Arcybiskup Sheen o Fatimie

Arcybiskup Fulton J. Sheen prowadził w latach 50. i 60. XX wieku program telewizyjny Life is Worth Living [Warto żyć!]. Bił on rekordy oglądalności w USA. Publikujemy zapis programu poświęconego Fatimie.

Współczesny świat ze swoimi potężnymi kryzysami zrodził się 13 października 1917 r. Co się w tym dniu wydarzyło? Zajrzymy do trzech miejsc: Moskwy, Rzymu i małej portugalskiej wioski o nazwie Fatima.

Moskwa, 13 października 1917 r. Maria Aleksandrowicz, młoda rosyjska arystokratka, prowadzi katechezę 200 dzieci w cerkwi Iwerskiej Ikony Matki Bożej. Nagle powstaje zamieszanie. Do świątyni wpadają jeźdźcy, galopują główną nawą, przeskakują balaski ołtarzowe, niszczą ikony, gruchoczą rzeźby i ołtarz, po czym atakują dzieci i zabijają wiele z nich.

Maria Aleksandrowicz wybiega z krzykiem na zewnątrz. Wie, że zbliża się rewolucja, i podejrzewa, kto się za tym wszystkim kryje. Rusza do niego.

– Stała się straszna rzecz! – woła. – Uczyłam dzieci katechizmu, kiedy do cerkwi wtargnęli jeźdźcy i przypuścili szarżę!

– Wiem – mówi przywódca rewolucjonistów. – Sam ich tam wysłałem.

Było to jedno z wydarzeń zapowiadających wybuch rewolucji komunistycznej, która od tamtej pory jest udręką dla świata.

Rzym, 13 października 1917 r., ta sama południowa godzina. W całym mieście biją kościelne dzwony, obwieszczając radosną nowinę: konsekrację biskupa. Nowo wyświęcony biskup Eugenio Pacelli nie jest powszechnie znany, ale pewnego dnia stanie się największym duchowym przywódcą w walce przeciw rewolucyjnej tyranii komunizmu.

Po święceniach biskup Pacelli udał się do Monachium. Właśnie w tym mieście 7 kwietnia 1917 r. komuniści wszczęli rewolucję pod wodzą marynarza Rudolfa Egelhofera i dwóch bolszewickich komisarzy: Levine’a i Axelroda, którzy ogłosili powstanie republiki sowieckiej. Po ulicach krążyli uzbrojeni bojówkarze, członkowie Związku Spartakusa, kierowani przez Karla Liebknechta i Różę Luksemburg. Utworzono Czerwoną Armię, która 25 kwietnia w samym Monachium zabiła 325 osób. Z karabinów maszynowych ostrzelano dom człowieka, który mimo pogróżek nie wahał się – wbrew zarządzeniom komunistów – wstępować na ambonę monachijskiej katedry. W końcu postanowiono go zabić. Z rozkazu Egelhofera 29 kwietnia 1917 r. o godz. 15 niejaki Seiler, dowódca Czerwonej Armii Południa, i jego adiutant Brongratz zjawili się pod domem kapłana w towarzystwie popierających ich marynarzy. Dostali się do środka, strasząc odźwiernego granatami ręcznymi, zajęli bibliotekę i tam zaczaili się na swoją ofiarę: Seiler tuż przy drzwiach, reszta wokół niego półkolem; niektórzy z dobytymi pistoletami, inni uzbrojeni w granaty.

Wreszcie nadszedł oczekiwany mężczyzna. Seiler z bluźnierstwem na ustach wysunął pistolet, uderzając nim w krzyż pektoralny na piersi przybyłego. Wysoki, szczupły kapłan schwycił pektorał, patrząc na wymierzone weń lufy, i powiedział cicho: – Dobrze, strzelajcie! Ale niczego nie osiągniecie. Próbuję tylko ocalić Niemcy.

