Maryville, 1989 rok. Profesor Jérôme Lejeune – znany genetyk, lekarz i odkrywca trisomii 21 – został zaproszony do miasteczka w stanie Tennessee w Stanach Zjednoczonych jako ekspert na wyjątkowy proces.
Salomonowy wyrok
Sprawa dotyczyła przyznania zamrożonych w laboratoryjnej lodówce dzieci z in vitro jednemu z rozwodzących się rodziców. Z racji zamieszania natury etycznej, jakie rodziła ta sytuacja, sędzia musiał stwierdzić, czy ma do czynienia z ludźmi. W amerykańskim prawie rozwodowym istnieją bowiem dwie kategorie dóbr – te, które się dziedziczy i które można zniszczyć, oraz dzieci, którymi należy się zaopiekować. Podział „majątku” w tej sytuacji był utrudniony.
Profesor musiał zmierzyć się z terminem takim jak „preembrion”, ukutym przez optujących za możliwością dowolnego decydowania o poczętych dzieciach.
Genetyk uważał to pojęcie za bezużyteczny neologizm prowadzący jedynie do tego, by ludzkim embrionom odebrać godność: „Zanim powstanie embrion, mamy jedynie komórkę jajową i plemniki. I zanim jeden z tych ostatnich nie zapłodni pierwszej, nie ma nowego życia. Dlatego też nie można mówić o preembrionie, jako że według definicji embrion jest najwcześniejszą formą życia”.
Lejeune jako naukowiec dowodził przed trybunałem, że ludzkie życie zaczyna się od momentu poczęcia: „Tym, co wszyscy wiemy, jest fakt, że gdyby ludzka natura nie była od samego początku całkowicie i kompletnie wpisana w zapłodnionej komórce jajowej, zarodek nigdy nie mógłby się stać tym wciąż odnawiającym się i na zawsze niezastąpionym cudem, jakim jest poczęte ludzkie dziecko”.
Wystąpienie profesora przekonało sędziego, że sprawa dotyczy ludzkich dzieci, oddał je więc pod opiekę matki, która w przeciwieństwie do swego byłego męża nie zgadzała się na ich zniszczenie.
Spójność
Na sali sądowej przebywał wówczas pewien młody lekarz. Czuł się on rozdarty, pracując w klinice, w której wymagano od niego dokonywania aborcji czy manipulowania embrionami. Udowadnianie absurdalności pojęcia preembrionu wywołało u niego wstrząs. Słuchając Lejeune’a, John Bruchalski nagle zdał sobie sprawę z tego, że wiara i rozum się nie wykluczają i że można w szlachetniejszy sposób wykonywać zawód lekarza, nie spłaszczając go do roli kata i manipulanta.
Przebudzony duchowo w kilka dni później Bruchalski złożył dymisję w swoim miejscu pracy i rozpoczął tworzenie nowoczesnej sieci centrów zajmujących się matkami z komplikacjami ciążowymi.
Wszedł także w kontakt z prof. Lejeune’em, któremu zawdzięczał nowe spojrzenie na siebie i swój zawód: „Odkryłem, że moje sumienie i moja wiara były równie ważne w mojej relacji z pacjentami, co mój stetoskop i moja recepta”.
Podobne wrażenia na temat Jérôme’a Lejeune’a miała pewna młoda meksykańska lekarka, Pilar Calva de Vasquez. Dla niej spotkanie z genetykiem było początkiem nawrócenia: „Jego świadectwo szacunku i miłości do życia mnie przemieniło. Pochodzę z katolickiej, ale niepraktykującej rodziny. Zostałam ochrzczona, ale nigdy nie praktykowałam. Świadectwo prof. Lejeune’a podczas konsultacji przemieniło mnie. I jeszcze do tego to ciepło i pokora, jego szacunek do kobiet, spójność jego postawy… Odkryłam, że można być niezwykłym naukowcem i wielkim katolikiem. Zrozumiałam, że można nosić krzyżyk i biały fartuch jednocześnie”.
Tym, co sprawiało, że profesor ukazywał się swoim rozmówcom jako spójna postać, była jego pokora naukowca. Ten wielki ekspert w dziedzinie genetyki nigdy nie stawiał siebie w miejscu Pana Boga.
„Nauka jest wpierw szkołą pokory – mawiał – to dopiero sukces techniczny sprawia, że człowiek staje się zarozumiały”.
