Od New Age do prawdziwej wiary

osoba, która chce osiągnąć tzw. oświecenie metodami okultystycznymi - ryzykuje swoją duszę

Podczas Wielkanocy weszłam do kościoła i stwierdziłam, że skoro już tu jestem, to przystąpię do spowiedzi. Ale jak miałam odbyć szczerą spowiedź, skoro żyłam w niesakramentalnym związku i nie zamierzałam z niego wyjść?

Duchowe poszukiwania

Mam na imię Roma. Mój ojciec był alkoholikiem. Mama starała się przekazać mi wiarę, stąd Pan Bóg był obecny w moim życiu: przyjęłam podstawowe sakramenty i chodziłam do kościoła. Jednocześnie w domu wierzyliśmy w zabobony i horoskopy oraz czytaliśmy książki, które odwoływały się do New Age.

W rodzinie czułam się niedostrzegana i odrzucana. Zamknięta w sobie zaczęłam w pewnym momencie sięgać po książki, które – jak mi się wydawało – mogły pomóc mi w zrozumieniu świata, sensu życia i w tzw. pozytywnym myśleniu. To miało ukoić wszystkie emocje, które w sobie tłamsiłam. Zaczęłam ćwiczyć intensywnie tai-chi. Nie stroniłam też od innych praktyk Dalekiego Wschodu, szukając tzw. wewnętrznej równowagi w New Age.

W pewnym momencie podupadłam na zdrowiu. Problemy z krążeniem „leczyłam” u znachora z Dalekiego Wschodu. Jego metodą była homeopatia i ziołolecznictwo pomieszane z medytacją, podczas której sporządzał ziołowe mieszanki. Po pewnym czasie zaczęłam ćwiczyć jogę i wydawało mi się, że wreszcie odnajdę poszukiwaną harmonię.

W liceum miałam bliską koleżankę, która była świadkiem Jehowy i która zapraszała mnie do swojego zboru. Miałam też inną, która interesowała się kartami i wróżeniem. Ona z kolei zapraszała mnie na wróżby. Można powiedzieć, że „inicjacji” w świat duchowy przeszłam sporo i byłam na nie bardzo podatna, ale nie było w nich Boga.

Po zdaniu matury postanowiłam wyprowadzić się z domu. Nie mogłam znieść atmosfery, jaka w nim panowała. Zamieszkałam w akademiku i podjęłam zajęcia w studium medycznym. Ponieważ nie miałam ugruntowanego systemu wartości, szybko w moim życiu pojawił się alkohol i miękkie narkotyki.

Po pewnym czasie powiedziałam sobie: dość! Nie chciałam tak dłużej żyć. Chciałam coś w życiu osiągnąć, być zdrowa, szczęśliwa, a nie obracać się w towarzystwie ludzi, którzy żyją od imprezy do imprezy, a rano budzą się na kacu. Byłam wtedy w związku z chłopakiem. Zerwałam z nim i szybko weszłam w kolejny związek.

Wydawało mi się, że tym razem z osobą, która jest rozsądna, bo skończyła studia i pracuje. „Z takim mężczyzną u boku na pewno będę szczęśliwa” – myślałam, bo rzadziej sięgał po alkohol, nie palił i nie miał uzależnień. Był jednak pewien problem: on był osobą niewierzącą. Pomimo tego zamieszkałam z nim.

Edukacja steinerowska

Wkrótce podjęłam pracę w przedszkolu waldorfskim. Stosuje się tam tzw. pedagogikę steinerowską, która bardzo mocno nawiązuje do antropozofii. Twórcą jej jest Rudolf Steiner. Podkreśla się w niej wprost okultyzm, nazywając go „poznaniem ponadzmysłowym”.

Steiner należał najpierw do Towarzystwa Teozoficznego, a potem stworzył antropozofię opierającą się na systemie „technik duchowych”. W ten sposób uzyskaną od złych duchów „wiedzę” chciał zastosować w sztuce, rolnictwie i właśnie w pedagogice.

Ta wizja świata jest nie do pogodzenia z chrześcijaństwem. Nie można zarazem należeć do towarzystwa antropozoficznego i do Kościoła. Potwierdził to w 1919 r. papież Benedykt XV, zatwierdzając decyzję Świętego Oficjum zabraniającą katolikom przynależności do towarzystw antropozoficznych.