Wobec spojrzenia tych przenikliwych oczu nikt nie ośmielił się pociągnąć za spust. Po powrocie do kwatery głównej ani Seiler, ani Brongratz, ani żaden z żołnierzy nie umieli wytłumaczyć Egelhoferowi, dlaczego nie użyto broni – dlaczego para oczu, szczupła postać trzymająca krzyż i cichy głos okazały się potężniejsze niż pistolety, granaty i rozkazy. Jedno było pewne: od tamtej pory ów człowiek nie bał się absolutnie niczego. Był to Eugenio Pacelli, przyszły papież Pius XII.

Krzyż pektoralny, który ksiądz Pacelli miał wówczas na sobie, trzymam teraz w ręku. Pius XII podarował go swojemu przyjacielowi, Jego Eminencji kardynałowi Spellmanowi, który wypożyczył mi go do tego programu.

13 października 1917 r. w pobliżu wioski Fatima mali Łucja, Hiacynta i Franciszek czekają na objawienie. Dzieci opowiadały, że ukazuje im się Maryja, Matka Boża. Nie byłoby w tym nic dziwnego – nie tylko dlatego, że przez Maryję Pan przyszedł na świat, nie tylko dlatego, że dzięki Niej dokonał swojego pierwszego cudu, a na krzyżu oddał nas pod Jej opiekę, mówiąc: „Oto Matka twoja” (J 19,27), ale przede wszystkim dlatego, że Maryja jako Matka ludzkości na pewno nie jest obojętna na nasze problemy w XX wieku.

Według dzieci Pani ukazała im się już 13 maja, 13 czerwca i lipca, 19 sierpnia i 13 września. Podczas tych wcześniejszych spotkań padły bardzo interesujące słowa, które dowodzą, że o sytuacji w świecie decyduje nie tyle polityka, ile nasz styl życia.

Pani powiedziała, że trwająca wtedy wojna, czyli I wojna światowa, zbliża się do końca. Stany Zjednoczone włączyły się w działania wojenne w Wielki Piątek 1917 r., a sama wojna zakończyła się rzeczywiście niewiele ponad rok później, 11 listopada 1918 r.

Pani powiedziała też, że na świecie zapanuje pokój, jeśli świat znów zaufa Bogu, a wówczas Rosja się nawróci. Dodała jednak: „Jeżeli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to w czasie pontyfikatu następnego papieża rozpocznie się druga wojna, gorsza”.

Chodziło tutaj, jak ujawniono, o wojnę domową w Hiszpanii, preludium II wojny światowej – której można było zapobiec przez pokutę, modlitwę i ponowne zawierzenie Bogu. W razie gdyby ludzie nie posłuchali tego przesłania, Pani przestrzegała przed kolejną wojną: oto Rosja „rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie, dobrzy będą męczeni, a Ojciec Święty będzie musiał wiele wycierpieć. Różne narody zginą”.

Maryja obiecała, że 13 października 1917 r. dokona cudu, który dowiedzie prawdziwości Jej objawień. Tamtego deszczowego dnia w Fatimie towarzyszyło dzieciom 70 tysięcy osób, na ogół niewierzących. W Portugalii panowały wtedy anarchia i komunizm, poglądy antyklerykalne i ateistyczne.

Większość ludzi przybyłych do Fatimy kierowała się ciekawością, a nie pobożnością i powątpiewała w to, że Pani uczyni widoczny znak – i tak się stało. Znak ów nazwano cudem słońca, a potwierdza go świadectwo 70 tysięcy osób, a także czytane przeze mnie relacje w ateistycznej i anarchicznej prasie tamtej epoki (na łamach jednego z czasopism przyznano, że cud słońca nastąpił, ale stanowczo odmówiono mu natury nadprzyrodzonej).

Matka Boża najpierw rozmawiała z dziećmi, a następnie wskazała na słońce, które rozbłysło w szczelinie między chmurami. Nagle wydało się, że słońce niemal odrywa się od nieboskłonu i zbliża ku ziemi, przybierając postać wielkiego srebrnego dysku sypiącego iskrami. Trzykrotnie zmieniało się w wirującą masę połyskliwego srebra, które obracając się z szaloną prędkością wokół własnej osi, słało wokół różnobarwne promienie i gwałtownym, zygzakowatym ruchem opadało ku zebranym tłumom. Ludzie krzyczeli ze strachu i wznosili błagalne modlitwy, przekonani, że zaraz zginą. A chociaż od rana lało, po tej trzykrotnej przemianie słońca ubrania wszystkich były suche.

