Wyrwana z przedsionka piekła cz. 2

Tydzień temu na naszej stronie zamieściliśmy pierwszą część świadectwa naszej czytelniczki, byłej więźniarki obozu Ravensbrück. Autorka przedstawiła tam swoje dramatyczne przeżycia – m.in. dojmujący głód, zimno, bicie, ciężka, wyniszczająca praca – które doprowadziły ją do próby samobójstwa. Na szczęście w ostatniej chwili objawiła się jej Matka Boża z Dzieciątkiem na ręku i odwiodła ją od tego desperackiego kroku.

Poniżej publikujemy drugą, ostatnią, część tego przejmującego świadectwa.

Po jakimś czasie siostra Liza gdzieś wyjechała i zastąpiła ją inna SS-manka. Wtedy to nadszedł rozkaz, żeby wysterylizować wszystkie Cyganki w wieku od 10 do 60 lat. Wchodziły kolejno do pokoju, a po chwili wychodziły, głośno urągając i trzymając się za brzuch. Dokonywano na nich zabiegu, aby już nigdy nie miały dzieci. Przejęłam się tym do żywego, bo to samo postanowiono względem Polek.

„Nie mieć dzieci? Po co więc żyć?” – zamartwiałam się. „Jak żyć bez dzieci, bez nadziei?…”.

 Na szczęście obozowym oprawcom nie udało się już dokonać tej zbrodni, bo Niemcy zaczęli przegrywać – ich oddziały wycofywały się z Rosji. Coraz częściej zdarzały się naloty. Gaszono wtedy światła i mogłyśmy się choć przez chwilę zdrzemnąć.

„Lecą na Berlin” – zgadywałyśmy.

Po pewnym czasie bombowce wracały; trwało to godzinę, a czasami krócej. Czułyśmy, że zbliża się kres naszej niedoli, że kończy się wojna.

Komendant nakazał zrobić w obozie selekcję. Przed komisją złożoną z kilku SS-manów pod jego przewodnictwem maszerowały więźniarki. Kaleki, stare, słabe wybierano do transportu. Komendant tłumaczył, że w związku ze zbliżającym się końcem wojny nieprzyjaciel nie może zastać w obozie kobiet wyniszczonych i chorych i że zostaną one przewiezione do innego obozu. Tego dnia udało się nam uratować Helenkę, łączniczkę z Kalisza, która była słaba i kulejąca. Dziewczyny ukryły ją w sienniku równo zaścielonego łóżka. Helenka opowiadała mi potem:

„Leżę cicho w tym sienniku i słyszę wchodzącą SS-mankę z psem. Struchlałam, a oni minęli łóżko i pies niczego nie zwęszył”.

Może uratowała ją Matka Boża, do której się wciąż modliłam?

Późnym wieczorem, przed ostatnią syreną, wybrałam się poza barak, pragnąc samotności, chwil sam na sam z Bogiem. Spojrzałam w niebo i zaczęłam się modlić. Usłyszałam wtedy dziwne skrzypienie. Poszłam w jego kierunku i ujrzałam dwie kobiety pchające ten sam wózek, którym kiedyś woziłyśmy skrzynie z trupami do krematorium. Zobaczyłam transport nagich, martwych ciał kobiecych, poukładanych byle jak, ze zwisającymi głowami, otwartymi oczyma i ustami – jakby chcącymi wykrzyczeć całemu światu hitlerowskie okrucieństwa… Z wózka zwisały ręce i nogi, z których jedna jakby popychała ten wózek, chcąc ulżyć koleżankom w tej skromnej procesji. Były to ciała kobiet z powstania warszawskiego, z braku miejsca w blokach zakwaterowanych w prowizorycznie postawionych namiotach. Minął mnie ten szczególny karawan, którego nie sposób było nie zapamiętać. Martwe, wykrzywione z bólu twarze zdawały się prosić: „Nie zapomnij nas!”.

Ileż zła wyrządził Hitler! Ale czy tylko on?… Jakże często człowiek ulega szatanowi!

 Na szczęście nie wszyscy Niemcy poddali się hitlerowskiej propagandzie. U berlińskiej rodziny, gdzie kiedyś mieszkałam, nie było żadnych „Heil Hitler!”, a wszyscy pozdrawiali się „Grüss Gott!” [Szczęść Boże! – przyp. red.]. Byli to ludzie silnej wiary w Boga, a tam szatan jest bezradny.

