Małżeństwo jest darem Boga

Wydarzenia ostatnich kilku tygodni, kiedy leżałem w szpitalu w związku z operacją kręgosłupa,  zrodziły we mnie potrzebę podzielenia się z Wami  moimi refleksjami na temat miłości małżeńskiej.

Urodziłem się i wychowałem w przykładnej, katolickiej rodzinie. Klasyczny model – mama, tata i dwójka dzieci. W dzieciństwie niczego mi nie brakowało, jednak już w wieku 12 lat zacząłem odczuwać niedosyt czegoś, czego na początku nie potrafiłem określić. Potem dopiero zorientowałem się, że chodziło o miłość. Dość długo jej szukałem, popełniając przy tym wiele młodzieńczych szaleństw, jednak w końcu znalazłem. Dziś, 17 lat po ślubie, jestem szczęśliwym mężem i ojcem dziesięciorga dzieci, z których czworo jest dziećmi przybranymi.

Miesiąc temu leżałem na bloku operacyjnym. „Proszę wyciągnąć prawą rękę, zrobimy panu wkłucie….” – to mój ostatni kontakt z rzeczywistością przed narkozą. Co myślałem, czy towarzyszył mi strach? Nic z tych rzeczy, raczej wielki spokój i radość. Bo jeśli się już nie obudzę, a raczej obudzę, lecz „po drugiej stronie życia”, to jestem na to gotów. Panie, od Ciebie wyszedłem i do Ciebie kiedyś powrócę, Ty decydujesz, czy to już teraz.

Pierwsze chwile po odzyskaniu świadomości. Żyję… „Proszę spróbować poruszać nogami…” Czuję moje nogi. Przed operacją podpisywałem oświadczenie, że świadom jestem możliwości „niedowładu kończyn dolnych”. Dzięki Ci, Jezu, że mnie to ominęło.

Przyszła moja żona z najstarszym synem. Moi kochani są przy mnie. Jestem taki szczęśliwy.

Przez następne 4 dni byli przy moim łóżku codziennie. To nic, że leżałem w szpitalu oddalonym 300 kilometrów od domu, że w tym czasie miała miejsce I Komunia św. dwójki naszych dzieci, to nic – zorganizowali przy mnie dyżury.

Potem, już po Komunii Magdy i Marty, żona zostawiła dziesięcioro dzieci pod opieką dziadków i przeniosła się do hotelu, niedaleko szpitala. Babcia i dziadziu – wspaniali, cudowni ludzie – do czasu naszego powrotu zastąpili wnukom mamę i tatę. Mimo, że na co dzień nie mieszkają z nami, teraz przeprowadzili się do dzieci, by umożliwić żonie pielęgnowanie mnie po operacji. A ona, dzień po dniu, siedząc przy moim szpitalnym łóżku i trzymając mnie za rękę, któryś już raz z kolei wyśpiewała mi swoją wspaniałą małżeńską miłość. Efekt był piorunujący: „Rana zagojona przez rychłozrost” – napisał lekarz w karcie wypisu.

To, co wyżej opisałem to tylko epizod z naszej 20-letniej (przed ślubem 3 lata narzeczeństwa) miłości. Miłości „nie z tej ziemi”. Moja żona to dar od Boga. W okresie, kiedy byłem daleko od Niego, czasem miałem „przebłyski”, wtedy prosiłem o miłość. Matko Boża Fatimska, przed Twoją figurą w katedrze błagałem cię o dziewczynę. Ty mnie wysłuchałaś! Nie mogłaś mi wybrać wspanialszej żony.

To nieprawda, że małżeństwo to instytucja umierająca! Czy Bóg stwarzając mężczyznę i kobietę mógł się pomylić? Czy, polecając im opuścić rodziców i złączyć się ze sobą tak mocno, że nie są już dwoma, lecz jednym ciałem, pozwoliłby to jedno ciało rozdzielić, przyzwalając na rozwód? Nigdy, przenigdy.

To tylko ludzie popychają się nawzajem w ślepe ulice – fascynacja, pornografia, „rewelacyjne i nieszkodliwe” środki antykoncepcyjne, odlotowe, najlepsze itd… Nie dajcie się zwieść takim ofertom.

A co z frustracjami małżeńskimi, zniechęceniem i nudą? Znalazłem kiedyś w Biblii odpowiedź – wspaniałe wersety, dwie bezcenne rady dla wszystkich małżonków w księgach Koheleta 9, 7-9 i Przysłów 5,15-20.