Profesor wiedział, że brak pokory może jedynie przeszkodzić naukowcowi w dążeniu do prawdy, a przecież tylko ona powinna interesować badacza. Dla niego tą prawdą był Bóg.
„Teorie powinny podporządkować się danym o stworzeniu” – pisał prof. Lejeune i wiele razy udowadniał, że prawo Boże i nauka się nie wykluczają, lecz nawzajem potwierdzają. Było to dla niego coś naturalnego. „Do nas należy jedynie mówić o tym, co jest” – mówił o naukowcach i lekarzach.
„Musimy jedynie mówić prawdę, zawsze prawdę i jeszcze raz prawdę”. Uczciwość naukowca wymagała od Lejeune’a, by się z tą prawdą nie kryć, nawet jeśli jest ona niepopularna. Bo – jak opisywał profesora doktor Bruchalski – „był naukowcem od początku do końca” i „rozumiał też, że z powodu nauki ma również odpowiedzialność wobec osoby ludzkiej”.
Moralność a nowa etyka
„Tym, co nam mówi, co jest dobre, a co złe, jest nie nauka, ale moralność. A jeśli nauka nie podda się moralności, staje się szaleństwem […]. To, co leży w gestii nauki, to stwierdzić, że człowiek jest człowiekiem, a wtedy moralność powie wam: trzeba więc człowieka szanować”.
Ta prosta zależność między nauką a moralnością nie dla wszystkich współczesnych prof. Lejeune’owi była zrozumiała. Najbardziej objawiło się to w dyskusji narodowej, która dotyczyła próby zalegalizowania aborcji we Francji w latach 70. Przestępcze prawa zaczynają się od wyjątków po to, by raz przyjęte, rozciągnęły się z czasem na ogół. W pojawieniu się na forum pomagają im media, a manipulowanie danymi ma na celu przygotowanie społeczeństwa na zmianę. Pojawiają się wówczas nowe pojęcia, które mają tworzyć nową rzeczywistość czy nową etykę. Ta zresztą chętnie jest wspominana zamiast tego, co po prostu jest moralnością.
„Kiedy słyszę, że mówi się o etyce, mam się na baczności: ludzie, którzy mówią o etyce, często mają ochotę pominąć moralność” – reagował profesor. „Pomimo że te dwa słowa, jedno po grecku, drugie po łacinie, oznaczają dokładnie to samo, to znaczy znajomość obyczajów, od kilku lat obserwuje się pewne zniekształcenie znaczenia: ten, który mówi o moralności, rozumie przez to, że obyczaje powinny podporządkować się wyższym prawom, gdy tymczasem ten, który mówi o etyce, rozumie przez to, że prawa powinny dopasować się do obyczajów, nawet tych najniższych!”.
Lejeune, mimo że wiedział, iż we współczesnych mu czasach moralność nie ma dobrej prasy, oczekiwał jednak od rządzących, że staną na wysokości zadania, bo jak pisał: „Żeby jakakolwiek cywilizacja mogła przetrwać, trzeba koniecznie, żeby polityka dostosowała się do moralności: do tej moralności, która wykracza poza wszelkie ideologie, ponieważ zapisana jest głęboko w nas tym niewytłumaczalnym dekretem, który rządzi prawami wszechświata i prawami człowieka zarazem”.
Ta postawa nie przymnożyła prof. Lejeune’owi popularności w środowisku zawodowym. Odwrócenie się od niego prasy, pomijanie go milczeniem we francuskich kręgach medycznych, usuwanie na margines jego dokonań, tworzenie intryg natury politycznej przeciw niemu – wszystko to było trudnym doświadczeniem dla profesora i jego rodziny.
Jednak genetyk potrafił nie żywić nienawiści do krzywdzących go, tłumacząc swoim dzieciom: „Oni nie są przeciw mnie, ale przeciw rzeczywistości, o której ja im przypominam. To, co mówią przeciw mnie, nie ma większego znaczenia”.