W przedszkolu waldorfskim poczułam się jak ryba w wodzie. Sprawiła to atmosfera tego miejsca i wrażenie wielkiego uduchowienia. Ćwiczyłam cały czas jogę, leczyłam się „naturalnie” i byłam w związku dającym mi szczęście. Wszystko wydawało się idealne! Była przewidywalność i stały rytm – coś, czego mi tak bardzo brakowało w rodzinnym domu.

Na szkoleniach waldorfskich mówiono nam, że Jezus nie zmartwychwstał i że jest dwóch „Jezusów”: jeden to reinkarnacja Kryszny („Jezus natański”), a drugi Zaratusztry („Jezus salomonowy”). Chrystus, jako „duch słoneczny”, miał uciec z Ziemi przed żywiołem wody na Słońce.

Na szkoleniach wprowadzano nas też w kinezjologię edukacyjną (pseudonaukowa metoda terapii różnych zaburzeń). Podczas tych spotkań ćwiczyliśmy wizualizacje i praktykowaliśmy medytację. Duży nacisk kładziono na „duchowy samorozwój” nauczycieli w rozumieniu New Age. Każdą duchowość, zwłaszcza praktyki Dalekiego Wschodu, uważano za równie pożyteczną.

Przechodziłam również rytuał mis i gongów tybetańskich. Pamiętam, jak leżeliśmy na matach, a prowadząca grała na gongach i podchodziła do każdego, kładąc je na różnych miejscach ciała. Mnie akurat położyła gong na sercu. Nie był to moment jakiejś szczególnej relaksacji. Czułam się z tym bardzo nieswojo, aczkolwiek nie buntowałam się. Nawet wtedy, gdy czułam dyskomfort, nie miałam odwagi powiedzieć, że nie chcę w tym brać udziału.

Tęsknota za Źródłem

Nadszedł wreszcie taki czas w moim życiu, kiedy poczułam tęsknotę za Bogiem. Niby wchodziłam w „duchowość”, ale właściwie to było zagłębianie się tylko w siebie, we własne „ja”. „Ja” pogłębiało wiedzę, „ja” miało być spokojniejsze, „ja” miało być odprężone…

Poczułam, że potrzebuję Siły Wyższej, wsparcia, prowadzenia. Czułam tęsknotę za Źródłem, z którego pochodzę, żeby nadać sens swojemu życiu.

Podczas Wielkanocy weszłam do kościoła i stwierdziłam, że skoro już tu jestem, to przystąpię do spowiedzi. Ale jak miałam odbyć szczerą spowiedź, skoro żyłam w niesakramentalnym związku i nie zamierzałam z niego wyjść? Czułam się uzależniona od swojego partnera i wewnętrznie rozdarta. Z jednej strony tęskniłam za Bogiem, a z drugiej za swoim partnerem. Miałam świadomość, że aby być blisko Boga, muszę przestrzegać Jego przykazań, a nie żyć w związku niesakramentalnym i robić, co tylko chcę, nie licząc się z nikim i niczym…

Pewnego razu chłopak, z którym mieszkałam, wrócił z meczu, a ja nie byłam w stanie normalnie z nim rozmawiać. Czułam się bardzo samotna i było mi z tym bardzo źle…

Następnego dnia rano przytłoczona poszłam do pracy. Wychodziłam zazwyczaj z przedszkola jako ostatnia, gasząc światło i zamykając drzwi. Tym razem coś jakby mnie zatrzymało. Stałam przed drzwiami i nie mogłam zrobić kroku. Tak się akurat zdarzyło, że koleżanka czegoś zapomniała i cofnęła się. Zobaczyła mnie i zapytała, co się stało. Powiedziałam jej, że nie mogę wrócić do domu i nie wiem, co mam zrobić.

Okazało się, że jej znajomy miał akurat wolne mieszkanie i mogłam tam bez problemu przenocować. Po dwóch dniach przeniosłam się do innej koleżanki, a potem jeszcze ktoś znajomy znalazł mi mieszkanie, do którego się wprowadziłam. Z jednej strony zawalił się cały mój dotychczasowy świat (straciłam mieszkanie, związek), a z drugiej wiedziałam, że Pan Bóg przecina coś i zaczyna coś nowego.

