Jezus uzdrowił moją kobiecość

Chciałabym podzielić się świadectwem wielkiego miłosierdzia Boga oraz cudów, których dokonuje On w moim życiu.

Głęboka rana

Przyszłam na świat jako najstarsza z ośmiorga rodzeństwa. Gdy miałam trzy lata, całą rodziną wyemigrowaliśmy do Francji. W wieku 16 lat poznałam chłopaka, w którym się zakochałam. Był to pierwszy chłopak, przed którym się otworzyłam od czasu mojego nawrócenia. Zaufałam mu, nie zachowując jednak roztropności… Powiedziałam mu, że chciałabym żyć w czystości aż do ślubu. Same słowa jednak nie wystarczają – trzeba jeszcze żyć według zasad, które się wyznaje.

Imponowało mi, że taki chłopak jak on się mną interesuje. Za wszelką cenę chciałam mu się podobać. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że jego intencje nie były zbyt czyste. Robiłam wiele ustępstw, gdyż się bałam, że mnie odrzuci. Jak sprawy poszły za daleko, okazało się, że jest już za późno: zostałam zgwałcona.

Tego dnia coś we mnie pękło… Postanowiłam nikomu nie mówić o tym, co zaszło. Odtąd z jeszcze większym perfekcjonizmem skoncentrowałam się na szkole i po jakimś czasie udało mi się zapomnieć o tym, co przeżyłam. Zamknęłam się w sobie, niczego już nie pamiętałam…

Miałam syndrom pourazowy. Jest to stan, w którym żeby się bronić, umysł usuwa z pamięci traumatyczne przeżycia. Nie zdając sobie z tego sprawy, stałam się w oczach innych „idealną dziewczyną”; bardzo dobrze się uczyłam i żyłam ze wszystkimi w zgodzie. Nikomu nie pokazywałam, gdy było ze mną źle. Uległam pokusie perfekcjonizmu, który dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Nieświadomie stworzyłam wokół siebie „kordon bezpieczeństwa”, po to by już nikt nigdy nie mógł mnie zranić…

Moja osobista modlitwa nie była regularna. Pozostałam jednak wierna Mszy św., spowiedzi św., adoracji oraz odmawianemu wspólnie z rodziną różańcowi. Pewnego dnia, dzięki mojej mamie, przeczytałam jeden z numerów Waszego pisma. Bardzo mnie poruszyły zamieszczone w nim świadectwa młodych, którzy wybrali czystość. To obudziło w moim sercu pragnienie życia w czystości. Zaczęłam na nowo się modlić. Na Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie poznałam pewną zakonnicę, która stała się moją duchową matką. Jej radość i miłość do Boga bardzo mnie poruszyły. Chciałam być do niej podobna… Za jej przykładem zaczęłam myśleć o powołaniu do życia konsekrowanego.

W grudniu 2017 r., spędzając w Polsce święta Bożego Narodzenia, udałam się na spotkanie Ruchu Czystych Serc. Rozmowa z młodzieżą, która chciała żyć w czystości, zainspirowała mnie do stworzenia podobnego ruchu w moim liceum. Wraz z przyjaciółmi zorganizowałam więc grupkę, która co tydzień spotykała się, by rozmawiać na temat czystości. Czytaliśmy świadectwa i dzieliliśmy się własnymi. Odmawialiśmy też Modlitwę zawierzenia RCS.

Byłam wtedy w ostatniej klasie liceum i przygotowywałam się do matury. W okresie Wielkiej Nocy, by móc w ciszy powtarzać materiał do nauki, pojechałam do klasztoru karmelitanek. Już od pewnego czasu czułam, że Pan Jezus chciał, żebym się tam udała. Kiedy tam przybyłam, zachwyciło mnie piękno tamtejszych zakonnic i radość, którą promieniowały.

