Każdą duszę bronię

O siostrze Faustynie dowiedziałam się wiele lat temu; jestem prawie pewna, że był to rok 1982. Zapragnęłam zdobyć jej Dzienniczek i po pewnych perypetiach zdecydowałam się jechać po niego do Krakowa-Łagiewnik. Od tego czasu chętnie odwiedzam to miejsce.

W tym czasie żył jeszcze mój Dziadek. Miał ok. 85 lat. Nie był ateistą, ale żył, niestety, daleko od Kościoła. Martwiłam się o jego los wieczny. Gdy przeczytałam Dzienniczek, a szczególnie obietnicę Pana Jezusa „…gdy tę koronkę przy konających odmawiać będą, stanę pomiędzy Ojcem a duszą konającą nie jako Sędzia sprawiedliwy, ale jako Zbawiciel miłosierny” (Dz. 1541), postanowiłam trzymać Pana Jezusa za słowo. Pomodliłam się, prosząc Pana Jezusa, aby pozwolił mi być obecną przy Dziadku w chwili jego konania i odmawiać w tym właśnie czasie tę koronkę.

Wówczas Dziadek mieszkał w Toruniu, w Domu Rencistów, w odległości 35 km od naszego miejsca zamieszkania. Mieliśmy wtedy pięcioro dzieci, oczekiwałam szóstego. Nie było mi łatwo wyjechać z domu, ale Pan Bóg wybrał odpowiedni czas.

Był 31 marca 1983 roku – Wielki Czwartek. Dziadek od jakiegoś czasu był w szpitalu i postanowiliśmy – to jest ja, mój wujek i kuzyn – do niego pojechać. Wyjeżdżając, nie mieliśmy świadomości, że stan Dziadka jest kryzysowy. Jechaliśmy bez pośpiechu; po drodze wujek zaplanował jeszcze wiele spraw do załatwienia. Wyjeżdżając rano, dopiero około południa dotarliśmy do szpitala.

Nadmieniłam, że Pan Bóg wybrał odpowiedni czas. Otóż zbliżały się Święta Wielkanocne. Nasze starsze dzieci (11 i 10 lat) miały już czas wolny od szkoły i mogły pomóc w opiece nad młodszymi. Dlatego mogłam wyrwać się z domu. Był to Rok Miłosierdzia i czas miłosierdzia – Wielki Czwartek.

Ale wracając do naszego przybycia do szpitala: Dziadka zastaliśmy na łóżku, ciężko oddychającego. Nie wstał na nasze przywitanie, chyba nawet nie otworzył oczu. Coś się odezwał do nas, mając świadomość, że przyjechaliśmy do niego, ale było to jakby dla niego obojętne.

Zaniepokojeni zapytaliśmy lekarza, czy coś się z nim dzieje. Usłyszeliśmy, że Dziadek całą noc strasznie się rzucał i że powinniśmy „liczyć się już ze wszystkim”. Uświadomiłam sobie wtedy, że przecież prosiłam Pana Jezusa, abym mogła być przy odejściu Dziadka.

Powiedziałam do wujka, że już nie powinniśmy zostawiać Dziadka samego: niech oni odjadą, a ja zostanę i zobaczymy, co będzie dalej. Tak też zrobiliśmy.

Siedziałam przy Dziadku i prosiłam Pana Jezusa o światło, co mam czynić. Czy może wezwać księdza z ostatnią posługą? Co jakiś czas odmawiałam Koronkę do miłosierdzia Bożego.

Mając w pamięci dawną rozmowę z nim, kiedy to oświadczył mi, że jest już za późno na nawrócenie, bałam się, że Dziadek odmówi skorzystania z posługi sakramentalnej. Jednak postanowiłam odważyć się na cichą rozmowę z Dziadkiem. Powiedziałam: „Dziadku, a Pan Jezus…?”. Odpowiedzią było: „A…” – i milczenie.

Pocieszeniem dla mnie było to, że nie było „nie!”, czego tak bardzo się obawiałam. Modliłam się dalej i czekałam… Postanowiłam, że skoro już niedługo będzie godzina 15 – godzina Bożego miłosierdzia – to wtedy pomodlę się znów koronką i uproszę potrzebne łaski w tym czasie, gdy na oścież otwarte są drzwi Bożego miłosierdzia.

Odmówiłam tę koronkę, odłożyłam różaniec i nagle Dziadek zaczął się jakby krztusić. Chciałam mu pomóc, ale był tak ciężki i sztywny, że postanowiłam kogoś zawołać. Wybiegłam na korytarz i zobaczyłam kogoś w białym fartuchu. Poprosiłam: „Proszę ze mną na salę, gdyż nie wiem, co się z Dziadkiem dzieje”. Pani w białym fartuchu wzięła rękę Dziadka i mierzyła mu puls. Po chwili powiedziała: „kona”…  Wtedy wzięłam znów różaniec, uklękłam i głośno zaczęłam modlitwę Koronką do miłosierdzia Bożego. Przyłączyła się do mnie starsza pani, która siedziała przy łóżku innego chorego na tej sali.

Odmawiając z wielkim przejęciem koronkę, obserwowałam równocześnie Dziadka i jego coraz rzadszy oddech. Nagle nastała cisza. Nie dokończyłyśmy jeszcze koronki, gdy Dziadek wydał ostatnie tchnienie. Skonał spokojnie… Jestem przekonana, że wykonała się dosłownie obietnica Pana Jezusa…

Jakiś czas po jego śmierci miałam sen. Śniło mi się, że Dziadek wszedł do domu bardzo zmęczony, spocony i ubłocony. Narzekał: „Czemu mi nikt nie powiedział, że tak się cierpi”. Usiadł w pokoju przy ławie, na której leżała rozłożona książka. Był w niej na kartce obraz Pana Jezusa. Dziadek usiłował go zobaczyć i zapytał „Kto tu jest?”, zbliżając oczy do obrazu, aż dotknął go prawie czołem. „To jest Pan Jezus, Dziadku…”. „Nie widzę” – odpowiedział mi na to. Po przebudzeniu się zrozumiałam, że Dziadek jeszcze nie ogląda Boga i w ten sposób prosi o pomoc.

Janina