mnie szczególnie bolesny »oścień dla ciała«, od którego po ludzku próbowałem się wyzwolić. Dzięki sugestii, której udzielił mi mój spowiednik, pewnego dnia zwróciłem się do Matki Bożej modlitwą św. Bernarda: »Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo, że nigdy nie słyszano, abyś opuściła tego, kto się do Ciebie ucieka, Twej pomocy wzywa, Ciebie o przyczynę prosi…«. Było to dla mnie niesamowite doświadczenie – łaska czystości serca, o którą prosiłem, została mi natychmiast udzielona. Wiem, że kroczę jakby po ostrzu brzytwy pokus, że mogę jeszcze upaść, lecz wiem także, że gdyby tak się stało, byłoby to spowodowane wyłącznie moją winą, a nie brakiem pomocy ze strony Maryi”.
Wiara nie jest iluzją
Na zarzut, że jego wiara może być iluzją, Mondadori odpowiadał, że tak nie jest, ponieważ opiera się ona na konkretnym codziennym doświadczeniu: „Jak moja wiara może być iluzoryczna, skoro każdego dnia, w najtrudniejszych sytuacjach, daje mi pogodę ducha, radość i moralną siłę?”.
Dla Leonarda było oczywiste, że człowiek wierzący się modli, czyli ma osobisty kontakt z Bogiem: „Z codziennej modlitwy czerpię nieustannie potwierdzaną pewność, że modląc się, nie mamy do czynienia ze słowami rzucanymi na wiatr, lecz że jest to dialog z Ojcem, który słucha swoich dzieci. Za każdym razem, kiedy zwróciłem się do Niego z prośbą o coś, co było dla mnie duchowo konieczne, otrzymywałem natychmiastową, pełną odpowiedź”.
Tego rodzaju doświadczenie działania dotykalnej mocy łaski było dla Mondadoriego niezaprzeczalnym argumentem w pokonywaniu każdej wątpliwości odnoszącej się do obiektywnych prawd wiary. Dla Leonarda wiarygodność Ewangelii była potwierdzana poprzez jego osobiste doświadczenie: „Jeśli weźmiemy Ewangelię na serio i zaczniemy nią żyć, wtedy ona zaczyna »funkcjonować« – i to jest dla mnie kryterium jej prawdziwości”. To są fakty, przeciwko którym żadne argumenty nie mają znaczenia. Dlatego dla Leonarda argumenty sceptyków, kpiny i szyderstwa niewierzących, domniemane „prawdy” różnych profesorów nic nie znaczyły, gdy jego osobiste, codziennie weryfikowane doświadczenie Boga mówiło mu coś przeciwnego.
„Święty Jan przypomina chrześcijanom, że Bóg i Miłość to synonimy. A więc nie tylko wiem, ale i konkretnie doświadczam, że to wszystko, co objawił Jezus, jest prawdziwe”.
Prawdziwość wiary ma swoje potwierdzenie nie tyle w książkach apologetycznych, ile przede wszystkich w życiu ludzi, których wiara ukształtowała.
Innym motywem wiarygodności doktryny i moralności katolickiej był dla Leonarda fakt, że stanowi ona logiczną jedność i nierozerwalną całość: „I właśnie tu znalazłem odpowiedzi na moje pytania. Odpowiedzi, które zaspokoiły zarówno umysł, jak i serce”.
Fascynacja Chrystusem i Kościołem katolickim
Zafascynowanie Chrystusem obecnym we wspólnocie Kościoła katolickiego było u Leonarda tak wielkie, że stwierdził, iż nigdy nie mógłby już przestać być katolikiem: „Papiestwo, Matka Boża, święci, osobowa obecność Chrystusa w sakramentach pokuty i Eucharystii, kontakt z Bogiem za pośrednictwem wspólnoty Kościoła i kapłanów… Wszystko to jest dla mnie do tego stopnia logiczne, że stało się instynktowne. I tutaj bardziej opieram się na moim doświadczeniu aniżeli na książkach i teologicznych debatach. Im bardziej staram się iść drogą wskazaną mi przez nauczanie Kościoła, tym więcej odnajduję przekonujących odpowiedzi, których szukam, i duchowej pomocy, której oczekuję”.
Leonardo tak bardzo był zafascynowany odkryciem skarbu, jakim jest wiara w Chrystusa we wspólnocie Kościoła katolickiego, że nie miał zamiaru sprawdzać, jak to jest w różnych odmianach protestantyzmu czy w sektach. Nie był też w ogóle zainteresowany religiami niechrześcijańskimi.