Odnowiłam tam moje życie duchowe i modlitewne. Byłam zraniona w swojej kobiecości, ale towarzyszyła mi tam Matka Boża, która przez przykład sióstr karmelitanek pokazała mi, w czym tkwi prawdziwe piękno kobiety. Piękno, które nie potrzebuje makijażu ani modnych ubrań. Piękno, które pielęgnuje się przez kontemplowanie Eucharystii oraz miłowanie swoich bliźnich. Maryja pokazała mi, że to właśnie tego piękna Pan Jezus dla mnie pragnie.

Powracając co miesiąc do tego klasztoru, będąc otoczoną duchowym wsparciem oraz wiodąc uporządkowane modlitwą życie, dzięki Panu Jezusowi ujrzałam wyraźnie wszystkie „mury”, które wzniosłam wtedy wokół siebie. Były to „mury”, które broniły mnie przed zranieniem, ale jednocześnie nie pozwalały, bym mogła być przez innych kochana. Dawne wspomnienia zaczęły powoli wracać…

Bolesna diagnoza

Wyjechałam na studia do Paryża. Wciąż nawiedzały mnie bolesne wspomnienia. Wszystko to powierzałam Panu Jezusowi. Postanowiłam udać się do jakiegoś kapłana. W czasie bardzo długiej spowiedzi po raz pierwszy nazwałam po imieniu to, co się wydarzyło. Od tego momentu rozpoczęła się długa droga mojego wewnętrznego uzdrawiania. Zaczęłam sobie zdawać sprawę ze wszystkich konsekwencji popełnionego na mnie gwałtu. Dotychczas nie byłam świadoma, jak wielkie piętno odcisnął on na moim życiu…

Zaczęłam rozumieć, dlaczego z tak wielkim trudem przeżywałam swoją kobiecość i dlaczego nie byłam w stanie się zakochać. Powoli też docierało do mnie, że moje wcześniejsze pragnienie wstąpienia na drogę życia konsekrowanego nie było wcale takie oczywiste, że częściowo wpływała na nie chęć ucieczki przed małżeństwem, gdyż ukształtowany w mojej głowie obraz relacji między kobietą a mężczyzną był nierozerwalnie związany z przemocą…

W tym samym czasie zaczęłam chodzić do wielu lekarzy, bo już od kilku lat miałam bardzo bolesne miesiączki. Na początku podawano mi lekarstwa przeciwbólowe, z czasem jednak bóle stawały się coraz mocniejsze i musiałam zwiększać dawki leków.

Po dwóch latach bezskutecznego przyjmowania przeze mnie kodeiny zaczęto się zastanawiać, co mi właściwie dolega. Wtedy właśnie padła diagnoza: endometrioza – pierwsza przyczyna niepłodności we Francji. Nie sposób ją leczyć bez rozpoznania dokładnej przyczyny. W moim przypadku można było jedynie leczyć jej objawy. Wszyscy lekarze nakłaniali mnie do przyjmowania pigułek antykoncepcyjnych, gdyż powodując zanik miesiączki, eliminowały one tym samym ból. Słyszałam jednak o skutkach ubocznych terapii hormonalnych, poza tym byłam całkowicie przeciwna stosowaniu antykoncepcji. Miałam nadzieję na znalezienie innego rozwiązania, ale była ona nikła…

Byłam niecierpliwa. Chciałam, by Pan Jezus uzdrowił mnie za jednym klaśnięciem w dłonie. On jednak tak nie działa. Pan Jezus mi pokazał, że tę drogę można przejść jedynie w pokorze i że tak długo nie będę Go mogła prosić o uzdrowienie, dopóki całkowicie się Mu nie oddam. Oddanie takie musi pociągnąć za sobą wierność. Nie wystarczy, bym powiedziała Mu raz „tak”, ale żebym Go wybierała każdego dnia. Modlitwa bez powierzania się Bogu jest jak położenie opatrunku na szeroko otwartej ranie, która wymaga zszycia.