Zachować ludzkie oblicze
Jérôme Lejeune potrafił zachować wolność ducha we wszystkich tych starciach i trudnych doświadczeniach. Znajdował ją w szacunku do stworzenia i to tędy wytyczał drogę uchowania się od odczłowieczenia. Ten szacunek nie mógł płynąć znikąd indziej, jak tylko z szacunku do samego Stworzyciela: „By uniknąć tego, że genetyka stanie się nieludzka – pisał – potrzeba koniecznie, by zachowała szacunek dla każdego stworzenia i nic nie może lepiej jej do tego przysposobić, jak szacunek dla Stwórcy. Dawniej mówiło się: Timete Dominum et nihil aliud. Oto prawdziwa wolność Ducha. Bójcie się Pana i niczego więcej: i cała nauka pozostanie wtedy uczciwym sługą człowieka”.
Profesor pozostał wierny tej zasadzie i trwał w bojaźni Bożej. W codziennej bieganinie potrafił wygospodarować czas na modlitwę, by czerpać ze źródła Miłości. To ta Miłość pozwalała mu iść naprzód i się nie poddawać. Pomimo przepełnionego grafiku Lejeune modlił się i rozważał Pismo św. oraz zawsze uczestniczył w niedzielnej Mszy św. Jeśli z racji podróży nie udało mu się uczynić tego w ciągu dnia, niezależnie od zmęczenia czy zmiany czasu szedł na nią wieczorem do paryskiej katedry Notre Dame. Podczas corocznych letnich wyjazdów dzieci profesora do babci do Danii często potrzeba było poświęcenia i trudu, by udać się do katolickiego kościoła i móc skorzystać z niedzielnej Eucharystii.
Niejednokrotnie dzieci w wakacyjnej aurze, z plażą w tle, próbowały stawiać opór. Ich ojciec mówił wtedy: „Mamy spotkanie z Panem, a jak się kogoś kocha, nie opuszcza się spotkań. Nie wolno ci nigdy sobie odpuszczać”.
Pielęgnowana osobista więź z Panem Bogiem owocowała pokojem i zaufaniem wobec Bożej opatrzności. Naukowiec wyraził to na łożu śmierci, wyznając swoim bliskim: „Moje dzieci, jeśli mogę Wam pozostawić jakąś jedną myśl, najważniejszą z wszystkich, to jest nią to, że wszyscy jesteśmy w ręku Boga. Doświadczyłem tego wielokrotnie w ciągu całego swojego istnienia”.
Słowa życia
Jérôme Lejeune, który dziś jest kandydatem na ołtarze, stawszy się głosem tych, którzy głosu nie mają, swoje zadanie wypełniał do końca. Umierał ze świadomością, że trzeba robić wszystko, co tylko się da, by przypominać społeczeństwu o tym, co pozwala mu zachować jego godność: „Wartość danej cywilizacji mierzy się szacunkiem, jaki ona okazuje najsłabszym ze swoich członków. Nie ma innego kryterium oceny. Cała miłość, całe oddanie, wszystkie pieniądze, które zostaną wydane, żeby chronić tych kulejących w życiu, są ceną, i to ceną uczciwą, jaką społeczeństwo musi zapłacić, by pozostać ludzkim. Oczywiście można sobie wyobrazić społeczeństwo technokratyczne, gdzie zabija się starców i anormalnych i gdzie dobija się rannych na drodze. Społeczeństwo to byłoby być może ekonomicznie skuteczne, jednak byłoby nieludzkie. Byłoby ono kompletnie wypaczone rasizmem równie ohydnym i głupim, jak każdy inny, mianowicie rasizmem zdrowych wobec chorych”.
Profesor pozostawił po sobie nadzieję, że nauka poddana prawu Boskiemu może przynieść ludzkości jakieś wytchnienie. W czasie choroby otrzymywał listy od swoich pacjentów, którzy dziękowali mu za opiekę i próbowali go wesprzeć. Jego walka na ziemi się jednak kończyła… Pozostały liczne wspomnienia, korespondencja, teksty i nagrania konferencji czy wystąpień, które do dziś są jak głos wołającego na pustyni: „Wy, którzy jesteście za rodziną, wiedzcie, że będą się z was śmiać, powiedzą, że jesteście niemodni, powiedzą, że przeszkadzacie w postępie nauki, przeciwko wam podniosą sztandary tyranii eksperymentalnej, powiedzą, że próbujecie nadąć naukę przestarzałą moralnością. A ja powiem wam: Nie bójcie się, to wy przekazujecie słowa życia”.
Źródła: Aude Dugast, Jérôme Lejeune. La liberté du savant, Paris 2019; Jérôme Lejeune – Aux plus petits d’entre les miens, www.youtube.com