Kiedy go pytano, na czym opiera swoje przekonanie, że katolicka religia jest jedynie prawdziwa, odpowiadał: „Wybrałem katolicyzm dlatego, że jest to jedyna religia, która została zbudowana na fundamencie nieskończonego aktu miłości, którego świadkami byli ludzie. To prawda, że Pan Bóg jest obecny również w innych religiach, ale w sposób niepełny. Trzeba pamiętać, że w religiach niechrześcijańskich to człowiek jest zmuszony do szukania Boga. Drogi są różnorodne, akty wiary wyjątkowe, modlitwy przepiękne. Lecz Bóg pozostaje daleki, nieosiągalny, niepojęty. Tylko w chrześcijaństwie jest odwrotnie: to nie człowiek szuka oblicza Boga, lecz sam Bóg wychodzi na poszukiwanie człowieka. W tajemnicy Wcielenia staje się prawdziwym człowiekiem i objawia się ludziom w konkretnej historii opisanej w Ewangeliach. Pan Bóg objawia swoją prawdziwą twarz w Jezusie Chrystusie i prosi nas tylko o jedno: abyśmy odpowiedzieli na Jego miłość. Czy moglibyśmy oczekiwać czegoś więcej? Jezus nie jest jakimś guru i nie uczy nas iluminacji, technik oddychania, sposobów uspokajania umysłu, relaksu. Natomiast objawia nam miłość Ojca, który jest w niebie i uczy, jak mamy żyć tą miłością, aby stawać się świętymi i osiągnąć życie wieczne. To jest naprawdę »radosna nowina«. Czy ma więc jakikolwiek sens poszukiwanie wody w innych studniach, skoro mam szczęście czerpać ją wprost ze źródła, które jest obok mnie, i to już od urodzenia? Jako chrześcijanie jesteśmy świadkami jedynego Orędzia zawierającego pełnię Prawdy, z całym szacunkiem do wyznawców innych religii, którzy posiadają cząstki prawdy, ale nie całą Prawdę”.
Radość, której nie odbierze cierpienie ani śmierć
O prawdach wiary Mondadori uczył się, studiując Katechizm Kościoła katolickiego, jednak prawdziwe odkrywanie tajemnic wiary zdobywał w doświadczeniu cierpienia i choroby. Leonardo zachorował na raka w 1997 r., pięć lat po swoim nawróceniu. Wcześniej cieszył się świetnym zdrowiem, dużo pływał i grał w tenisa. Pewnego dnia zaczął odczuwać bóle – badania lekarskie wykazały raka tarczycy oraz guzy na wątrobie i trzustce.
Mondadori poddał się leczeniu w Memorial Hospital w Nowym Jorku. Przed operacją wycięcia guza, w styczniu 1998 r., przystąpił do spowiedzi generalnej i przyjął sakrament chorych w nowojorskiej parafii, u ks. Richarda Neuhausa, znanego autora wielu książek, który przed nawróceniem na katolicyzm był pastorem protestanckim.
Choroba nie załamała Leonarda, lecz umocniła go w wierze i ufności Bogu. Właśnie w tych najbardziej krytycznych chwilach swojego życia doświadczył ogromnej duchowej mocy, która płynie z wiary. Patrząc tak po ludzku, w ostatnich latach życia Leonarda nie było powodów do tego, aby się cieszyć: dwa rozwody, rak i operacja usunięcia tarczycy. W każdą podróż musiał zabierać ze sobą torbę ze strzykawkami i lekarstwami, by co wieczór zrobić sobie zastrzyk powstrzymujący rozwój komórek rakowych trzustki i wątroby. Pomimo cierpień i niedogodności do końca swego ziemskiego życia Mondadori emanował radością, której jedynym źródłem jest zjednoczenie z Bogiem przez wiarę.
Pisał: „Dla jednych życie jest ponure, dla innych szare. Dla mnie jest promienne. Wiele elementów składa się na jasność mojej obecnej egzystencji: pewnego ranka przed czterema laty odkryłem nagle, że mam raka tarczycy, trzustki i wątroby. Z tego powodu muszę codziennie poddawać się specjalnej terapii, ale w dalszym ciągu kontynuuję moją pracę. Z mojej winy jestem daleko od Pauli, która mimo rozwodu z chrześcijańskiego punktu widzenia pozostaje dalej moją żoną i która urodziła mi córkę, podczas gdy pozostała dwójka dzieci przyszła na świat z mojego drugiego małżeństwa. Niemniej jednak prowadzę intensywne chrześcijańskie życie. I właśnie ta perspektywa wiary sprawia, że mimo wszystkich trudności i cierpień moje życie promieniuje radością i optymizmem”.