Swym 17-letnim życiem małżeńskim świadczymy, że warto wziąć sobie do serca rady zawarte w tych księgach.Kochani, Bóg dał nam siebie (męża i żonę) nawzajem tak, byśmy zjednoczyli się w jedno ciało. On wiedział, co robi. Wiedział, że nie będziemy mieli ze sobą łatwego życia. Dlatego dał nam m.in. naszą cielesność, byśmy siebie potrzebowali, wzajemnie siebie sobie oddawali w małżeńskim pożyciu. Zjednoczeni tak wspaniałą więzią jesteśmy w stanie przetrwać wszystkie stresy, frustracje, wypocząć po każdym zmęczeniu i nabrać chęci do życia w chwilach zwątpienia, przetrwać burze i nawałnice.

Co się zaś tyczy znudzenia i monotonii, jeśli my – mąż i żona – chcemy się sobie prawdziwie oddawać, mając za cel główny szczęście i radość małżonka, potem dopiero własne, to wierzcie mi, nie mamy szansy się sobą nasycić. To tak, jakby było możliwe powiedzenie: „Najadłem się tak, że już więcej nie będę potrzebował jedzenia”. Jeśli zaś chodzi o przejedzenie, przesyt – podobnie jak dobrze jest od czasu do czasu praktykować post od pokarmów, tak w dziedzinie małżeńskiej seksualności Bóg sam zadbał o to, byśmy się za sobą mogli stęsknić. Okresy płodności małżonki są ku temu wspaniałą okazją. Z własnego doświadczenia wiem, że posty w tej dziedzinie kosztują bardzo wiele, ale jakże wspaniałe przynoszą owoce – nam, co miesiąc pozwalają przeżywać noc poślubną.

Tym, którzy dopatrzyli się w mojej wypowiedzi bałwochwalstwa seksu i cielesności chcę powiedzieć, że nasza cielesność nie jest dla nas bogiem, lecz wspaniałą siłą, która jednoczy nas i często pozwala znajdować radość życia, nawet w obliczu bardzo trudnych prób i przeciwności losu.

W sakramencie małżeństwa Jezus obiecuje, że będzie nam stale towarzyszył, pod tym tylko warunkiem, że sami Go nie wypędzimy. Dlatego nasze prywatne zasady małżeńskiego życia głoszą:

  • Trwajmy wspólnie w łasce uświęcającej; skoro Pan Jezus nas połączył, chcemy, by był z nami każdego dnia. Mając czyste serce i wspólnie z Nim znacznie łatwiej jest żyć.
  • Być zawsze razem i wspólnie modlić się – rozstawać się tylko w sytuacjach koniecznych, nigdy nie dawać przyzwolenia na dłuższe rozłąki, nawet za cenę pieniędzy, sukcesu, czy innych korzyści. Dwoje w jednym ciele, razem na dobre i na złe – czy to możliwe, kiedy dzieli nas czas i przestrzeń?
  • Niechaj nie zachodzi słońce nad zagniewaniem waszym… – przez 17 lat naszego małżeństwa tylko raz, czego bardzo żałujemy, stało się to, przed czym przestrzegał św. Paweł. Dzięki Bogu mamy mocne postanowienie nigdy więcej tego nie powtórzyć. W pierwszych wspólnych latach, latach „docierania się”– postanowiliśmy nie budować muru i opierać swoje relacje na szczerości. Wtedy to zapoczątkowaliśmy tradycję codziennych wieczornych rozmów.
  • W pożyciu małżeńskim – jest ono dla nas ostatecznym potwierdzeniem naszej wielkiej miłości – kierujemy się zasadą – nigdy sprzecznie z wolą Bożą. Na antykoncepcję patrzymy, jak na coś, co zagraża naszej miłości i wystrzegamy się jej, jak szatana. Wiemy, że jest narzędziem w jego ręku.

Wbrew temu, co się propaguje – w małżeństwie i rodzinie można być szczęśliwym – sam jestem tego przykładem!

Jestem pewien, że szczęśliwa rodzina to przede wszystkim szczęśliwe małżeństwo. Pan Bóg pozwolił nam podzielić się swym szczęściem z pięciorgiem rodzonych dzieci, potem zaś, po wybudowaniu własnego domu, z kolejną czwórką dzieci przybranych. Następnie „w nagrodę” podarował nam najmłodszą – wspaniałą Marysię. To nasze największe skarby i radości. Ufamy, że z Bożą pomocą wychowamy je na szczęśliwych ludzi.

Nie szukajcie szczęścia daleko – w sukcesach, w bogactwie, w używkach – ono jest w Was, pod warunkiem, że potraficie je dostrzec.

Marek, 37 lat