Jak ustrzec się powrotu do dawnych grzechów?

Co zrobić, żeby nie wracać do dawnych grzechów? Jakiż zapał był kiedyś w nas! Może były w naszym życiu całe okresy, tygodnie i miesiące, kiedy mogliśmy ze spokojnym sumieniem powiedzieć, że zupełnie świadomie nie popełniliśmy żadnego grzechu, żadnego kłamstwa, obmowy. Potem ta dobra wola zaczęła się powoli kruszyć, w duszy zaczęło być znowu smutno.

Jaki jest tego powód? Pierwszym powodem powrotu do dawnych grzechów jest chęć ich usprawiedliwienia.

Może nieraz mówiliśmy: „No, w tym wypadku nie mogłem inaczej postąpić…”.

Wyspowiadałeś się wprawdzie, bo to był grzech i obraza Pana Boga, ale nie zrobiłeś tego z właściwym przekonaniem i żalem, a raczej z lekceważeniem. Może obmówiłeś kogoś, potem tłumaczyłeś sobie, że to była „prawda”. Trudno jest nieraz odróżnić, czy chodziło tu o czyjeś dobro, czy o zwykłą krytykę.

Takie usprawiedliwienie grzechów w gruncie rzeczy bardzo nas demoralizuje. Potem coraz łatwiej się takie grzechy popełnia, a to oddala nas od Pana Jezusa, stanowi przeszkodę między Nim a nami.

Jest wprawdzie istotna różnica między grzechem śmiertelnym a powszednim. Naszą drogę do Pana Boga można by porównać do na przykład prostej drogi z Poznania do Warszawy. Grzech śmiertelny polegałby na tym, że poszlibyśmy w przeciwnym kierunku. Grzech powszedni natomiast nie jest takim zawróceniem w przeciwnym kierunku, ale pewnym zboczeniem z drogi. Posługując się dalej tym porównaniem, powiemy, że gdyby ktoś, idąc z Poznania do Warszawy, doszedł na przykład do Wrześni, a widząc, że droga jest nieciekawa, skręciłby do Powidza, by wykąpać się w ładnym jeziorze, to byłoby to już zejście z prostej drogi, znalezienie sobie chwilowo innego celu.

Podobnie grzech powszedni jest zboczeniem z prostej drogi do Boga, a chwilowym obraniem sobie za cel jakiegoś stworzenia. Kąpiel w jeziorze przysporzyła człowiekowi pozornie nowych sił, ale opóźniła dotarcie do celu, bo droga stąd – to już nie prosta autostrada, ale droga okrężna, z przeszkodami. Podobnie po grzechach powszednich, dobrowolnych i świadomych, nasza droga do Boga przestaje być łatwa, i to z naszej własnej winy. Nie mamy wtedy prawa żądać, by nas Pan Jezus przewiózł „samolotem”, bośmy sami zeszli z równej, prostej drogi dziecięctwa. Najlepiej więc jest wrócić na tę drogę, ale trzeba wtedy nadłożyć czasu i sił, a to kosztuje. […]

Od czego zacząć? Trzeba uznać swoją niemoc, uznać, że o własnych siłach nie mogę się poprawić. Kiedyś zdawało mi się, że się już pozbyłem grzechów i do nich „nie mogę” już powrócić. Ale teraz przekonuję się, że to o własnych siłach nie jest wcale możliwe. Pokora staje się głębsza, człowiek uznaje swoją niemoc i zaczyna pokornie prosić, ale nie tak jak dziecko, któremu zdaje się, że Ojciec „musi” dać. Człowiek przekonuje się, że wcale nie musi otrzymać łaski, a jeśli ją po wielu prośbach otrzyma, rozumie, że musi z nią więcej współpracować i wtedy łatwiej za tą łaską idzie.

W doskonałej miłości Boga są nie tylko świadome grzechy powszednie, ale także coś, co można by nazwać „półgrzechami”. Trudno np. nazwać coś wprost kłamstwem, ale jest to na pewno jakieś krętactwo. Nie chodzi o zatajenie czegoś, co powinieneś zachować w tajemnicy, a co ktoś usiłuje od ciebie wyłudzić, nie mając do tego prawa, ale krętactwo będzie np. gdy nie odpowiadasz jasno w obawie, by ktoś cię o coś nie poprosił, by za wiele od ciebie nie chciał.

Takie krętactwo wypływa z wygodnictwa, z lęku przed wykorzystaniem, by nie trzeba czegoś więcej zrobić, czegoś dać. Ten lęk powoduje, że popadliśmy w niewierności, w półgrzechy. Trudno określić, ile tam jest świadomości, ile chęci niby samoobrony, a właściwie samolubstwa.

Co nas może z tego wyzwolić? Tylko łaska Boża. A więc potrzebna jest modlitwa o światło, o takie ostre, rażące, Boże światło, w którym już nic nie może się ukryć, które sprawia, że człowiek nie może już siebie oszukać. Potrzebne nam jest żywe oczekiwanie, by nas sam Bóg podźwignął, bo o własnych siłach tego zrobić nie potrafimy. Pan Bóg wysłucha nas, gdy obecny stan ducha tak nam obrzydnie, że za żadną cenę nie będziemy potem chcieli do niego wrócić. […]

Oprócz świadomego myślenia albo „niemyślenia” mogą być jeszcze w człowieku ukryte ambicje, własne zamiary, dążenia, nawet duchowe. Z tego wszystkiego trzeba chcieć zrezygnować i zgodzić się, by Bóg użył nas jako narzędzia, nie doskonaląc nas. Narzędzie jest tym doskonalsze, im twardsze, im mniej się zużywa. Musimy się po prostu zgodzić także na to, że Pan Bóg nie uczyni nas bardziej odpornymi i twardymi, ale że będziemy narzędziami niedoskonałymi, że w pracy dla Pana Boga pozwolimy się ścierać. To „ścieranie” nie jest przyjemne, ale może być rodzajem ofiary przewidzianym dla nas przez Pana Boga. […]

Chciejmy więc stawać się w stosunku do Pana Boga coraz mniejszymi dziećmi, chciejmy oddać się Mu jeszcze lepiej, aniżeli uczyniliśmy to dotąd.

„Panie Boże, spraw, bym uwierzył, że sam właściwie nie rozumiem, co jest moim obowiązkiem, co jest moim szczęściem. Pragnę jednak uznać Cię, Boże, za mego najlepszego Ojca, który widzi we mnie tylko małe, nieporadne dziecko o bardzo ograniczonym rozumie. Tę resztę mojego rozumu, która jeszcze we mnie jest, pragnę Ci oddać zupełnie. Uznaję też, że wola moja jest tak słaba jak u dziecka. Niczego nie mogę przeprowadzić, nie mogę podjąć żadnego umartwienia. Dlatego i tę moją słabiutką wolę pragnę Ci zupełnie oddać. Boję się nawet myśleć, co to może oznaczać, dlatego myślę tylko o tym, że Ty jesteś nieskończenie dobry. Pozwalam Ci tak moją wolą pokierować i tak ją zmienić, by była zupełnie Tobie posłuszna i poddana. Oddaję Ci więc, Ojcze Niebieski, moje najwyższe władze, któreś mi dał: rozum i wolę i siebie całego. Rób ze mną, co chcesz”.

ks. Aleksander Woźny

Źródło: ks. Aleksander Woźny, Bóg jest najważniejszy, Poznań 1994, s. 50-56.