Operacja usunięcia trzustki przebiegła pomyślnie. Stwierdzono też, że przez farmakologiczne działania można zatrzymać rozwój zmian rakowych w wątrobie. Odtąd Leonardo musiał codziennie brać lekarstwa, zastrzyki i cztery razy w roku przyjeżdżać na badania kontrolne do Nowego Jorku.
Widząc w szpitalu ludzką biedę i cierpienie, Mondadori uświadomił sobie, że jedyną odpowiedź na te, po ludzku beznadziejne, dramatyczne sytuacje daje tylko krzyż Chrystusa. Cierpienie i pobyt w szpitalu były dla niego niezwykle cennym doświadczeniem i odkrywaniem prawdy o sobie.
Pisał: „Chyba moją największą pokusą była pycha. Poczucie, że gdy jest się zdrowym, szanowanym, mającym się dobrze, jest się w centrum Wszechświata. A tam w szpitalu stałem się chorym na raka emigrantem, tak jak inni anonimowi w oczach świata. Właśnie tam, w Memorial Hospital, na nowo przekonałem się, że wiara nie jest filozoficzną ideą, etyką lub jakąś propozycją ideału lub mądrości, ale obecnością Boga, który jest Miłością. Taka wiara pokonuje samotność i ofiarowuje dar wielkiego duchowego pokoju. Było to bardzo konkretne, namacalne doświadczenie obecności Boga, o wiele ważniejsze niż rezultat jakiegoś rozumowania. I w tych okolicznościach zaczynasz zdawać sobie sprawę, że zależysz od Kogoś, kto cię bardzo kocha, a nie od jakiegoś anonimowego i ślepego przeznaczenia. Liczysz się wtedy z możliwością śmierci, ale bez lęku, bez nerwicowego ukrywania (co jest cechą naszej kultury) i udawania, że nic się nie stało, zachowywania się, jakby śmierci nie było. Dzięki wierze doświadczałem obecności Chrystusa, a wtedy znikał wszelki smutek, apatia, mogłem więc dalej kochać to, co zawsze kochałem: pulsujące życie metropolii z jej nieskończonymi możliwościami. Wiara dawała mi także pewność bliskości wszystkich zmarłych, począwszy od mojej mamy, którzy w tajemniczy sposób dalej żyją w niewidzialnym wymiarze rzeczywistości, która nie jest wcale oddzielona od naszej”.
Kto zawierza siebie i wszystkie swoje problemy Chrystusowi, ten doświadcza w swoim życiu wypełniania się Jego obietnicy: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mt 11,29).
Leonardo zdecydowanie odrzucał możliwość legalizacji prawa do eutanazji, o co coraz natarczywiej zabiegają te same środowiska, które doprowadziły do uchwalenia „prawa” do mordowania nienarodzonych dzieci i do rozwodów. Pokazuje to, w jak tragicznej sytuacji znalazła się ludzkość. Odrzucając Boga, który wziął na siebie wszystkie nasze cierpienia, ludzie gubią ostateczny sens życia i wtedy cierpienie staje się dla nich tragedią, którą należy ukrywać i skracać na wszelkie możliwe sposoby.
Ukoronowanie ziemskiego życia
Leonardo pamiętał o swojej śmierci i traktował ją jako ukoronowanie całego ziemskiego życia oraz początek niewyobrażalnej radości życia wiecznego, w miłości i pokoju z Bogiem. Często wyrażał zdziwienie, kiedy widział swych współpracowników, którzy z wielką przesadą troszczyli się i zabiegali o sprawy przemijające, natomiast całkowicie zaniedbywali to wszystko, co dotyczyło ich życia wiecznego. Spośród ewangelicznych przypowieści najbardziej inspirowała go do przygotowywania się do śmierci przypowieść o gospodarzu, który wyjeżdżając w daleką podróż, powierzył sługom konkretne obowiązki.
Pan Jezus zakończył tę przypowieść apelem: „Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, mówię wszystkim: »Czuwajcie!«” (Mk 13,35.37).
Czego oczekiwał Leonardo w momencie swojej śmierci? Pisał, że jest to „wejście w świat światła, w którym sens i znaczenie wszystkiego będzie ostatecznie jasne. Wyzwolenie z ograniczeń, które nas krępują, i pełna realizacja naszych możliwości. Miłość bez żadnych ograniczeń, wszystkich do wszystkich. Nieskończone pomnożenie tej radości, której tylko przedsmaku doświadczyliśmy tu na ziemi […]. O śmierci, sądzie, o wieczności myślę każdego wieczoru, modląc się, przeprowadzając rachunek sumienia z przeżytego dnia. Jestem świadomy sprawiedliwości Bożej, ale z ufnością powierzam się miłosierdziu Boga i mam pocieszenie w modlitwie: »Święta Maryjo…, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej«”.







