Zaczęłam czytać Pismo Święte. Trwało to kilka dni. Nadszedł moment, który trudno mi wyjaśnić, a nawet zrozumieć. Czytałam i nagle z moich oczu popłynęły łzy. Rozpłakałam się bardzo i wtedy zrozumiałam, że to, co jest napisane w Biblii, jest prawdą i nie muszę już szukać dowodów na istnienie Boga.
Wracam myślami do przeszłości. Wspominam jeszcze czas komunizmu. Jest 1987 r. O Solidarności mówi się wtedy na całym świecie, zmienia się kierunek polityki w Polsce. Dziewięć lat wcześniej, w 1978 r., podczas konklawe wybrano na papieża Polaka – Karola Wojtyłę, który przyjął imię Jan Paweł II.
W tamtym czasie po raz pierwszy usłyszałam od rodziców, że jest Bóg. Powiedzieli mi, że pojedziemy do innego miasta, abym mogła przyjąć chrzest. Miałam wówczas 12 lat. Rodzice stwierdzili, że jak dorosnę, to być może trafię na religijnego chłopaka i będzie trzeba załatwić mi metrykę chrztu do sakramentu małżeństwa. No to pojechałam.
Ksiądz, który udzielał mi chrztu świętego, był neoprezbiterem. Zarówno dla mnie, jak i dla tego księdza było to ważne wydarzenie, które obydwoje pamiętamy do dzisiaj.
Wykułam na pamięć prawie cały mały katechizm, ale niewiele z tego rozumiałam. Pamiętam, że w momencie gdy ksiądz polewał mi głowę wodą, zaśmiałam się. Takie to dla mnie było śmieszne i dziwne. Odbierałam to jak magiczne sztuczki, taki hokus-pokus.
Po powrocie do rodzinnego miasta jeszcze jakiś czas uczestniczyłam w niedzielnych Eucharystiach, ale do spowiedzi bałam się przystępować. Za bardzo mnie to stresowało, więc szybko z niej zrezygnowałam. Po niedługim czasie zupełnie przestałam uczestniczyć w Mszach św.
W ósmej klasie szkoły podstawowej przyjęłam sakrament bierzmowania. Istoty tego sakramentu także nie rozumiałam. Skupiłam się tylko na tym, żeby nauczyć się modlitw do egzaminu, który był obowiązkowy. Wykułam i zdałam. Tylko Duch Święty wie, ile z tego dobra wyniknęło.
Gdy dostałam się do liceum, okazało się, że religia będzie jednym z przedmiotów w szkole. Znowu musiałam uczyć się nowych terminów i tekstów, których wcale nie rozumiałam. Byłam w tamtym czasie bardzo zbuntowana. Nie wierzyłam w istnienie Boga. Stałam po stronie uczniów, którzy woleli, aby Kościół nie wtrącał w życie człowieka. Uważałam, że każdy ma prawo decydować o sobie i o swoich dzieciach.
Na studiach związałam się z grupą składającą się z ateistów. Dobrze się rozumieliśmy. Ze znajomymi studentami wspólnie śpiewaliśmy pieśni antykościelne. Bardzo się teraz wstydzę słów, które wtedy wyśpiewywałam o Bogu i o Kościele. Słowa, że „Biblia to kicz” były najdelikatniejsze…
Kiedy miałam 21 lat, spotkałam świadków Jehowy. Dwie kobiety z tej wspólnoty zaczęły mi opowiadać o stworzeniu świata. Wtedy bardzo się interesowałam powstaniem świata od strony naukowej, więc na ich argumenty o tym, że świat został stworzony przez Boga, odpowiadałam o Wielkim Wybuchu, białych olbrzymach, czerwonych karłach, innych planetach i galaktykach oraz ogólnie o tym, że świat ciągle podlega zmianom i się tworzy. Dużo dyskutowałyśmy. One mówiły o Bogu, a ja o tym, jak to wygląda od strony naukowej.
Nie znałam w tamtym okresie Boga, nie wierzyłam w Niego. Pomyślałam, że jeśli przeczytam Pismo św., to tam znajdę fragmenty, które obalą tezę o stworzeniu świata przez sześć dni. Chciałam tym paniom udowodnić, że to ja mam rację, że Biblia to kicz i to, co w niej jest napisane, nie jest prawdą.
Zaczęłam czytać Pismo św. Trwało to kilka dni. Nadszedł moment, który trudno mi wyjaśnić, a nawet zrozumieć. Czytałam i nagle z moich oczu popłynęły łzy. Rozpłakałam się bardzo i wtedy zrozumiałam, że to, co jest napisane w Biblii, jest prawdą i nie muszę już szukać dowodów na istnienie Boga. To był moment mojego nawrócenia. Zapragnęłam pójść do spowiedzi i rozpocząć nowe życie, już z Jezusem. Od tej pory zewnętrznie nic się we mnie nie zmieniło, ale łaska Boża działała i wiara zaczęła we mnie kiełkować. Były jednak wzloty i upadki. Odejścia i powroty do Kościoła i sakramentów…
Kiedy miałam 26 lat, wyjechałam za granicę, gdzie pracowałam jako nauczycielka. Tam dojeżdżałam do kościoła na Msze św. kilka razy w tygodniu i tam też zrodziło się moje powołanie. Podczas urlopu w Polsce jeden z księży zapytał mnie, co chciałabym w życiu dalej robić. Odpowiedziałam, że na pewno nie chcę być zakonnicą, a nad resztą się zastanawiam. Wtedy jeszcze uważałam siostry zakonne za głupie kobiety, które marnują sobie życie, zamykając się w klasztorach. Nie rozumiałam również sensu modlitwy.