Któregoś dnia naszą uwagę zwróciła zastanawiająca cisza w całym obozie – nie było widać SS-manek, nie szczekały ich psy. Zaproponowałam: „Dziewczyny, coś złego wisi w powietrzu. Chodźcie, będziemy się modlić!”.

Uklękłyśmy przed blokiem, wznosząc ręce do góry, do Boga, i najżarliwszy pacierz zakończyłyśmy odśpiewaniem „Pod Twoją obronę…”. Ledwie skończyłyśmy, rozległo się ujadanie psów i pokrzykiwanie „Los! Los!” biegnących SS-manek. Zaprowadzono nas do stojących na placu więźniarek i każdej wręczono 3-kilogramową paczkę z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Wreszcie sformowano z nas kolumnę, po pięć w rzędzie, i późnym wieczorem, poganiane przez SS-manki, pomaszerowałyśmy do bramy, nad którą wisiał witający nas kiedyś napis „Arbeit macht frei!”. Trzy lata temu wchodziłam przez tę bramę z obłudnym napisem, oznaczającym ciężką pracę o głodzie i chłodzie. Praca ta dawała „wolność” tylko na drutach lub w piecu krematorium… Teraz, po trzech latach, żegnałam to miejsce kaźni wielu kobiet, a odprowadzał mnie, ostatnio szczególnie gęsty i czarny, dym z kominów krematorium. Ten dym jakby chciał nas zatrzymać, bo obniżył się i otulił nas pożegnalnym uściskiem, abyśmy na zawsze zapamiętały swąd tlejących ciał, kości i włosów. Żegnajcie, koleżanki niedoli, żegnajcie!…

Wychodzący spoza chmur księżyc ujawnił głęboką zadumę na naszych twarzach i zdawał się wypatrywać tej, która się pierwsza załamie i usiądzie w przydrożnym rowie, czekając na śmiertelną serię z automatu. Targały nami rozterki: „Co teraz? Dokąd nas prowadzą? Gdzie ta upragniona i tak długo oczekiwana wolność?”…

Szłam otępiała i dotrzymywałam kroku innym tylko dlatego, że musiałam. Przestałam odczuwać żal, złość, nienawiść za to, co się stało. Nie mogłam nawet płakać.

Monotonia marszu pogłębiła we mnie tę zadumę tak, że zaczęłam majaczyć. Zdawało mi się, że słyszę śpiew Pod Twoją obronę… dochodzący gdzieś z dala. Zaciekawiona, kto tak śpiewa, obejrzałam się do tyłu, ale kobiety idące za nami miały spuszczone głowy, były zamyślone, niektóre szeptały modlitwy. Nikt nie śpiewał, tylko ja słyszałam tę pieśń. Nagle poczułam moc Stwórcy, Jego pieczę nad nami i zrobiło mi się raźniej. Słońce zaczęło wyglądać spoza chat mijanej wioski, a ja wciąż słyszałam ową pieśń. Maszerowałyśmy coraz wolniej, jakbyśmy wchodziły pod wysoką górę. Zwolniłyśmy kroku, a karki zgięły się nam ku ziemi. Nadal zmagamy się z okrutnym losem…

Przypomniało mi się opowiadanie matki, że Jezus także szedł pod górę i dźwigał ciężki krzyż. Im Golgota była bliższa, tym krzyż był cięższy. Upadał i wstawał, ale szedł dalej. Bili Go, wyśmiewali i opluwali, a On nawet ust nie otworzył w skardze i szedł z ogromnym ciężarem.

Zadawałam sobie pytanie: „Dlaczego? Dlaczego Jezus, Syn Boży, musiał dźwigać ten wielki krzyż? Dlaczego Bóg wszechmogący, Ojciec kochający Syna,  pozwolił na to?”.

Wtedy w oddali zobaczyłam postać dźwigającą wielki krzyż, na którego ramionach wisiały worki z imionami różnych ludzi. Na jednym zobaczyłam swoje – Adela – i drgnęłam: „To ja?”.

Jezus, dźwigając wór moich grzechów, uśmiechnął się i powiedział: „Chodź ze Mną!”.

Obciążony worami wyprzedzał mnie, choć miał pokrwawione ramiona, sine pręgi od uderzeń na łydkach, zakrwawione stopy i ciernistą koronę na głowie…

„Los, los, weiter!” – krzyki SS-manek przerwały nagle moje rozpamiętywanie. Stanęłam i cofnęłam się, rozglądając się za Jezusem, aż zauważam Go na przedzie kolumny, jak z uśmiechem woła: „Pójdź za Mną!”.