Gwałt nie tylko zniszczył moje życie, ale jeszcze doprowadził do choroby, która mogła skutkować brakiem potomstwa. Zastanawiałam się, czy po tym wszystkim możliwe jest prowadzenie normalnego życia. Nie byłam w stanie wyobrazić sobie, jak jakiś chłopak mógłby pokochać dziewczynę, która została zgwałcona i która na dodatek nie mogłaby mieć dzieci. Przestałam akceptować siebie i swoje ciało.

W końcu udałam się do pani ginekolog. Już na samym początku wizyty, zapoznawszy się z wynikami mojego USG i rezonansu magnetycznego, pani doktor sama z siebie zapytała mnie, czy nie padłam ofiarą gwałtu. Jej pytanie mnie zszokowało. Spytałam się, skąd o tym wie. Lekarka odpowiedziała, że na obrazach z badań widać, że moje ciało nosi ślady tego, co się wydarzyło. Poczułam się głęboko upokorzona – jakby na moim czole było wypisane, że jako młoda dziewczyna zostałam wykorzystana…

Na drodze uzdrowienia

Moje zdrowie fizyczne ulegało pogorszeniu. Czułam się coraz bardziej zmęczona. Kiedy znów pojawiła się u mnie miesiączka, moje ciało było wyczerpane. Wylądowałam w szpitalu, gdyż ból był już nie do zniesienia. Miewałam napady lęków i nie byłam w stanie się uspokoić.

Lekarze stwierdzili, iż ból był spowodowany endometriozą, ale mój organizm był zbyt wyczerpany, żeby móc go znosić. Powiedzieli mi, że jedynym rozwiązaniem, bym mogła normalnie funkcjonować, jest antykoncepcja. Tamten dzień w szpitalu był dla mnie tak ciężkim doświadczeniem, że w chwilach gdy płakałam i zwijałam się z bólu, jedyną rzeczą, o której myślałam, było zwrócenie się do Pana Jezusa z prośbą, by pozwolił mi umrzeć. To było ponad moje siły. Nie miałam wyboru: zgodziłam się na terapię hormonalną.

Poprosiłam zaprzyjaźnioną siostrę zakonną, żeby modliła się za mnie. Zaproponowała mi, bym odprawiła nowennę do bł. Karola de Foucauld. Jako że mieszkam tuż obok katedry Notre-Dame, każdego wieczoru szłam się pomodlić przed tamtejszym wizerunkiem Matki Bożej i pisałam do Niej listy. Prosiłam Ją o znalezienie jakiegoś rozwiązania, gdyż sytuacja wydawała mi się bez wyjścia. Maryja była moją jedyną nadzieją…

Z każdym kolejnym dniem nowenny ogarniał mnie coraz większy pokój. Pod koniec nowenny zadzwoniła do mnie przyjaciółka. Jej mama znała specjalizującego się w ziołolecznictwie lekarza, który bardzo jej pomógł w podobnych problemach zdrowotnych. W normalnych warunkach bardzo trudno byłoby uzyskać termin wizyty u tego lekarza, ale z powodu pandemii koronawirusa były jeszcze wolne miejsca na konsultację w nieodległym terminie. Było to opatrznościowe, gdyż dzięki temu specjaliście zaistniała nadzieja na znalezienie alternatywnej dla terapii hormonalnej metody leczenia. Podziękowałam Panu Jezusowi, składając wszystko w Jego ręce.

Nigdy bym się nie spodziewała takiego przebiegu wizyty. Dzięki bardzo szczegółowym badaniom krwi lekarz postawił zupełnie nieoczekiwaną diagnozę. Okazało się, że tak naprawdę nie jestem chora na endometriozę! Badania faktycznie wskazywały u mnie zbyt wysoki poziom kortyzolu, ale był on wynikiem obronnej reakcji mojego ciała na gwałt. Zupełnie tak, jakby przeżywało ono cały czas na nowo to doświadczenie, zwłaszcza w czasie miesiączki.

Wizyta ta uspokoiła mnie. Dowiedziałam się, że nie byłam chora i że było możliwe, aby za pomocą terapii ziołami doprowadzić moje ciało do stanu równowagi. Dowiedziałam się też, że pod pewnym względem objawy chorobowe były wynikiem mojego stanu psychicznego. Potrzebowałam spokoju, by wszystko powróciło na swoje miejsce.