Zaczęłam zadawać Bogu pytania: Co dalej? Co mam robić? Gdzie iść? Wtedy w moim sercu pojawiła się odpowiedź: „Idź na terapię i na Mszę św.”. Jeszcze tego samego dnia rozpoczęłam terapię dla DDA (dorosłych dzieci alkoholików) i poszłam na Eucharystię, podczas której była modlitwa o uzdrowienie. Trafiłam w ten sposób na spotkania wspólnoty Jerozolima.

Bóg przemawia

Po Mszy św. odbyła się modlitwa o uzdrowienie. Utworzyły się małe grupki, w których osoby posługujące modliły się nad uczestnikami. Podczas modlitwy jedna z osób powiedziała, że ma dla mnie słowo: „Ja, Pan, twój Bóg, ująłem cię za prawicę, mówiąc ci: »Nie lękaj się, przychodzę ci z pomocą«. Nie bój się, robaczku Jakubie” (Iz 41,13-14).

Posługująca zapisała mi ten fragment; poszłam z nim do ławki i tam dopiero koleżanka wyjaśniła mi, o co chodzi. Zrozumiałam, że Pan Bóg do mnie przemówił i to jest słowo od Niego.

Od tamtej chwili poczułam, że chcę iść za Nim, że chcę poznawać tego Boga, który do mnie mówi, który mi pomaga, daje mi nowe życie i nową drogę. Jeśli mam nią kroczyć, to tylko z Nim! To był moment mojego nawrócenia.

Od tego dnia zaczęłam regularnie uczęszczać na spotkania Jerozolimy. W małej grupce modliliśmy się i czytaliśmy wspólnie Pismo św., przystępując regularnie do sakramentów. Czułam, że walka duchowa dopiero się zaczyna.

Rozpoczęłam seminarium Odnowy w Duchu Świętym. Pan przemówił do mnie przez słowo, że jestem jak apostołowie w łodzi na jeziorze podczas burzy. Jezus szedł do mnie po wzburzonym jeziorze, a ja siedziałam w łodzi. Była przy mnie Maryja z Józefem. Kiedy usłyszałam o Świętej Rodzinie, oczami wyobraźni zobaczyłam obraz, który wisiał nad moim łóżkiem od Pierwszej Komunii Świętej – obraz Świętej Rodziny! Byłam w dobrych rękach!

Od czasu seminarium zaczął się mój proces uzdrawiania i walki duchowej. Im bardziej zbliżałam się do Boga, tym bardziej czułam, że jest coś nie tak w moim życiu. To, co wydawało mi się wcześniej pociągające, teraz uważałam za grzeszne.

Uwalnianie z więzów

Długo dojrzewałam do decyzji zerwania z jogą. Byłam przekonana, że to tylko ćwiczenia fizyczne. Kiedy dotarło do mnie, że muszę przestać chodzić na jogę, zaczęłam mieć problemy, by pójść na Mszę św., przystąpić do Komunii i w ogóle się modlić.

Nie byłam w stanie wymówić nawet słów: „Bądź wola Twoja” podczas modlitwy Ojcze nasz, jakby coś ściskało mnie za gardło… Wtedy Łukasz (mój chłopak, a obecnie mąż) zadzwonił do grupki z prośbą o modlitwę i po tej modlitwie już więcej na jodze się nie pojawiłam. To była uwalniająca decyzja.

Kolejnym problemem było moje przywiązanie do przedszkola waldorfskiego. Pracowałam tam ponad cztery lata. Zostałam głównym nauczycielem i miałam podjąć „specjalistyczne” studia waldorfskie. Wiedziałam już wtedy, że nie mogę tego zrobić.

Pojechałam na szkolenie w góry i tam zobaczyłam, jak inni przechodzili „inicjacje duchowe”. Czułam się jak w więzieniu. To wszystko odbywało się niby w wielkiej wolności, ale kiedy zaznaczyłam, że nie chcę w tym brać udziału, moja koleżanka naskoczyła na mnie – „wolność” prysnęła…

W przedszkolu jednym z obowiązkowych przedmiotów była eurytmia. To niejako serce waldorfskiej szkoły. Eurytmia to taniec pokrewny z sakralnymi tańcami staroegipskimi i starogreckimi, podczas których przywołuje się „wszystkich możliwych bogów”. Początkowo brałam w tym udział. Gdy zaczęłam chodzić na Msze św., modlić się, poznawać bliżej Boga przez wspólnotę, czułam, że jest to złe i że nie chcę tego.