Po trzech tygodniach powiedziałam temu samemu księdzu, że chcę iść do zakonu. Już nawet wiedziałam, do jakiego. Jak to się stało, że tak nagle zmieniłam zdanie? Znowu – w dziwny sposób. Obudziłam się z myślą, że powinnam iść do konkretnego zgromadzenia, że tego chce Bóg i że to jest moja droga życiowa, moje powołanie. Bardzo się przestraszyłam tych myśli, bo one nie były wcale wcześniej moimi myślami. Bałam się, ale jednocześnie pojawiła się też radość, która ostatecznie zwyciężyła w moich rozterkach. Czułam, że Bogu nie mogę odmówić.
Nie było mi łatwo podzielić się swoim planem na życie z rodziną i znajomymi. Mama co prawda zostawiła mi wolny wybór, ale widziałam, jak bardzo w sercu z tym się nie zgadza i jak bardzo cierpi, bo nie rozumie, czym jest powołanie. Tata wtedy już od roku nie żył.
Jestem siostrą zakonną. Złożyłam śluby wieczyste. Na obrazku ze ślubów zamieściłam cytat z Listu św. Pawła do Koryntian: „Dzięki łasce Bożej jestem tym, kim jestem” (1 Kor 15,9).
Po ślubach przez 10 lat pracowałam jako katechetka. W 2017 r. moje życie nagle się zmieniło. Miałam atak padaczki i obudziłam się w szpitalu. Po kilku dniach przyszedł wynik rezonansu: oponiak – około pięciocentymetrowy guz mózgu, drugi stopień złośliwości. Guz został wycięty. Po operacji lekarze powiedzieli, że jeszcze trzy dni trzeba czekać, aby zobaczyć, czy przeżyję. Modlitwa płynęła z wielu zakątków Polski, a nawet ze świata. Modliły się moje współsiostry, księża, znajomi i przyjaciele.
Po trzech dniach otworzyłam oczy. Rozpoczął się czas rehabilitacji, który trwa do dzisiaj. Uczyłam się chodzić, pisać, czytać, a nawet trzymać w ręku szklankę czy długopis. Ucieszyłam się, że mogłam przed operacją przyjąć sakrament namaszczenia chorych.
Uświadomiłam sobie, że chwila i mogłoby mnie już na tym świecie nie być… Guz rósł w mojej głowie i nawet o tym nie wiedziałam. Został wycięty, ale w każdym momencie może pojawić się wznowa. Cieszę się jednak każdą chwilą życia. Skoro Pan Bóg pozwolił mi jeszcze żyć, to mam coś do zrobienia, jakieś zadanie.
W 2020 r. pojawił się u mnie nowy, 13-milimetrowy guz. Malutki, ale był. Lekarze skierowali mnie na naświetlanie, podjęłam radioterapię. Po kilku miesiącach pojawiły się u mnie kolejne napady padaczki, z porażeniem Todda. Jest to lekki paraliż prawej strony ciała. Znowu kolejna rehabilitacja… Ostatni atak padaczki miałam pod koniec 2022 r. Lekarze powiedzieli mi, że to nie koniec, że tak już będzie, ale będą się starać o to, ażeby takie ataki zdarzały się jak najrzadziej.
Nie martwię się o przyszłość. Pokój i radość życia daje mi wiara. Wierzę gorąco, że Bóg mnie kocha i ma dla mnie plan, że się zatroszczy o wszystko. Wiele razy w moim życiu to pokazywał. Czy to nie cudowne, że On zna liczbę naszych włosów, że tak bardzo się interesuje naszym życiem? Jeśli interesuje się nawet moimi włosami, to czy nie bardziej jest przejęty moją duszą, moim sercem? Przecież dał obietnicę, że będę z Nim żyła na wieki. Bóg nigdy nie cofa danego słowa, zawsze jest mu wierny.
Wierzę w obietnicę życia wiecznego, wieczną radość z przebywania z Jezusem w królestwie niebieskim. Czy mogę chcieć czegoś więcej? Tyle dobra otrzymałam! Tyle łask, tyle miłości od bliskich mi osób, tyle pomocnych dłoni…Wskutek mojej choroby wiele osób podjęło modlitwę wstawienniczą za mnie, zamawiało Msze św. Bogu niech będą dzięki!
Siostra zakonna







