Mąż po powrocie z wakacji doznał ataku padaczki. Potem sprawy potoczyły się jak w horrorze: szpital, rezonans i diagnoza: guz mózgu…
Zawsze byliśmy udanym małżeństwem. Od czasów studiów związani z różnymi wspólnotami modlitewnymi, blisko Boga, w pewnym momencie zatraciliśmy dawną żarliwość. Pogoń za dobrami tego świata oddaliła nas od innych ludzi, a przede wszystkim od Boga. Czuliśmy, że odsuwamy się od Niego, ale brakło nam sił i konsekwencji, by to zmienić.
Jakiś czas przed zdarzeniem, o którym chcemy opowiedzieć, zaczęliśmy prosić Boga o pomoc w naszej przemianie. W odpowiedzi na te wołania mąż coraz częściej zaczynał otrzymywać z Pisma Świętego (i nie tylko) słowa o krzyżu i cierpieniu. Trudno nam było to zrozumieć, zwłaszcza że wszystko w naszym życiu układało się pomyślnie. Byliśmy zdrowi, mieliśmy dobrą pracę itd.
30 września 2016 r. nasz świat się zawalił. Mąż po powrocie z wakacji doznał ataku padaczki. Potem sprawy potoczyły się jak w horrorze: szpital, rezonans i diagnoza: guz mózgu… W jednej chwili straciliśmy pewność siebie, poczucie bezpieczeństwa. Rozpacz mieszała się ze strachem o przyszłość.
Miesiąc później mąż został poddany operacji usunięcia guza. Badanie histopatologiczne potwierdziło, że jest to glejak drugiego stopnia. Z jednej strony cieszyliśmy się, że usunięto guza i że nie jest to glejak wielopostaciowy. Z drugiej strony mieliśmy w pamięci to, co mówili lekarze i co wyczytaliśmy w specjalistycznych czasopismach: że glejaki to guzy praktycznie nieuleczalne. Do tego wszystkiego po operacji doszło u męża do komplikacji związanych z gojeniem się rany. Od listopada do lipca następnego roku mąż przeszedł pięć operacji. Wiele miesięcy spędziliśmy na oddziale neurochirurgii…
Od samego początku mimo strachu i szeregu wątpliwości powierzyliśmy się całkowicie Maryi i Jezusowi. Nieustannie modliliśmy się do Niego. Pan postawił na naszej drodze wspaniałych ludzi, w tym kapłanów, którzy pomogli nam przetrwać najgorsze chwile i uwierzyć, że nic nie dzieje się bez przyczyny i że nawet z najgorszej sytuacji Bóg może nas wyprowadzić.
W szpitalu mąż odczuwał tak straszny ból głowy, że nie pomagały żadne środki przeciwbólowe, nawet morfina. Wtedy pojawiła się pielęgniarka, która zapytała mojego męża, czy jest on osobą wierzącą. Gdy usłyszała, że tak, to powiedziała, że zamiast co chwilę wołać o środki przeciwbólowe, lepiej pomodlić się różańcem lub Koronką do miłosierdzia Bożego. Gdy mąż zaczął się modlić, mimo okropnego cierpienia, po krótkim czasie ból głowy prawie ustąpił! Ba, w ciągu paru dni mąż nie potrzebował żadnych środków przeciwbólowych. Podobna sytuacja przydarzyła się znajomemu, który przeszedł w tym czasie poważną operację kręgosłupa.
Wyniki badań męża były niejednoznaczne, sugerowano nawet możliwość nawrotu choroby. Nasze nastroje zmieniały się jak na huśtawce: od euforii po rozpacz. Mimo to dalej się modliliśmy i prosiliśmy Boga o cud uzdrowienia.
Poprosiliśmy naszego syna, który od pewnego czasu zajmuje się badaniami guzów na uniwersytecie w Hamburgu, o ponowne zbadanie wycinków. 10 października 2019 r. konsylium neuropatologów orzekło, iż guz męża to nie glejak, lecz guz glioneuronalny pierwszego stopnia, a w związku z tym mój mąż jest całkowicie zdrowy!
Teraz wiemy, iż Bóg dał nam przeżyć tę drogę krzyża, by wyprowadzić z tego większe dobro. Pragnął naszego nawrócenia, a być może bez tej choroby nie wrócilibyśmy do Niego. On wie, co jest dla nas dobre, i musimy Mu bezgranicznie zaufać.
Danusia i Mariusz