Nina, moja starsza koleżanka, wzięła mnie za rękę i pociągnęła do przodu, ale ja wołałam za Jezusem: „Zaczekaj, zaczekaj!”.

„Co ci, co się wydzierasz!?” – krzyczały za mną więźniarki. W tym momencie obudziłam się jakby z głębokiego snu. Nie widziałam już Jezusa. Wyrwałam się z uchwytu Niny ze słowami: „Puść mnie, dlaczego mnie ciągniesz? Sama pójdę!”.

„Myślałam, że jest Ci słabo, i chciałam Ci pomóc” – dotarła do mnie jej odpowiedź. Po chwili nabrałam sił i szłam równo z innymi.

Słońce było coraz wyżej. Prosiłyśmy o odpoczynek, bo byłyśmy bardzo zmęczone i głodne, jednak pilnujaca nas SS-manka na nasze użalanie się odpowiedziała: „Ja też jestem głodna, a ta przeklęta Greta nie zmieniła mnie!”.

A kiedy dalej się domagałyśmy chwili wytchnienia, ofiarowując jej jedzenie z naszych paczek, wykrzykiwała: „Nie potrzebuję waszego zasr…go jedzenia! Weiter! Los! Los!”.

Nasze kroki stawały się jednak coraz wolniejsze, bo od wyjścia z obozu minęło już dwanaście godzin. Na szczęście po kilku godzinach usłyszałyśmy dobrą wiadomość: za godzinę będzie odpoczynek przy dużej stodole. Dodało mi to sił. Miałam nadzieję, że tam będzie na mnie czekał Jezus.

Postój przy stodole okazał się jednak bardzo krótki, bo w pobliżu byli już Rosjanie, których Niemcy nie chcieli spotkać. Musieliśmy szybko pogasić ogniska i pomaszerować z powrotem, tylko inną drogą. Już trzecia noc minęła od wymarszu z obozu, a my wciąż wlokłyśmy się dalej, robiąc tylko krótkie przerwy na posiłek. Była wiosna, więc ogrzewało nas słońce. Cała przyroda budziła się z zimowego snu, ale my nie czułyśmy jej zapachu, nie słyszałyśmy śpiewu ptaków. Byłyśmy brudne, głodne i tępo patrzyłyśmy przed siebie. Wciąż jednak szłam do przodu, bo zdawało mi się, że Jezus znowu zachęca mnie swym uśmiechem i mówi: „Chodź za Mną!”.

Piątego dnia tego pełnego udręki marszu zauważyłyśmy, że na drogach pojawiło się wiele furmanek z Niemcami, którzy załadowali najcenniejszy dobytek i starali się dotrzeć do strefy amerykańskiej. Postanowiłam to wykorzystać i wraz z czterema towarzyszkami wyrwałyśmy się spod znienawidzonej obstawy. Dołączyłyśmy do tłumu uchodźców. Nie wiedziałyśmy jednak, co mamy robić dalej, dlatego kiedy następnego dnia z jakiejś bocznej drogi wyłoniła się kolumna więźniarek – naszych, z Ravensbrück, jak nam się wydawało – przyłączyłyśmy się do nich. I znów maszerowałyśmy w najrozmaitszych kierunkach, w zależności od linii frontu.

Dziesiątego dnia od wyjścia z obozu osłabłam tak bardzo, że zaczęłam obojętnieć na wszystko, a w głowie mi szumiało. Nie miałam już zupełnie sił, ale moje dwie towarzyszki, trzymając mnie pod ręce, wlokły mnie dalej, powtarzając mi, że mnie nie zostawią. Jakiż to był z ich strony wysiłek fizyczny i dowód miłości! Kto dał im, wygłodniałym, tyle siły?…

Nagle usłyszałyśmy głośny warkot, a potem gwizd i szum – coś leciało z nieba. Ludzie krzyczą i wszyscy padamy do rowów – było to dla mnie wybawieniem. Nie wiem, jak długo leżałyśmy w rowie, ale gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam poprzewracane wozy, martwe konie i ludzi płaczących nad zabitymi uciekinierami. Nalot pozwolił mi odzyskać siły na tyle, że znowu mogłam iść. Potem nadjechały amerykańskie i rosyjskie czołgi i SS-mani zaczęli w popłochu uciekać.