Dziękowałam Matce Bożej i bł. Karolowi de Foucauld, że uchronili mnie od rozpoczęcia terapii hormonalnej i że wlali w moje serce nadzieję, ponieważ brak endometriozy oznaczał, iż w przyszłości mogłabym starać się o potomstwo. Nie mogłam w to uwierzyć! 

Droga do RCS

Podziękowałam Panu Bogu za wszystko, co się w ostatnim czasie przydarzyło. Prosiłam Go jednocześnie, ażeby dał mi możliwość duchowej odnowy.

Wkrótce moja mama znalazła informację o rekolekcjach Ruchu Czystych Serc w Gródku nad Dunajcem. Kiedy mi o nich powiedziała, pomyślałam sobie: „Super – rekolekcje w mojej ojczyźnie, na temat czystości, która jest tematem tak bardzo dla mnie ważnym. Panie Jezu, to jest najlepszy prezent, który mogłeś mi podarować!”. Zapisałam się więc na listę i z nadzieją czekałam na odpowiedź.

W połowie tygodnia otrzymałam maila z informacją o braku wolnych miejsc. Powiedziałam do siebie: „Panie, ufam Tobie. Wiem, że to Ty mnie prowadzisz. Teraz jednak niczego już nie rozumiem, to jest niemożliwe! Musisz teraz coś zrobić!”. Tej nocy udałam się na adorację i z całego serca się modliłam, ażeby Pan Jezus znalazł jakieś rozwiązanie. Jak zwykle Bóg mnie nie opuścił. Największą niespodzianką było to, że następnego dnia otrzymałam maila z informacją o jeszcze jednym wolnym miejscu. Niesamowite! Panie Jezu, jesteś najlepszy! Z wielką niecierpliwością oczekiwałam rozpoczęcia rekolekcji.

W Gródku podczas konferencji kapłani mówili o tym, jak ważne jest odbycie spowiedzi św., by móc się otworzyć na wszystkie łaski, które Pan Bóg dla nas na rekolekcjach przygotował. Toczyła się jednak we mnie duchowa walka. Nie miałam ochoty iść do spowiedzi. Wszystko mnie od niej odpychało. Wielkim wysiłkiem woli dokonałam szczegółowego rachunku sumienia, prosząc Boga, by otworzył me serce i pomógł mi przygotować się do spowiedzi generalnej. Podczas niej ksiądz powiedział mi, że taka spowiedź pozwala radykalnie odciąć się od przeszłości i wszystko rozpocząć od nowa.

Po spowiedzi odczułam wielki spokój. Poprzez ten sakrament Matka Boża otworzyła moje serce na to wszystko, co Pan Bóg przygotował dla mnie na rekolekcjach. Ważne słowa, która padały na wszystkich konferencjach, zapisywały się w moim sercu. Możliwość spotkania pełnych radości młodych dziewczyn była dla mnie bardzo poruszającym doświadczeniem. Zupełnie jakby Maryja poprzez nie stopniowo odnawiała moją kobiecość. Byłam tak bardzo szczęśliwa, że mogłam prowadzić głębokie rozmowy z młodymi osobami, które – tak jak ja – pragnęły żyć w czystości, a także z młodymi małżeństwami, które promieniowały Bożą miłością.

Ze względu na stan zdrowia potrzebowałam wiele snu. Gdy jednak usłyszałam, jak bardzo cenna jest nocna adoracja, zdecydowałam się uczynić wszystko, by na nią pójść. Prosiłam Boga, by dał mi potrzebne na to siły. Za pierwszym razem, gdy udałam się adorację, nie wiedziałam za bardzo, jak mam się modlić. Bałam się rozproszeń. A przecież trwałam przed ukrytym w Hostii wszechmogącym Bogiem. Poprosiłam Stwórcę, żeby ten czas był dla mnie spotkaniem z Miłością – by przyszła Ona do mojej nędzy…

Po pewnym czasie poczułam natchnienie do odmówienia bardzo konkretnej modlitwy. Z początku wydała mi się ona nieco dziwna, gdyż nigdy w ten sposób się nie modliłam. Jej słowa jednak tak mocno wybrzmiewały w mym sercu, że aż musiałam je sobie zapisać na papierze. Była to modlitwa prośby o błogosławieństwo względem każdej części mojego ciała oraz stanu łaski dla tego ciała, którym Pan Bóg mnie obdarzył.

