Ksiądz Aleksander Woźny otrzymał od Boga szczególny charyzmat rozpoznawania stanu duszy człowieka.
Przyszedł na świat 25 czerwca 1910 r. w Uzarzewie, niewielkiej wsi położonej w pobliżu podpoznańskiego Swarzędza, jako najmłodsze dziecko Anny i Edmunda Woźnych. Jego rodzice marzyli, by Ksan – takim zdrobnieniem nazywali Aleksandra – został kapłanem. O tym pragnieniu Edmund powiedział swemu synowi dopiero wtedy, gdy Aleksander poinformował bliskich, że wstępuje do seminarium.
Ojcowskiej radości towarzyszyły słowa przestrogi: „Synu, cieszę się, że Bóg na nas wejrzał… Ale pamiętaj, gdybyś miał się sprzeniewierzyć swemu powołaniu, to wolałbym, aby cię Bóg zaraz zabrał” (W. Mueller, Jeden z nas. Księdza Aleksandra Woźnego tajemnica powołania, s. 47).
Decyzja, żeby pójść za Chrystusem, oddać Mu swe życie na serio, bez zastrzeżeń, nie była dla Aleksandra łatwa. W gimnazjum odkrył w sobie zamiłowanie do techniki. Planował, tak jak jego starszy brat Tadeusz, zostać inżynierem. Był wesołym, zwyczajnym chłopakiem; doskonale widać to na szkolnych zdjęciach. Na wezwanie do służby Bożej, które poczuł w swym sercu, początkowo odpowiedział buntem. Ostatni rok przed maturą był dla niego czasem wewnętrznych zmagań i – będących ich konsekwencją – popełnionych błędów.
Już jako kapłan Aleksander otwarcie przyznawał: „Nigdy w swoim życiu nie popełniłem tyle grzechów na złość Panu Bogu, jak właśnie w tym okresie, przed wstąpieniem do seminarium” (A. Woźny, Bóg jest najważniejszy, s. 75).
Chciał być księdzem, ale wiedział, że nie jest to łatwa droga. W swym pamiętniku zapisał: „Brak dobrych, ofiarnych, bezinteresownych księży świeckich [diecezjalnych – przyp.: A. Ł.] pociąga mnie”.
Młody maturzysta, który pragnie wynagrodzić swoim życiem Panu Jezusowi za kapłanów, zostanie kiedyś ich przewodnikiem, ojcem duchowym i spowiednikiem, który nawróci wielu swoich współbraci.
Będzie to czynił z miłością, pokornie przyznając: „Jeżeli nie doszło do tego, do czego mnie zły duch kusił – stało się to z czystego Bożego miłosierdzia” (tamże).
Pokora – pierwszy stopień do świętości
Pokora to cnota, którą sługa Boży praktykował w stopniu heroicznym. Uczył się jej od początku swej kapłańskiej drogi. Jego pierwszy proboszcz, ks. Stefan Kaczorowski, szybko dostrzegł zalety młodego wikariusza. Przeniesienie z parafii pw. św. Stanisława Kostki w Poznaniu do katedry było dla ks. Aleksandra swego rodzaju awansem.
Jakże bolesnym doświadczeniem musiało być zatem dla niego „karne” skierowanie do Borku pod Gostyniem. Trafiali tam wikariusze, którymi trzeba było trochę pokierować w ich posłudze, stąd wzięło się przezwisko proboszcza parafii pw. Pocieszenia Najświętszej Maryi Panny – ks. Stefana Pawłowskiego – „Temperówka Wikariuszy”.
Czym naraził się ks. Aleksander? Można powiedzieć, że na tamte czasy jego poglądy były dość rewolucyjne. Gdy na spotkaniu kapłańskim omawiano problem bezdomności w Poznaniu, zaproponował, że może przyjąć do siebie kilka osób, które nie mają gdzie mieszkać. Oświadczenie wikariusza wzbudziło niemałą konsternację wśród zebranych kapłanów.
Próbował również – popierając swojego ówczesnego proboszcza ks. Kazimierza Szreybrowskiego – przekonać starszych kanoników, że należy udzielać w katedrze chrztów i ślubów. „Katedra to jest taki kościół, w którym nie wolno udzielać niektórych sakramentów ustanowionych przez Jezusa Chrystusa. Najwyższa pora to zmienić” – odważnie zabrał głos.
„Zesłanie” do Borku było dla młodego księdza czasem łaski. Proboszcz tamtejszej parafii zorientował się, że Boża opatrzność skierowała do jego świątyni wyjątkowego kapłana.
W Borku ks. Aleksandra zastał wybuch wojny – wojny, która skierowana była także przeciwko polskiemu duchowieństwu. Obóz w Bruczkowie, Fort VII w Poznaniu, lagry w Buchenwaldzie i Dachau – każde z tych miejsc boleśnie wpisało się w życie młodego wikariusza.