Nareszcie byłyśmy wolne i mogłyśmy wracać do Polski, która teraz zaczynała się na Odrze. Podróżowałyśmy dniami, nocując w poniemieckich domach. Po mniej więcej tygodniu dotarłyśmy do jakiegoś miasteczka i odnalazłyśmy stację kolejową. Nie udało się nam wejść do pociągu, dlatego, mimo protestów maszynisty, we trzy wdrapałyśmy się na lokomotywę i w ten sposób dojechałyśmy do Łodzi. Tam się rozdzieliłyśmy. Kiedy zostałam sama na zatłoczonym peronie, poczułam się zagubiona i zrezygnowana. Na szczęście jakoś udało mi się dostać do pociągu jadącego do Warszawy. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, ludzie wysypali się z wagonów i rozbiegli się w różne strony. Słychać było śmiech i nawoływania. Stałam jak odrętwiała i patrzyłam na Warszawę, na to wielkie gruzowisko. Jakoś udało mi się dotrzeć do stacji, a właściwie do miejsca, gdzie kiedyś była. Dach i stopnie stojącego tam pociągu były zajęte, jednak wciągnięto mnie na skrawek stopnia i w ten sposób udało mi się dojechać do Nowego Dworu. Wracałam do domu!

Szłam szybko, prawie biegłam znajomą drogą, którą po 17 latach wracałam do rodzinnego gniazda. Stanęłam pod krzyżem na rozstaju dróg – przeżegnałam się i machinalnie skręciłam w prawo, do domu rodziców.

Zobaczyłam starą chatę wybieloną wapnem, z dachem krytym słomą. Na zamiecionym i wysypanym białym piaskiem podwórzu przy pniaku stała stara kobieta i rąbała patyki.

„Kto to?” – zadawałam sobie pytanie i natychmiast znalazłam odpowiedź. „To moja matka!”.

Mama nie widziała, kiedy podeszłam, a na moje powitanie odpowiedziała, nie patrząc na mnie. Jej poorana zmarszczkami twarz tchnęła bólem i miłością. Zastanawiałam się, kim jest dla mnie kobieta, której miłość zastąpiło mi uczucie wujka. Jemu zawdzięczałam dzieciństwo i pełną radości młodość. Ten szlachetny człowiek naiwnie zawierzył hitlerowskiej propagandzie i zabrał mnie do kraju pełnego nienawiści do Polski i Polaków. Przeżyłam dzięki Bogu i opiece Matki Bożej. Teraz poczułam się oszukana i pozbawiona największych skarbów – matczynej miłości i rodzinnego domu. Spojrzałam na krzyżyk różańca wysuwający się z połatanej kieszeni fartucha mamy. Byłam pewna, że to ukrzyżowany Jezus doprowadził mnie do rodzinnego domu.

Przerwałam zbyt długą chwilę milczenia i zapytałam: „Czy tu mieszka pan Orlikowski?”.

Mama potwierdziła, nie patrząc w moją stronę. Znowu cisza. Nie wytrzymałam rosnącego napięcia i krzyknęłam: „Mamo, ty mnie nie poznajesz?”.

Wtedy wreszcie oprzytomniała. Zdumiona krzyknęła: „Mój Boże! To Adela! Renia, Adela wróciła!”.

Z chaty wybiegła siostra. Matczyny uścisk ukoił wszelkie rany i uśmierzył mój ból.

Kiedy się wreszcie porządnie umyłam i najadłam, usnęłam niemal natychmiast i przespałam cały dzień, a potem całą noc i jeszcze dzień następny. Obudził mnie brat Stasiek, ten sam, który nie chciał się ze mną pożegnać przed moim wyjazdem na Łotwę. Do pokoju wszedł także ojciec i powiedział: „No cóż, znowu wróciłaś do tej biednej Polski”.

Wkrótce wyszłam za mąż i napisałam książkę o tym strasznym czasie spędzonym w obozie – pt. „W poszukiwaniu Boga, szczęścia i ojczyzny”. W ostatnich latach znajomy ksiądz od czasu do czasu zaprasza mnie na spotkania z młodzieżą. Opowiadam na nich swoje obozowe przeżycia, dając w ten sposób wobec młodych świadectwo o tym, o czym sama się przekonałam tak bardzo namacalnie: że jest i Bóg, i szatan.

Czytelniczka