Spisanie tej modlitwy było dla mnie bardzo trudne, gdyż nie widziałam niczego miłego w moim zranionym ciele. Oddałam się jednak Panu Bogu. Pokój, który zagościł w moim sercu w czasie spowiedzi, stał się teraz jeszcze silniejszy. Poczułam, że Pan Jezus dał mi siły, bym mogła się podnieść. Matka Boża obdarzyła mnie zaś łagodnością i słodyczą, ażebym była cierpliwa na długiej drodze do uzdrowienia. Po raz pierwszy od wielu lat, mimo iż mało spałam, fizycznie czułam się bardzo dobrze. Dziękowałam Panu za ten dar.

Następnego dnia wróciłam na adorację. Modliłam się za wszystkich uczestników rekolekcji. Kontemplowałam Pana Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie. W pewnej chwili ujrzałam, jak z wystawionej w monstrancji Hostii zaczęły wychodzić liczne promienie światła. Promienie te dochodziły do mnie i dotykały każdej części mojego ciała. Największy z nich wychodził ze środka Hostii i dotykał mojego łona. Nie wiem, jak długo to trwało, opuszczałam jednak kaplicę kompletnie wstrząśnięta.

Ta druga noc adoracji stanowiła dopełnienie tej pierwszej. W pewnym sensie Pan Jezus odnowił mnie duchowo poprzez moje ciało, żeby mi pokazać, iż jest tylko jedna droga uzdrowienia fizycznego i duchowego – tak jak jest jedność między ciałem i duszą. Pan Jezus kocha nie tylko moją duszę. On kocha mnie jako byt duchowo-cielesny. Kocha więc także moje ciało, którym mnie obdarzył. On jest moją drogą, bym mogła się pojednać z samą sobą.

Następnego dnia pani Pulikowska zaprosiła nas do podjęcia duchowej adopcji dziecka poczętego. To był niesamowity prezent, jaki Pan Jezus mi oferował! Przez cały rok, gdy krążyło wokół mnie widmo bezpłodności, moje serce ogarnięte było smutkiem i goryczą. Byłam naprawdę zraniona w wymiarze swojego macierzyństwa i ta rana cały czas we mnie pozostawała. Pan Jezus uzdrowił tę ranę, dając mi możliwość bycia w jakimś sensie matką. Możliwość codziennej modlitwy za to poczęte dziecko odnawia we mnie pragnienie macierzyństwa.

Na koniec rekolekcji udaliśmy się do sanktuarium bł. Karoliny Kózkówny – patronki RCS. Podczas Mszy św. prosiłam tę męczenniczkę w obronie czystości, by pomogła mi odzyskać moją czystość, która została mi skradziona. Zaraz po Komunii św. odczułam bardzo silną obecność bł. Karoliny. Była blisko mnie, pragnąc zjednoczyć swoje serce z moim, żeby oddać mi swoją czystość. To było najpiękniejsze zakończenie tych wspaniałych rekolekcji.

Podczas kilku dni Pan Jezus obdarzył mnie tyloma darami! Jego plany są lepsze niż najśmielsze moje marzenia. Dziś modlę się, by Maryja prowadziła mnie na drogę powołania, które Pan Jezus mi przygotował. Pełne uzdrowienie wymaga czasu. Moje serce jednak jest przepełnione uwielbieniem i Bożą łaską. Za Matką Bożą wołam: „wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, święte jest Jego imię” (Łk 1,49). 

Zuzanna

Tłum. i oprac. Jan Gaspars