Do obozowych wspomnień ks. Aleksander wracał niechętnie – nie miał potrzeby, by się nimi dzielić i by dawać świadectwo. Swoich oprawców bronił, próbował ich tłumaczyć. Wystarczy jednak spojrzeć na zdjęcie wykonane w 1945 r. w punkcie repatriacyjnym w Koźlu, aby się zorientować, jak wiele tam wycierpiał. Aleksander miał wówczas 35 lat. Na fotografii wygląda znacznie starzej: ostro zarysowane kości policzkowe, wymizerowana twarz… I pomyśleć, że jest już po rekonwalescencji, którą przeszedł pod Monachium.
Wraca do Poznania jako pierwszy kapłan z diecezji. Skierowany zostaje do pracy w parafii pw. św. Jana Kantego w Poznaniu przy ulicy Grunwaldzkiej. Jest to parafia, na terenie której stoją obozowe baraki, obok których będzie codziennie przechodził. W baraku po dawnej poniemieckiej gospodzie będzie miał swój pierwszy kościół.
W 1950 r. ks. Aleksander ponownie traci wolność. Za zreferowanie wiernym listu biskupów w sprawie Caritasu zostaje skazany na rok więzienia. Na wolność wychodzi po dziewięciu miesiącach. Zdrowie ks. Woźnego, nadszarpnięte pobytami w lagrach, pogarsza się, gdy strażnik uderza jego głową o ścianę. Silne bóle głowy będą krzyżem, który kapłan poniesie w ukryciu, nikomu się nie skarżąc.
„Więzień konfesjonału”
Grunwaldzka 86 – adres ten szybko staje się znany nie tylko w Poznaniu. Do spowiedzi do ks. Aleksandra przyjeżdżają penitenci z całej Polski. Dostrzegają, że ten pokorny kapłan otrzymał od Boga szczególny charyzmat rozpoznawania stanu duszy człowieka. Zdarza się, że odsłoni komuś jego przyszłość. Powie tyle, ile Pan Jezus pozwoli mu przekazać. Niektórych męczy przedłużająca się cisza w konfesjonale, ale właśnie wtedy spowiednik prosi Boga o światło.
Ksiądz Woźny spowiada całymi godzinami, do późnej nocy. Gdy musi wyjechać lub coś załatwić, przyczepia do konfesjonału kartki z informacją, kiedy wróci. Ślady po pinezkach, którymi je mocował, zachowały się na nim do dziś.
Jego życie obfituje w sytuacje niezwykłe, będące wynikiem jego głębokiej, prawdziwej relacji z Bogiem. Przytoczyć warto dwie, najbardziej znane.
Pewnej nocy ks. Aleksander, obudzony głosem Anioła Stróża, wstał i posłuszny swemu Opiekunowi wyszedł na ulicę ubrany w sutannę. Jego spacer o nietypowej godzinie okazał się mieć zamierzony przez Boga cel. Właśnie o tej porze przechodził Grunwaldzką podróżny, który zabłądziwszy w obcym mieście, przypomniał sobie, że dawno nie był u spowiedzi. Pewien, że kapłana nie spotka, pomyślał, że gdyby teraz miał taką możliwość, to by się wyspowiadał. Jakież było jego zdumienie, gdy zobaczył przechadzającego się ulicą księdza!
Sługa Boży potrafił zaskoczyć również swoją stałą penitentkę. Gdy któregoś razu uklęknęła przy kratce konfesjonału, ksiądz oznajmił, że tego dnia nie będzie jej spowiadał. Kobieta dostała polecenie udania się na dworzec i poproszenia o spowiedź pierwszego napotkanego kapłana. Niecodzienna prośba.
W duchu posłuszeństwa udała się we wskazane miejsce i pokonując wiele trudności, w tym niechęć zirytowanego jej nachalnością księdza, wyspowiadała się u niego. Wyjaśniła mu przy tym, że spełnia tym samym polecenie swego stałego spowiednika – ks. Woźnego. Na te słowa kapłan zapłakał. Poprosił kobietę, by podziękowała ks. Aleksandrowi, gdyż właśnie jechał do biskupa, by oświadczyć, iż rezygnuje z kapłaństwa. Ta sytuacja uświadomiła mu, że ma się nawrócić…
Droga dziecięctwa duchowego
Niektórzy słyszeli w konfesjonale: „Czy jesteś gotowy zrobić dla Pana Jezusa wszystko? Idź więc na ulicę Zakręt, pod adres, który ci wskażę, i powiedz, że jesteś dzieckiem Bożym”.
Ci, którzy mieli odwagę wykonać zadanie, wchodzili tym samym na drogę duchowego dziecięctwa, którą żył sługa Boży. Polegała ona na całkowitym oddaniu siebie i wszystkiego Panu Bogu. Na zgadzaniu się, że to On będzie kierował naszym życiem, naszymi sprawami, i to w sposób dla nas najlepszy. Oddanie się Bogu to cierpliwe czekanie, ażeby Stwórca to wszystko, co złe, po kolei sam z nas pousuwał.