Walka duchowa stawała się intensywniejsza, gdy chciałam odejść z przedszkola. Kiedy myślałam o odejściu, czułam bardzo realny ból serca (związany z wcześniejszą sesją mis i gongów). Ból był realny dopóty, dopóki nie podjęłam decyzji, że odchodzę. Kiedy poszłam do dyrektorki i powiedziałam, że rozwiązuję umowę o pracę i nie chcę już podejmować pracy od września, wtedy wszystko przeszło.

Łaska uświęcająca i krzyż

W tamtym czasie podjęłam wraz z narzeczonym formację w Szkole Życia Chrześcijańskiego i Ewangelizacji Świętej Maryi z Nazaretu, Matki Kościoła. Jedna z sesji weekendowych dotyczyła duchowych uwikłań.

Powoli docierało do mnie, że mam okultystyczną biżuterię, kamienie i książki, które nawiązywały jasno do niechrześcijańskich duchowości. Zaczęłam się uwalniać od tych „gadżetów”. W nowym związku walczyłam też o czystość.

Bardzo znaczącym wydarzeniem w moim życiu była modlitwa przy krzyżu. Miałam ogromny opór, żeby podejść do krzyża, ale wiedziałam, że tego chcę. Moja dusza się do tego rwała, choć moje ciało nie miało ochoty wstać z ławki. Siłą woli w końcu wstałam i podeszłam.

Poczułam, jak całe moje ciało zaczyna słabnąć, jakbym miała upaść. Wystraszyłam się i uciekłam z powrotem do ławki. Tam wybuchnęłam płaczem. Zobaczyłam bardzo wyraźny obraz: Jezus wisiał na krzyżu, przybijano Go gwoździami, którymi były moje grzechy. To było tak głębokie przekonanie, że z serca wyrwał mi się ogromny szloch oczyszczenia i bólu. Wiedziałam odtąd, że chcę być blisko tylko Boga.

Uzdrowienie

Do dzisiaj doświadczam walki duchowej. Mamy z mężem trójkę dzieci i nie zawsze jest kolorowo. Cały czas wracają do mnie wspomnienia z dzieciństwa, z przeszłości. Wiem jednak, że zawsze mogę prosić o modlitwę. Nadal popełniam błędy, ale wiem, że chcę być blisko Pana Boga, że On jest wierny, a ja przez tyle lat byłam jak chorągiewka na wietrze. On walczył o mnie, był cierpliwy i pełen miłości.

Kilkakrotnie przechodziliśmy choroby u dzieci. Raz córka miała bardzo wysoką gorączkę. Lekarka podała antybiotyk, który jej zaszkodził. Dziecko, mające pół roku, zwijało się z bólu, strasznie krzyczało i płakało. Kompletnie nie wiedziałam, co mam robić… Jedyne, co przychodziło mi na myśl, to zwrócić się do Boga. Któż jak Bóg?

Zaczęłam modlić się za naszą córeczkę, a mąż poszedł do drugiego pokoju modlić się na różańcu. Odmówiłam modlitwę o uzdrowienie i w ciągu kilkunastu minut wszystko minęło: gorączka, ból i płacz. Córka się uspokoiła i zasnęła na rękach. Nastąpiło uzdrowienie.

Kiedyś podczas Eucharystii poczułam, jak mój kręgosłup, który miałam skrzywiony, się prostuje. Ból minął całkowicie. Spojrzałam ze zdziwieniem na koleżankę, a ona na to: „Co to dla Pana, żeby Cię uzdrowił z bólu?”.

Bóg towarzyszy nam cały czas. Wiemy, że możemy w każdych okolicznościach zwrócić się do Niego. On nas dotyka, uzdrawia, prowadzi, daje słowo i wspomaga. Jesteśmy z mężem we wspólnocie, modlimy się i uczęszczamy na Eucharystię, bo sakramenty są bardzo ważne – przez nie działa Pan Bóg. Bóg zawsze dopomaga, tylko trzeba chcieć do Niego przyjść i zawierzyć się Mu całkowicie.

Roma