Od tamtej pory Fatima gromadzi ludzi z całego świata, którzy wierzą, że pokoju nie buduje się w gabinetach polityków. Niebiańska Pani powiedziała dzieciom, że pokój zależy od modlitwy, pokuty i poświęcenia. Byłem w Fatimie 13 października 1951 r., kiedy zebrał się tam milion pielgrzymów, by modlić się o pokój. Przybyli do Fatimy poprzedniego wieczoru i przez całą noc stali albo klęczeli w chłodzie i deszczu, typowych dla górzystych obszarów Portugalii.

Towarzyszyłem im do trzeciej rano, po czym zaoferowano mi łóżko. Nie mogłem jednak zasnąć. Komfort łóżka jest nie do zniesienia, gdy milion osób trwa na modlitwie o pokój dla umęczonego wojną świata. Nie pozostawało mi nic innego, jak znów dołączyć do modlitewnego czuwania.

Następnego ranka, kiedy wśród tłumów niesiono posąg Matki Bożej Fatimskiej, milion osób, oddając cześć Królowej pokoju, powiewało białymi chustami jak sztandarami czystości, a myśl przeskoczyła nagle z tego białego placu w Fatimie na plac Czerwony w Moskwie, udekorowany sztandarami zabarwionymi krwią ofiar. Trudno było nie poczuć, że fatimski biały plac to jedyna odpowiedź na plac Czerwony.

Wydawało się wtedy, że komunistyczne godło sierpa i młota ulega przemianie: młot, który rozbił tak wiele domów i zbezcześcił tyle świętych miejsc, upodabnia się z biegiem czasu, dzięki modlitwie i pokucie, do krzyża, a sierp, użyty przez komunistów do ścinania ludzkiego życia jak niedojrzałej pszenicy, zaczyna przypominać „księżyc pod Jej stopami” (por. Ap 12,1).

Do wybuchu II wojny światowej by nie doszło, gdyby człowiek powrócił do Boga. III wojna światowa nie musi wybuchnąć i nie wybuchnie, jeśli my powrócimy do Boga jako naród. Przyczyną zimnej wojny na świecie jest to, że nasze serca i dusze nie płoną ogniem Bożej miłości.

Można jednak zapytać, dlaczego Bóg, Stwórca wszechświata, zechciał w swojej opatrzności udzielić nam teraz objawienia Matki Bożej, by nakłonić nas ponownie do modlitwy i pokuty. Po pierwsze, kiedy nasz Pan zagubił się w Jerozolimie, mając 12 lat, odnalazła Go tam Maryja. Skoro więc świat zagubił Chrystusa, może właśnie dzięki Maryi znowu Zbawcę odzyska. Po drugie, Boża opatrzność powierzyła moc przezwyciężenia zła kobiecie.

W owym strasznym dniu, kiedy zło zostało wpuszczone na świat, Bóg powiedział do węża w ogrodzie Eden: „Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono ugodzi cię w głowę, a ty ugodzisz je w piętę” (Rdz 3,15).

Mowa tu o potomstwie zła i potomstwie dobra – i to dzięki mocy kobiety zło zostanie pokonane. Obecnie żyjemy w złej godzinie, bo wprawdzie dobro ma swój dzień, ale zło ma swoją godzinę.

Pan sam rzekł tej nocy, gdy Judasz wszedł do ogrodu: „to jest wasza godzina i panowanie ciemności” (Łk 22,53).

W ciągu godziny zło jest zdolne co najwyżej wygasić światła świata – ale rzeczywiście może to zrobić. Skoro zatem żyjemy w złej godzinie, jak pokonamy szatańskiego ducha, jeśli nie dzięki Niewieście, którą Bóg wybrał, by zmiażdżyła głowę węża?

Fragment książki abpa Fultona J. Sheena, Warto żyć!, Kraków 2017.