Najważniejsza na tej drodze jest żywa wiara, że Pan Bóg jest naprawdę naszym Ojcem, a my nie tylko nazywamy się, ale jesteśmy dziećmi Bożymi. Trzeba przyjąć Ewangelię w całości. Nie czynić postanowień, lecz przyjąć to, co przynosi życie. Nie martwić się upadkami, tylko zaraz Pana Jezusa za nie przepraszać. Kierować się natchnieniami Bożymi.
Spełniać prośby bliźnich, bo bliźni to Pan Jezus, a On pragnie, byśmy zawsze działali przez Najświętszą Maryję Pannę.
Jest to droga dostępna dla dusz najmniejszych, najsłabszych – nasza grzeszność i nędza nie jest tu żadną przeszkodą, wystarczy bowiem zaufać miłosierdziu Bożemu i wszechmocy Bożej, a Bóg sam poprowadzi nas do świętości. Droga ta wyzwala z egocentryzmu, czyli ciągłego zajmowania się sobą pod pozorem dążenia do doskonałości.
W 1956 r., gdy Wspólnota Dzieci Bożych w Polsce liczyła już 200 osób, ks. Woźny zorganizował spotkanie na Jasnej Górze, by oddać tam Dzieci Boże Matce Najświętszej. Takich spotkań odbyło się pięć, ostatnie w 1977 r. Czym kierował się sługa Boży, wybierając wśród penitentów przyszłe Dzieci Boże? Pozostało to jego tajemnicą. Połączeni wspólną drogą ludzie czuli ze sobą więź. Częstym miejscem ich spotkań były nadmorskie Dębki, które lubił odwiedzać ks. Aleksander.
Zatroskany duszpasterz
Dzieci Boże to niejedyna wspólnota, którą opiekował się sługa Boży. W 1970 r. został ojcem duchowym Rodziny Serca Miłości Ukrzyżowanej. Z jego inicjatywy przy parafii św. Jana Kantego powstały również kręgi rodzinne Ruchu Światło-Życie, Odnowa w Duchu Świętym i wspólnota drogi neokatechumenalnej.
Ksiądz Woźny był cenionym rekolekcjonistą. Prowadził kapłanów, kleryków, zapraszały go wspólnoty zakonne. Nazywany specjalistą od kobiecej duszy, przez wiele lat pełnił funkcję Krajowego Duszpasterza Kobiet. Wprowadził w parafii nowatorski, jak na tamte czasy, cykl pogadanek na temat funkcjonowania kobiecego organizmu. Walczył w ten sposób z antykoncepcją i aborcją. Walka o życie nienarodzonych zbliżyła go do doktor Wandy Półtawskiej.
„Poznałam go pod koniec lat 50. minionego wieku – w Poznaniu. Od razu mnie ujął przy pierwszym podaniu ręki. Z rozmowy, ze sposobu bycia poczułam, że był więźniem obozu koncentracyjnego. Ta sama więź, »nadawanie na tej samej fali« […]. Był niebywale realistyczny, także w wierze. Był wręcz przykładem realizmu wiary. Jak małe dziecko, dał się Bogu prowadzić za rękę” (W. Mueller, Potyczki księdza Aleksandra Woźnego z komunizmem, s. 489).
Ojciec Święty Jan Paweł II również doceniał pracę pokornego kapłana. Będąc w Poznaniu 20 czerwca 1983 r., zaprosił księdza Woźnego do koncelebrowania Mszy św. na Łęgach Dębińskich. Z tym wydarzeniem związana jest zabawna anegdota. Otóż za łaskę wspólnej modlitwy z papieżem ks. Aleksander postanowił podziękować Bogu w ten sposób, że do domu wróci piechotą, niosąc w ręce albę i księgę. Po drodze wielu uprzejmych parafian, widząc maszerującego ulicą proboszcza, zatrzymywało samochody, proponując mu transport. „Mało brakowało, a bym przyrzeczenia nie dotrzymał” – mówił potem z uśmiechem.
W sierpniu stan jego zdrowia się pogorszył. Konieczna była hospitalizacja. Serce ks. Aleksandra słabło z każdym dniem… Odszedł do Boga 21 sierpnia, we wspomnienie św. Piusa X, którego darzył szczególnym nabożeństwem. Krótko przed śmiercią zapytano go, czy będzie pomagał z nieba.
Odpowiedział: „Gdy się kogoś bardzo kochało na ziemi, będzie się go kochało i w niebie”.
Kościół św. Jana Kantego w Poznaniu, w którym spoczywają doczesne szczątki ks. Aleksandra Woźnego, jest miejscem szczególnych łask. W każdy trzeci czwartek miesiąca o godz. 18.30 odprawiana jest tam Msza św. w intencji beatyfikacji sługi Bożego oraz o cud za jego przyczyną. Uzdrowienia duchowe, nawrócenia, uwolnienia z nałogów – ci, którzy ich doświadczyli, wierzą, że zawdzięczają je wstawiennictwu ks. Woźnego.
Co powiedziałby na to ks. Woźny? „Wszystko ma wartość o tyle, o ile jest czynione z miłości” – mawiał. „Proboszczem jest tu miłosierdzie Boże, wszystkiego dogląda św. Józef, a ja jestem tylko woźnym”.








